Jacek Kurczewski
POST SCRIPTUM STAREGO LIBERAŁA
Kiedy pisałem prawie ćwierć wieku temu list starego liberała, wcale stary nie byłem. Może tego nie wiedziałem, bo byłem o pokolenie starszy od młodych liberałów, ale wcale nie o wiek chodziło tylko o liberalizm. Bo wychowałem się jako liberał w Polsce Ludowej, ale liberalizm, w którym wyrosłem różnił się od tego nowego, młodoliberalizmu, który pojawił się w 1989 roku i na krótko zapanował w Polsce.
Post scriptum dzisiejsze zmierza do przypomnienia czym jest naprawdę liberalizm, jakie jest jego powołanie i co może jeszcze zaoferować Polsce i Polakom.
WOLNOŚĆ. Mówi się, że liberalizm w Polsce nie ma tradycji. W okresie transformacji historycznym punktem odniesienia dla młodoliberałów byli Mirosław Dzielski i dużo odeń starszy Stefan Kisielewski, niewątpliwie ludzie, którzy odnosili się wrogo do wszelkich socjalistycznych iluzji i walczyli, jeden piórem, a drugi także czynem o nowy kapitalizm, wolnorynkowy i pozapaństwowy. Liberalizm nie sprowadza się jednak tylko do ekonomii, wbrew temu, co uważał Marks, który sadził, że tylko egoizm ekonomiczny motywuje liberałów do walki o wolny rynek.
Fałsz. Wolny rynek jest jedną, istotną ale jedną z wielu manifestacji wolności. Uwolnienie przedsiębiorczości ludzkiej było bardzo istotną, ale nie jedyną ścieżką emancypacji społeczeństwa polskiego po komunizmie. Dla liberałów wolność jest kryterium ustrojowym, a wolność gospodarcza koniecznym ale nie wystarczającym warunkiem ustroju wolności. Wszystko to odnajdziemy u twórcy liberalizmu Johna Stuarta Milla.
Urodzony w 1806 r., Mill jako jeden z pierwszych wystąpił o równouprawnienie kobiet (1861), zwalczał niewolnictwo, bronił samorządności lokalnej, popierał stworzenie nieusuwalnej bezpartyjnej służby cywilnej rekrutowanej poprzez egzaminy i konkursy, domagał się poszanowania zwierząt i środowiska naturalnego, agitował za świadomą samokontrolą reprodukcyjną. Wcale nie był ideologiem wolnego rynku, ale tak jak wobec wolności słowa, stosował i tu kryterium krzywdy i szkody publicznej.
Krótko, ale był parlamentarzystą, znał więc praktyczne ograniczenia walki o zasady w społeczeństwie demokratycznym. W ciągu długiego aktywnego życia poglądy w sprawach szczegółowych często zmieniał, ale cały czas posuwał się w stronę wyzwolenia ludzkości. Działając w wieku 19, był może najbardziej popularnym w świecie ideologiem demokracji liberalnej, chcąc stopniowo doprowadzić do masowej emancypacji politycznej, która się w końcu dokonała.
Do tradycji liberalnej należą więc w Polsce ci wszyscy, którzy walczyli o zniesienie poddaństwa i o powszechne nauczanie, sufrażystki i emancypantki, obrońcy wolnej prasy i świadomego macierzyństwa. A także, jakby to groźnie nie brzmiało, spółdzielcy i zwolennicy tzw. ekonomii społecznej, a w końcu walczący o demokrację rozumianą jako uczestnictwo w rządzeniu państwem, którego powinno być tyle ile trzeba, aby każdy mógł cieszyć się wolnością bez szkody dla innych.
Tradycję liberalną reprezentuje więc Bolesław Prus, w okresie międzywojennym Antoni Słonimski, później Maria Ossowska, której Wzór obywatela w ustroju demokratycznym – po raz pierwszy wydany jako broszura edukacyjna w podziemiu podczas okupacji – pozostaje nadal ważnym katechizmem liberalizmu. Taka była też ideologia Klubu Krzywego Koła, „starszyzny” KOR–u i części „Solidarnosci” w latach 1980–1989.
