Pomiędzy krystalizującym się Halloween á la polonais a Dniem Wszystkich Świętych dopadło mnie dziś nieoczekiwane przypomnienie. Pod Wulkanem Malcolma Lowry’ego, kanon światowej literatury, spotkany w niezwykłym dlań miejscu i czasie – Zakład Karny w Strzelcach Opolskich, luty stanu wojennego 1982.
Akcja Pod Wulkanem jest ograniczona do jednego dnia w listopadzie 1938 roku, Dnia Zmarłych i ścieśniona do niewielkiego post–azteckiego regionu Quaunahuac. Jest wciągającym mrocznym zapisem fizycznej i psychicznej autodestrukcji, wędrówki przez labirynt własnych emocji i odczuć, niejasno rozświetlanego zwodniczymi światełkami uczuć. Jest zapisem wędrówki samotnika w niezrozumiałym krajobrazie odmiennej kultury i odmiennych reakcji. Jest też odkrywaniem niezrozumiałości i obcości w najbliższym sobie otoczeniu, tej samej kultury i takich samych wydawałoby się reakcji. Jest wreszcie metaforą ówczesnego świata nie mogącego się uporać z wciąż narastającym i coraz bardziej anachronizującym się „brzemieniem białego człowieka”.
Nie znałem wcześniej Pod Wulkanem, okazja trafiła się dopiero tam, w ZK Strzelce Opolskie, dokąd trafiłem przeniesiony karnie z ośrodka dla internowanych w ZK Nysa – w kilkunastoosobowej grupie podobnych mi niepokornych. Formalnie rzecz biorąc, był to również ośrodek dla internowanych, aczkolwiek z prawie pełnym rygorem więziennym – ostrzyżone krótko włosy, likwidacja podówczas popularnych wśród opozycjonistów bród i wąsów, przebranie w szare więzienne czapki i kurtki z pięknie wydzierganym na plecach czarnym napisem ZK Strzelce Opolskie. Zamknięte cele z półgodzinnym dziennym spacerem – internowany to ma klawe życie! Komendantem tego ZK był niejaki major G., wyjątkowa kreatura nawet jak na stan wojenny. Przywitał naszą grupę jeszcze na dziedzińcu, w asyście strażników i psów służbowych, wygłaszając krótkie acz treściwe stwierdzenie – znaleźliście się tu, bo nie potrafiliście docenić warunków, jakie mieliście w poprzednim ośrodku. Tutaj jest dyscyplina… Codziennie składał wizyty poranne w naszych celach, przeważnie w asyście szefa służby ochrony, dość nikczemnego wzrostem osobnika, ale zawsze o dłoniach odzianych w błyszczące skórzane rękawiczki.
Gdy dziewięć lat później zostałem posłem RP Sejmu dowiedziałem się przy jakiejś okazji co tam słychać u majora G. Okazało się, że podpułkownikowi G. nieźle się służbowo wiodło. Nie był już wprawdzie komendantem ZK, ale się ostał jako dyrektor jakiegoś tam departamentu w Służbie Więziennej i cieszył się dobrą opinią. Mogłem wprawdzie wtedy jakoś skomplikować zapewne życie panu dyrektorowi, ale – prawdę mówiąc – nie chciało mi się. Gdzieś tam trzeba byłoby jechać, z kimś tam porozmawiać… O czym właściwie – o więziennych kurtkach i czapeczkach?
Póki co, w ZK Strzelce Opolskie trzeba było coś robić z tym wolnym czasem, trzyosobowa cela szybko wyczerpała swe możliwości konwersacyjne. Okazało się, że biblioteka ZK była nieźle zaopatrzona, a większość z zamawianych przez nas książek sprawiała wrażenie całkiem nieużywanych. Tak też znalazłem się Pod Wulkanem. Parę godzin dziennie niezakłócanej lektury – aż do niezakłóconego końca. W parę dni po przeczytaniu ostatniej strony, po przetrawieniu ostatniego zdania – „Ktoś wrzucił za nim zdechłego psa do wąwozu” – przyszło polecenie pakowania się – opuszczacie nas!
Ogarnęła mnie nieprzeparta pokusa – więzień bibliotekarz ze swym wózeczkiem pojawi się dopiero za dwa dni, wychodzę teraz, nie będę oszczędzał komuny, niech mają za kurtkę i czapkę, biorę ze sobą Lowrego. Spokojnie i bez skrupułów wcisnąłem książkę między swoje rzeczy i wraz ze strażnikiem poszliśmy do więziennego działu przyjazdów/odjazdów. Wszystko szło gładko aż do momentu, gdy urzędnik zajrzał do jakiejś rubrykowanej księgi, przejechał palcem po tabelkach i stwierdził – tu jest, że macie jeszcze jakąś nierozliczoną książkę z biblioteki. Macie? No cóż, miałem …
Biorąc pod uwagę, że owo opuszczenie ZK Strzelce Opolskie okazało się opuszczeniem na rzecz Aresztu Śledczego we Wrocławiu, to być może ta dociekliwość uchroniła mnie przez zarzutem zagarnięcia mienia państwowego – na co były i są odpowiednie paragrafy KK. Sprawa jednak jest od dawna przedawniona, patrzę więc śmiało w przyszłość.
Ludwik Turko


Turko: „Nawa państwa, która żegluje po wulkanie”. Ten „Styl kwiecisty” Boya. Ale w rzeczy samej mieszkamy pod wulkanem, jak tysiące nieszczęśników, co po kolejnym wybuchu wracają na te pola świeżej lawy i budują od nowa swoje domostwa, bo wolimy tu (w Polsce) mieszkać, zamiast tam, gdzie trudniej postawić domek, ale na razie wulkany jakby dalej, i nie dymią obiecująco, że już-już… Ale ten pieprzony globulizm… Z żalem rozstawałem się z biblioteczkami moich szkolnych kolonii wakacyjnych, Gdzie były jeszcze nie wyczyszczone przedwojenne zasoby kowbojskie: Jeździec bez głowy, Ludzie bez trwogi, Gwiżdżący Dan, Montana, Krzyk dzikich gęsi, i,i , i, …. Jak człowiek (wtedy mały) jest uwięziony w jakiejś ciasnocie, szuka odejścia w cudze fantazje, bo na własne jeszcze go nie stać. Na przyszłość się jednak przydaje, jeśli zorientujemy się, że istnieją (dla wielu) rzeczywistości alternatywne, co zupełnie odmienne. Te narracje, czy retoryki, przywołują rzeczywistości fikcyjne, lub odległe, jak np. Moby Dick.
W naszej rzeczywistości… Sorry : u nas, tutaj : co im obca przemoc dała, pałą odbierzemy. Bo prawo wstecz obwiązuje. Bo Ich nie obowiązuje nic !
czyli rozumiem, że walki plemienne a la polonais jakby wciąż przybierały na uroku, może to taka własność regionalna, w każdym razie powoli można już chyba zacząć sprzedawać bilety