Najczęściej używaną frazą w życzeniach noworocznych była ta, która mówiła o zdrowiu. Zdrowia, szczęścia, pomyślności, zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia… czy nie takie są standardowe życzenia noworoczne, urodzinowe, imieninowe, każde?
Skoro tak, skoro taką wagę przypisujemy naszemu stanowi zdrowia, to z tym większą uwagą powinniśmy przyglądać się temu co dzieje się na linii młodzi lekarze – Ministerstwo Zdrowia (celowo piszę ministerstwo a nie minister, bo jego praktycznie już nie ma). Sytuacja jest dynamiczna,. Po strajku lekarzy-rezydentów – strajku głodowym, a więc ostrym w formie i przekazie — strajku zwieszonym, a nie przegranym przez lekarzy, mamy obecnie wypowiadanie przez lekarzy opcji pozwalających na ich zatrudnianie w dowolnym wymiarze czasu pracy i liczbie dyżurów.
To nowa sytuacja – lekarze odmawiają pracy ponad limit 48 godzin tygodniowo, argumentując, że praca ponad ten limit to stwarzanie realnego niebezpieczeństwa dla pacjentów. Dla wszystkich, którzy mieli okazję korzystać z usług służby zdrowia w Polsce jest to oczywista oczywistość – tak było, i tak jest. Każdy pacjent oddziału zabiegowego wie, że najważniejszą sprawą jest to, aby operujący go chirurg był wyspany. To ważniejsze od innych kwalifikacji i dyplomów tego chirurga.
Wypowiadanie przez lekarzy opcji opt-out jest dla nich trudne – mając takie place, jakie im państwo oferuje – przypomnę: 2500 złotych dla lekarza po 6-letnich studiach, rocznym stażu i zdanym egzaminie państwowym, podejmującego trud uzyskania specjalizacji w zawodzie – lekarze, aby „związać koniec z końcem” pracowali w kilku placówkach. Brali po kilka dyżurów nocnych w miesiącu i umierali z wyczerpania w trakcie takich dyżurów – ale rezygnacja z tej opcji, to radykalne ograniczenie standardu życia lekarza i jego rodziny.
Wypowiedziało opcję opt-out kilka tysięcy spośród blisko 80 tysięcy lekarzy w Polsce – i już pojawiły się kłopoty z obsadą lekarską w szpitalach i przychodniach. Czy może być lepszy dowód na to, że publiczna służba zdrowia w Polsce jest w zapaści; że, mówiąc kolokwialnie, „jechała” ona na poświęceniu młodych lekarzy, opłacanych tak skandalicznie nisko po to tylko, aby wymusić na nich pracę ponad siły?
Lekarze powiedzieli dość!
A co powiedział minister Radziwiłł?
Minister zdrowia w rządzie premiera Morawieckiego powiedział, że to bunt, że lekarze to buntownicy!
Panie ministrze, odwagi! Skoro mamy do czynienia z buntem, a lekarze to buntownicy, to proszę o to, co było dalej, co pamiętamy z niedawnych (dla mnie) czasów: „z buntownikami się nie rozmawia, do buntowników się strzela”!
To bardzo interesujące jak rozwiąże ten problem premier. Premier, który zanim „poszedł w politykę” był bankierem i zarabiał w jeden dzień więcej niż lekarze za cały miesiąc swojej pracy, pracy polegającej na ratowaniu życia i przywracaniu zdrowia pacjentom. Bardzo interesujące…
Zapaść publicznej służby zdrowia w Polsce, to nie jest „dorobek” tego rządu, to narastało od początku transformacji z lat 89/90. Protest młodych lekarzy spotkał się z całkowitym lekceważeniem obecnie rządzących. Pamiętamy okrzyk na sali sejmowej posłanki PiS- u „niech jadą”, skierowany do lekarzy, grożących, że pojadą leczyć ludzi w innych krajach Zjednoczonej Europy – a nie tu, w Polsce, gdzie nikt nie szanuje ich pracy i poświęcenia. Czy stwierdzenie ministra Radziwiłła o buncie wpisuje się w tę samą logikę?
Można tak bez końca. Można przytaczać jeszcze bardziej drastyczne przykłady nonsensów w gospodarowaniu publicznymi pieniędzmi przez NFZ i jego urzędników; można – ale po co? Od tej wyliczanki nic się nie zmieni w realu, w życiu i pacjentów i personelu medycznego.
No to co można?