Odnajdziemy antenatów tej tradycji w dawnej Rzeczypospolitej, w której ludzie tacy jak Frycz–Modrzewski, domagali się wolności dla mieszczan i ich równouprawnienia, a nawet jeśli naród polityczny dla większości pełnoprawnych obywateli to było co najwyżej 10% społeczeństwa, to warto przypomnieć, że jeszcze w połowie 19 w. taki też był odsetek pełnoprawnych politycznie obywateli w Anglii. Mill też ograniczał emancypację do społeczeństw zachodnich, dekolonizacja przyszła dopiero w 20 stuleciu.
O tym wszystkim warto pamiętać, bo w brutalnej walce politycznej tradycja liberalna jest współcześnie spotwarzana poprzez łączenie ją z myślą wywodzącą się z całkowicie innych źródeł ideowych. Z jednej strony, mamy polityczny katolicyzm, który w Polsce ma charakter narodowy. To nie jest zresztą tylko polska cecha. Wszędzie tam, gdzie odrębność narodowa uchowała się w kościele, tam też instytucje religijne stały się ośrodkiem narodowym. Na Śląsku Cieszyńskim polskość chowała się w ewangelickich zborach tępionych przez arcykatolickich monarchów austriackich, w zaborze rosyjskim czy pruskim w kościołach. Kościół jest fortecą narodowej tożsamości większości Polaków, Słowaków, Chorwatów, Irlandczyków czy Litwinów, cerkiew Ukraińców.
W tych środowiskach do dzisiaj utrzymuje się przekonanie, że dobry Polak to katolik, dobry Litwin to katolik, dobry Chorwat to katolik, a stąd krok do przekonania, że dobry katolik to Polak i tak dalej. W kościele powszechnym kościoły lokalne staja się ośrodkami odrębności narodowej. Warto przypomnieć, ile oporu przeciwko akcesji do Unii Europejskiej stawiało polskie duchowieństwo wbrew zdaniu papieża Jana Pawła II.
Europa jest bowiem nie tylko wielonarodowa, ale wieloreligijna, nie jest katolicka, żyją w niej miliony katolików, protestantów, prawosławnych, mimo diabelskich prac Hitlera i jego sympatyków – także żydów i – o zgrozo – muzułmanów, nie tylko tych napływowych, ale żyjących tu od stuleci jak Tatarzy polscy i litewscy. W bratniej bo słowiańskiej, postkomunistycznej i europejskiej Bułgarii, muzułmanie stanowią około 10% mieszkańców.
Jak widać w polskim katolicyzmie politycznym nie chodzi o chrześcijaństwo, nie chodzi o katolicyzm jako taki, ale chodzi o Naród. Naród Polski. Dlatego też tak zwany spór światopoglądowy wcale nie dotyczy religii, wiary w Boga, w Trójcę Świętą, w Zbawienie, ale dotyczy państwowego prawa prokreacyjnego i lojalności narodowej, a nie państwowej. To nie religia dzieli liberałów i Kościół, bo liberał może wierzyć albo nie wierzyć, może być posłuszny moralnej dyscyplinie Kościoła albo nie, ale dzieli obowiązkowość wiary i powszechność wynikających z niej obowiązków jako obowiązujących obywateli niezależnie od ich osobistych przekonań.
Trzecia tradycja to kolektywizm. Niewątpliwie zamieszanie tutaj niesie za sobą nazewnictwo, mówi się raz o komunizmie, kiedy indziej o socjalizmie, ale przecież totalitarny kolektywizm można zbudować także na narodowo–katolickiej osnowie. To zaczęło się w 1933 r. w Portugalii Salazara, który utworzył tzw. Nowe Państwo oparte na trzech podstawowych wartościach _ Bogu, Ojczyźnie i Rodzinie, a skończyło się dopiero w 1974 r. rewolucją goździków. W tym kierunku wydaje się zmierzać partia obecnie rządząca w Polsce.