Zamiast wyliczać krzywdy. jakich stale doznajemy od chamów, którzy zapanowali, zawłaszczyli całą scenę polityczną, zamiast odgrażać się co też my z nimi zrobimy, gdy tylko wygramy wybory – może trzeba teraz, już, natychmiast uruchomić wszystkie aktywa, aby poprzeć lekarzy w ich sporze z rządem?
Gdzie jest glos związków zawodowych wyrażających poparcie dla lekarzy-rezydentów (słyszałem, że utworzyli oni swój własny związek zawodowy niezależny od Związku Zawodowego Lekarzy)? Gdzie jest stanowisko tego związku, gdzie związku nauczycieli, centrali OPZZ?
W latach 80. strajkowali górnicy aby poprzeć pielęgniarki – po ta aby one nie odeszły od łóżek pacjentów – a teraz co? Kto podejmie choćby symboliczne formy poparcia dla lekarzy? Gdzie jest Komitet Obrony Demokracji i jego przewodniczący? Gdzie Obywatele RP? Gdzie Akcja-Demokracja? Gdzie wszystkie inne organizacje i stowarzyszenia obywatelskie?
Jeżeli tak będzie dalej, to powiem wam czym to się skończy. Nie trzeba mieć studiów socjologicznych, czy znać subtelne analizy i studia nad formami społecznego protestu, od Afryki Północnej przez Amerykę Południową, do starej, zmęczonej Europy. Jeśli tak dalej będzie, to minister Radziwiłł – czy jakiś jego zmiennik – przekona suwerena, że lekarze walczą z rządem, frymarcząc zdrowiem pacjentów, że chore dzieci nie są leczone, bo lekarze to buntownicy, że to kolejna zdradziecka kasta, którą trzeba zaorać jak sądy, że…
To da się zrobić, to jest w zasięgu Jacka Kurskiego i jego drużyny….
Dzisiaj ma odbyć się posiedzenie Komisji Zdrowia. Bartek Arłukowicz, co jeszcze parę lat temu sam był za ministra tego podminowanego resortu – niech walczy. Ale tu potrzebny jest front szerokiego wsparcia. Bez niego lekarze przegrają i pogrążymy się w to co jest, z poszerzającym się sektorem prywatnych usług medycznych, z wydzielonymi szpitalami dla władzy, dla posłów i senatorów, ministrów i podsekretarzy stanu. Oni będą zdrowi. A co z resztą?
To, co dzieje się teraz, to rzeczywisty problem społeczny i polityczny. Tu trzeba działać już – a nie kiedyś tam, po wygranych wyborach.
Problem ze służbą zdrowia narastał od lat, widział to każdy kto chciał widzieć. Nie trzeba straszyć ludzi tym, co może zrobić dyktatorska władza; a zwłaszcza nie wolno przywoływać obrazów gułagu, zabijania za noszenie okularów czy posiadanie chusteczki do nosa. Takie przykłady, skądinąd prawdziwe, wzięte z historii, odniosą skutek przeciwny od zamierzonego – pozwolą łatwiej znieść represje takie, jak realne ograniczenia wolności słowa i zrzeszania się, narastające poczucie absurdu w systemie edukacji dzieci i młodzieży, wstyd za narzucane treści w nowej polityce historycznej i wiele innych, im podobnych, bo to przecież nie tamten terror i nie tamte czasy.
Zamiast straszyć zróbmy wszystko co możliwe. Każdy i wszędzie! Teraz!
[responsivevoice_button voice=”Polish Female” buttontext=”Czytaj na głos”]Zbigniew Szczypiński
Gdańsk


No to jak, są jakieś inicjatywy wyrażające poparcie dla lekarzy ? może gdzieś lokalnie, w jakimś mieście, uczelni, gdziekolwiek, zna ktoś taki przykład ? Będę wdzięczny za sygnał bo jak dotąd to nic się nie dziej a powinno. Skoro mogliśmy w sprawie TK, w sprawie sądów to tym bardziej powinniśmy w sprawie własnego zdrowia
Owszem, w Krakowie odbyła się pikieta pod szpitalem przy ul Skarbowej już 28 października:
https://kodmalopolska.pl/wydarzenie/ratujmy-sluzbe-zdrowia-bo-wszyscy-jestesmy-pacjentami/
Problem w tym, że lekarze rezydenci bardzo chcieli, by ich protest nie mógł zostać utożsamiany z innymi organizacjami. Żeby nie dało się go zbyć, jako „partyjny”, inspirowany „totalną opozycją” itd. Pozostawały formy wsparcia obok lekarzy, a nie razem z nimi.