Inny nie–komunistyczny kolektywizm to narodowy socjalizm oparty na swoistej religii rasy aryjskiej. Jest wreszcie ateistyczny kolektywizm marksistowski, z którym dotychczas mieliśmy najdłużej do czynienia. Jak widać, ustroje te różnią się wiarą, religią czy anty–religią, ale jednoczy je zasada prymatu zbiorowości nad jednostką. Prawa człowieka, prawa jednostki są w tej tradycji czymś wtórnym, jakimś nieistotnym dodatkiem, fałszywym pozorem dla tajnych interesów, który należy pominąć działając dla wyzwolenia rasy, klasy, religii czy narodu. Z liberalnego puntu widzenia katolicki i komunistyczny kolektywizm są więc podobne, stanowią zagrożenie dla praw człowieka, dla jednostki.
RÓWNOŚĆ. W 1988 roku większość Polaków uważała, że w Polsce jest za mało wolności i za mało równości, w dwa lata później Polska była już wyzwolona z komunizmu. Już wtedy większość uważała, że wolności jest dosyć, ale nadal większość (trzy czwarte) uważała, ze jest za mało równości. I tak pozostało. Patrzę na wyniki swoich ogólnopolskich badań z maja 2014 roku wykonanych przez CBOS i widzę, że najwięcej Polaków (32%) uważa, że społeczeństwo jest jak piramida – niewielka elita na górze, więcej ludzi w środku i najwięcej na dole albo – co gorsze (29%) – jak piramida z wklęśnięciem, niewielka elita na górze, bardzo mało ludzi w środku i większość ludzi na dole. Z takiej dychotomicznej wizji rodzi się wrogość do elity i chęć zmiany.
Liberalizm nie jest wrogiem równości, wręcz przeciwnie, jest zorientowany na wolność przez równość, ale jest to równość praw i równość wobec prawa, a to oznacza konieczność postawienia prawa ponad wszystkimi, do których jest ono adresowane. Rozwiązanie pętli logicznej, w której chcieli zamknąć prawo normatywiści nie polega na tym, że formułuje się meta–normę zasadniczą, ale na tym, że buduje się meta–organ władzy, który ma moc orzekania o prawach wszystkich mimo, że sam nie ma żadnej innej władzy. „ Nie masz wolności, skoro władza sądownicza nie jest oddzielną od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolna; sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela. Jeśli jest złączona z władzą wykonawczą, sędzia będzie posiadać władzę ujarzmiciela”. To jest rozwiązanie monteskiuszowskie, które jest uogólnione w liberalnej teorii państwa Milla, wskazującego na konieczność zabezpieczenia wolności z jednej strony przez uznanie nienaruszalności praw podstawowych, a z drugiej przez wzajemne kontrole (check and balance) poszczególnych organów władzy.
Liberalna emancypacja trwająca od 19 wieku trwa nadal. Mill bronił reprezentacji politycznej, ale traktował ją jako doraźne zło konieczne, wobec komplikacji spraw publicznych i nieodpowiedniego doświadczenia i wykształcenia mas. Ideał liberalny to społeczeństwo, w którym każdy obywatel jest choćby w drobnym stopniu włączony do udziału w zarzadzaniu życiem publicznym. Polityczny ideał liberalizmu to społeczeństwo powszechnej partycypacji. Liberalny wzór człowieka (porównaj z Ossowskiej „Wzorem obywatela w ustroju demokratycznym”) to człowiek aktywny i zdolny do współpracy z innymi w działaniu zbiorowym. „Szanuje ludzki indywidualizm taki ustrój, który szanuje ludzkie aspiracje do osobistego doskonalenia według własnych, a nie narzuconych mu przez państwo i dla wszystkich jednakowych wzorów; ustrój, który szanuje wolność osobistą i wolność przekonań i czyjąś sferę prywatności. Indywidualizm, który wyraża się w poczuciu, że się ma prawo do żądania tego rodzaju poszanowania, jest własnością, która winna przysługiwać każdemu. Nie chcemy natomiast widzieć w ludziach indywidualizmu rozumianego jako niezdolność do współdziałania na równych z innymi prawach.”