Taki artykuł znalazłem:
http://politykawsieci.pl/analiza-5-wnioskow-plynacych-z-social-media-po-protestmedykow/
Sprostowanie:
1. „to narastało od początku transformacji z lat 89/90” – to się poprawiało do początku transformacji.
Wcześniej było tak:
wolontariat lekarza. Po 6-letnich studiach, rocznym stażu lekarze, otrzymywali płacę podobną jak nauczyciele (jedną z najniższych), aby „związać koniec z końcem” brali po kilkanaście (mój mąż średnio 15.) dyżurów nocnych w miesiącu (szpital i pogotowie), przed południem mieli wolontariat w szpitalu (specjalizacja, czasem odległym miejscu, rzadko byli tam oddelegowani z poradni) potem szli do poradni. Pracodawca omijał Kodeks pracy. Godzina dyżuru, kosztowała go mniej niż godzina etatowa (taka jest wartość KP, można go obejść jak dziś – op out). Tak pracowało pokolenie pana ministra (mój mąż jest z jego roku, ale pan R. chyba tak nie pracował).
Ale kiedy zrobiło się dwójkę, było się wszechwładnym członkiem kasty. To trwa do dziś. Mąż (taki Judym) po zrobieniu jedynki, robił dwójkę. Na finiszu (po, kilku latach takiej harówy) postawił się prowadzącemu specjalizację. I nie został dopuszczony. Wylądował w POZ (bo z nizin).
Celem (pewnych osób) w tamtym systemie były gratisy (nie płace) – dowody wdzięczności i gabinety. Specjaliści mieli gabinety, w których kasowali (a leczyli na państwowym). Koperty, prezenty, koniaki i inne. To był prawdziwa waluta, dostępna dla „kasty” w PRL-u. Myślę, że starsi autorzy SO to pamiętają (choć może nie, bo mieli znajomych lekarzy specjalistów, więc ich to nie dotknęło, no i byli młodzi, więc nie chorowali).
Transformacja zaczęła to prostować. Praktycznie wyeliminowała łapówki i zdemokratyzowała dostępność. Teraz jest o niebo lepiej, a mimo to źle (bo nie ma środków), ale naprawdę szło ku lepszemu. Szczególnie kiedy ŚKCH zarządzał Sośnierz. Choć na początku byliśmy krytyczni wobec niego, na Śląsku nastąpiła radykalna poprawa (w porównaniu z np. mazowieckim). Niestety, Sośnierz musiał odejść, bo zabrał się za składki górników, a teraz chyba jest bardziej biznesmenem, albo stracił wpływy. Przykre, że jest po tamtej stronie, choć to daje do myślenia (jako biznesmen idzie za pieniędzmi ?, a może oni jednak mają trochę racji?). Dlaczego nie sięgną po Sośnierza?
Kto może pomóc? Pacjent. Ale na niego działa propaganda, czarny PR. Korzystał z niej KAŻDY rząd. Kiedy lekarze domagali się swoich praw, rządy uruchamiały propagandę, było głośno o pijanych lekarzach, łapówkach, lewych zwolnieniach, znieczuleniu, niekompetencji itp. Tak jest i teraz.
Jednak siłą młodych są otwarte granice, UE i demografia Zachodu. Tam ich chcą i potrzebują, a oni znają języki i nie muszą nostryfikować dyplomu.
Ja widzę światełko w tunelu, są nim rezydenci, tylko trzeba ich chronić przed politykami i działaczami. Jedni chcieliby na nich pojechać do wyborów, inni (np. KOD, Majka J.) będą przeciwskuteczni. Jedyne co można zrobić, to straszyć ludzi.
Wkrótce zrozumieją, bo propaganda, propagandą, a brak zdrowia jest dokuczliwy, więc lekarz się wyżywi. Lepiej, żeby państwo mu płaciło pensję, niż obywatel osobiście do ręki. Do ręki wkrótce już zupełnie się nie da, bo narzędzia inwigilacji, więc lekarze będą odmawiać pracy lub emigrować. Rząd ma do wyboru import lekarzy, albo znachor. Wygląda na to, że stawiają na znachorów (są zwiastuny).
Ja żeby nie siedzieć z założonymi rękami, założyłam taki blog.
https://rezydenci.blogspot.com/
Gromadzę informacje, żeby mieć bliżej do źródła, w bitwie, która nas czeka.
Proszę poprawić zdanie w komentarzu: powinno być:
1. „to narastało od początku transformacji z lat 89/90” – to się poprawiało od początku transformacji.