Z liberalnego punktu widzenia jest więc jeszcze wiele do zrobienia w Polsce, chociaż wolność działalności gospodarczej (bo ta jest istotna a nie jakiś abstrakcyjny „wolny rynek” poddany ukrytym mechanizmom dominacji), reforma samorządowa, wolność słowa, zgromadzeń i działalności politycznej uzyskane pod koniec lat 1980. stworzyły podstawę liberalnej demokracji partycypacyjnej.
Liberalna koncepcja „małego państwa” rozumiana w tym szerszym kontekście oznacza uznanie zasady subsydiarności zadań władzy państwowej wobec władzy samorządowej na szczeblu lokalnym i regionalnym. Tutaj, jak i w stosunku do praw człowieka, liberalizm spotkał się z posoborową doktryną katolicką, co znalazło wyraz w uznaniu zasady pomocniczości jako jednej z zasad Unii Europejskiej.
Partycypacja oznacza także konieczność zmiany stosunku polityków do instytucji referendum. W warunkach polskich stała się ona kontrowersyjnym i odświętnym mechanizmem uprawomocnienia jakiejś zmiany politycznej na szersza skalę albo lokalnym narzędziem wymiany miejscowych polityków. Jest zdarzeniem wyjątkowym i nadużywanym w wyjątkowych celach. Mamy najświeższy przykład tego, że zgłoszony przez setki tysięcy obywateli projekt ustawy został zlekceważony przez ich reprezentantów w Sejmie. Dopiero wprowadzenie regularności podejmowania przez mieszkańców decyzji w sprawach lokalnych może doprowadzić do wykształcenia się odpowiedniej umiejętności udziału w referendum jako techniki współżycia publicznego obok elektronicznych konsultacji obywatelskich.
Partycypacja oznacza także gotowość do wsparcia niezależności władzy sądowniczej przez masowy i obowiązkowy udział obywateli w osobach wybieranych lub losowanych ławników. Głos doradczy zamiast fasadowej równoprawności ławników pomógł by kształcić społeczeństwo w umiejętności posługiwania się prawem i zrozumieniu osobliwości władzy sądowniczej. Jak widać w obecnej walce o kontrolę polityczną nad wymiarem sprawiedliwości, wiedzy tej brak nawet politykom. Z drugiej strony, zamkniecie się prawników w obronnej fortecy ułatwia działanie wrogom niezależności władzy sadowniczej. A przecież znany z wielu społeczeństw czynnik obywatelski w wymiarze sprawiedliwości ułatwia to, o co szło Monteskiuszowi: „W ten sposób owa tak groźna władza sędziowska, nie będąc przywiązana ani do pewnego stanu, ani do pewnego zawodu, staje się, można rzec, niewidzialną i żadną. Nie ma się ustawicznie sędziów przed oczami: lęk budzi urząd, a nie urzędnicy”.
PRAWORZĄDNOŚĆ. Podstawą ładu politycznego w ustroju liberalnym są właśnie prawa; prawa człowieka i prawa jednostki. Prawa te są z pokolenia na pokolenie rozpoznawane coraz głębiej, ich zakres się poszerza. Od czasu, gdy Mill młodszy sformułował prawa polityczne jednostek jako nienaruszalne w perspektywie władzy publicznej dla dobra publicznego, ich zakres i moc uległy ekspansji, uznane zostały za obowiązujące prawa człowieka II i III generacji, a „Solidarność” zawdzięcza swe powstanie międzynarodowemu ich uznaniu.
Wiekowa walka liberałów o prawa człowieka spotkała się po II wojnie światowej z nauczaniem Kościoła. Drugi Sobór Watykański uznał znaczenie praw człowieka i docenił monteskiuszowski podział władz. Jan Paweł II powiedział , „ Istnieją (…) pewne podstawowe prawa ludzkie, których nie wolno nigdy odebrać żadnemu człowiekowi, ponieważ są one zakorzenione w samej naturze osoby i odzwierciedlają obiektywne i nienaruszalne nakazy uniwersalnego prawa moralnego. Te prawa stanowią podstawę i miarę każdej ludzkiej społeczności i organizacji. Szacunek dla każdego człowieka, dla jego godności i praw musi zawsze być inspiracją i zasadą wiodącą wszelkich waszych dążeń do umocnienia demokracji i tkanki społecznej (…) kraju” .
Liberalizm i katolicyzm spotykają się więc na płaszczyźnie praw człowieka i to odróżnia je od katolickiego czy materialistycznego kolektywizmu.. To nie znaczy, że nie ma różnicy miedzy katolicką a liberalną teorią praw człowieka . John Stuart Mill traktował prawa polityczne jako niezbywalne i nie podlegające jurysdykcji państwa, Jan Paweł II traktuje prawo do życia obejmujące także nienarodzonych jako podstawowe. Mill wyprowadza prawa podstawowe z doktryny utylitarnej, Wojtyła z doktryny prawa natury. Obaj jednak stawiają pewne prawa ponad wolą władzy państwowej.
Rządy prawa we współczesnym rozumieniu są to więc przede wszystkim rządy praw człowieka. W naszej konstytucji prawa podstawowe są wydzielone jako swobody osobiste. Art. 30. Konstytucji RP łączy tradycję katolicką i liberalną : Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych. Powinny (te prawa) być niezmienne, nasza konstytucja nie idzie tak daleko jak powinna, ale wprowadza szczególny tryb zawieszania ich działania i utrudnia (ale tylko poprzez możliwość wystąpienia o referendum zatwierdzające) ich zmianę. Są więc nieco uprzywilejowana częścią Konstytucji i to uzasadnia szczególną potrzebę ochrony tego sądu, który sprawdza zgodność praw z Konstytucją a mianowicie Trybunału Konstytucyjnego i tego organu, którego zadaniem jest pomoc ludziom w ochronie ich praw. Kto więc narusza pozycję Trybunału Konstytucyjnego i Rzecznika Praw Obywatelskich ten automatycznie narusza pozycję praw człowieka. Obowiązkiem liberałów jest więc obrona tych urzędów.
W jednym trzeba zgodzić się z Marksem. Z tego, że prawa człowieka i obywatela są zapisane w prawie nie wynika, że prawo to działa rzeczywiście.
Po pierwsze, prawa te musza być respektowane, a narzędziem nie może być tylko dobra wola władzy i współobywateli, ale niezakłócone działanie władzy sadowniczej wspomaganej przez władzę wykonawczą i ustawodawczą. Trybunał Konstytucyjny musi mieć możliwość niezakłóconego orzekania, Rzecznik Praw Obywatelskich współpracy ze strony administracji, wobec której tych praw chroni a prokuratura i policja mają dbać gorliwie o ochronę praw człowieka i ich niezakłóconą realizację.
Po drugie, ludzie muszą mieć realny dostęp do wymiaru sprawiedliwości i środków ochrony praw człowieka.
Po trzecie, same prawa musza być wykonalne – nie chodzi przecież o abstrakcyjna godność, ale o środki do życia, zdrowia, nauki, sztuki, ekspresji swych poglądów i swoich przekonań. Czy w ustroju liberalnym możliwa jest równość szans dostępu do tych i innych jeszcze dóbr podstawowych? Obywatele póki co, tej równości nie widzą.
„Trzeba być ofiarnym. Ofiarność pragniemy wiedzieć nie tylko spontaniczną i nie tylko w osobistym kontakcie człowieka z człowiekiem. Chcemy jeszcze zorganizowanej i planowej ofiarności dla realizowania celów zbiorowych, bo takiej ofiarności wymaga służba społeczna, do której obywatel w ustroju demokratycznym winien się poczuwać” – pisała przed 70 laty Ossowska dodając, że „egocentryzm, który w ogóle cudzych interesów nie zauważa, wyrządza w życiu społecznym nie mniej krzywd niż egoizm, który dostrzega cudze interesy, ale w wypadku konfliktu z własnymi wybiera własne”.
W 210 rocznicę urodzin twórcy liberalizmu, J.St.Milla, przypomniałem jego działalność życiową by pokazać, że rzetelny liberał pamięta nie tylko o swoich, ale także o cudzych interesach. „Istnieje granica uprawnionego naruszania niezależności jednostki przez opinię ogółu i znalezienie tej granicy oraz utrzymanie jej wbrew wszelkim zakusom jest równie koniecznym warunkiem należytego układu stosunków ludzkich, co ochrona przed politycznym despotyzmem.” Wolność o którą nam chodzi zdefiniował przecież pośrednio mówiąc o swobodzie działania „ograniczonej do tego stopnia, by nie sprawiała przykrości (krzywdy) innym”. Podatek progresywny, ograniczenie dziedziczenia własności, itd. to były popierane przezeń sposoby ograniczenia nierówności także w sferze podziału dóbr. Ale nie dla zrównania majątku przez wywłaszczenie, ale poprzez zmniejszenie rozpiętości warunków życia tak, aby korzystanie z owoców własnej przedsiębiorczości nie sprawiała przykrości (krzywdy?szkody?) innym. Bo wolność i jej prawa są niepodzielne.

Muszę się zgodzić, choć może po drugim czytaniu zmienię zdanie.
Ważne punkty (na razie):
1. „Kaczyński … wychodzi z tego, że …. U „Zandberga” … Przy kolosalnej różnicy haseł, słownictwa, tradycji i sztafażu, wychodziłoby z grubsza na coś podobnego. Z tym, że PiS już zdobył władzę i rządzi. A w dającej się przewidzieć przyszłości, lewica nie ma na to najmniejszych szans.”
Jeszcze przed wyborami w 2015 roku, zainteresowałam się Razem. Komentowałam ich posty, podobnie jak komentowałam posty moich prawicowych znajomych (walczyłam). W pewnym momencie przeklejałam już tylko komentarze spod prawicowych postów pod lewicowe. Ja byłam za każdym razem wierna sobie, a oni byli odpowiednio prawicą albo lewicą. Wtedy wiedziałam, że Razem to ułuda.
2. „Lewica jakby nie zdawała sobie sprawy, że zmiany, które ona popiera i propaguje, odbierane są w tej części społeczeństwa jako atak … Z czymkolwiek by lewica wystąpiła wobec tej zbiorowości – będzie odrzucona właśnie z powodu jej liberalizmu obyczajowego, odbieranego jako zagrożenie, przed którym ma chronić PiS.”
Pamiętam kalendarz z 2015 z ilustracjami Marty Frej. Kupiłam i rozdawałam znajomym, ale kłuł, mnie. Z jednej strony chciałam, żeby było tak idealnie, z drugiej czułam, że ta podskórna krytyka jest nadużyciem i brakiem świadomości, że chcemy za dużo (bo za szybko, takie przemiany nie następują z dnia na dzień).
Wcześniej (2007) weszłam w zwarcie z artystyczną lewicą (punkt zwarcia – Katarzyna Kozyra, nomen omen KK). Chciałam rozmawiać o granicach wolności i czy artyście naprawdę wolno więcej.
Stoję na stanowisku, że artysta może robić wszystko co chce, ale już kiedy publikuje prace, obowiązuje go prawo, jak każdego.
Niestety artyści lewicy przyznają sobie prawo być ponad prawem. I to dotyczy nie tylko Polski, ale Zachodu. Dlaczego KK nie poniosła konsekwencji za „Łaźnię”? Filmowanie ukrytą kamerą nagich ludzi uchodzi komuś na sucho bo jest artystą, ale nie każdy artysta może sobie pozwolić na taki ruch, a więc gdzie tu równość? Dużo prac o wykluczeniu, i całkowite zaślepienie, że są pierwszymi wykluczającymi. Od kiedy oni ustalają reguły na polu sztuki, nie liczy się żadna sztuka tylko ich sztuka (lewicowa, a w odbiorze prawicy lewacka).
Piszę o tym, bo sztuka jest symulatorem. Wystarczy obserwować to pole, żeby wiedzieć co się wydarzy. Widząc jak reaguje na tę sztukę (zaczęło od „Piramidy zwierząt”) prawica (zwykli ludzie), widząc że próby uświadomienia artystom, że tworzą i pogłębiaja podziały (kiedy artysta kopuluje z krzyżem, KK (kler) otwiera drzwi świątyni), są odbierane jak atak na ich wolność, wiedziałam, że tak to się skończy.
W tym czasie próbowałam też iść z Obywatelami Kultury, którzy walczyli o 1% na kulturę. Po kilku spotkaniach okazało się, że przez „kulturę” rozumieją, ich kulturę, ich dostęp do publicznych środków, ale już nie mój, artystki prowincjonalnej, malarki olejnej na płótnie.
3. „zwolennicy oddzielenia Kościoła od państwa, nie zechcą wyprowadzenia religii ze szkół, dopóki tam mają dzieci, które by trzeba przeprowadzać z miejsca na miejsce. I ten praktyczny czynnik może przeważyć nad wszystkimi innymi.”
To główny powód, że lekcje religii w szkole są niezagrożone, ale niestety to jest „Koń trojański”. Teraz zgodnie z nowym programem zostanie przygotowany grunt pod całkowity zakaz aborcji. Nie dziś, nie jutro. Za parę lat. Chyba, że usuniemy religię ze szkół i przedszkoli. Praprzyczyną wszystkich obecnych problemów jest religia w szkole. Oportunizm ludzi jest nieskończony.
4. „… wpływ lewicy na całe społeczeństwo jest niewielki.”
Tym zdaniem przeczy Pan tezom swojego artykułu 😉
Lewica pozwoliła zrobić z siebie „czarnego luda”. W ten sposób ma wielki negatywny wpływ. Jest straszakiem, bo nie rozumie zwykłych ludzi, nie rozumie współczesności, nie rozumie życia. „Jest mocna w gębie” (bo wykształcona), ma kasę na gadżety, może być cool, ale nic więcej nie może i nie potrafi.
Nie rozumie, że czas lewicy (obrona biednych ludzi) w Polsce i na Zachodzie minął, teraz potrzeba nam kogoć kto będzie bronił uniwersaliów. Kto zdefiniuje wartości uniwersalne (laickie). Paradoksalnie to Lech Wałęsa (nie wiem z czyjej inicjatywy) wyszedł z taką propozycją, czym zdobył u mnie duży plus. A lewica? Buja w obłokach. Nie zajmuje się wartościami, tylko prawami. Prawa zawsze będą słabsze od wartości. Dlatego, żeby odwrócić bieg spraw, musimy odobić wartości.
Głęboko wierzący Lech Wałęsa powiedział: „Dziś jest pytanie: na jakich fundamentach dogadamy się w skali europejskiej? Ja proponuję, żebyśmy uzgodnili 10 laickich przykazań – gdyby to się udało nam osiągnąć, wtedy byłoby prościej iść dalej.”
Wspaniały artykuł. Pan Redaktor Skalski daje w tym wielowątkowym tekście świadectwo wielkiego formatu wolnego obywatela Polski i Europ, korzystającego ze swojego kunsztu dziennikarskiego w postaci realizmu politycznego, dojrzłaości analitycznej, oraz zdolności do trafnej syntezy. Tę pochwałę piszę trochę zawstydzony, że śmiem od czasu do czasu nie zgadzać się z Autorem, gdy tymczasem powinienem słuchać jego słów jak przysłowiowa „świnia grzmotu”. Uczciwie mówiąc zgadzam się ze wszystkimi, głównymi wątkami poruszonymi przez Pana Redaktora i nie zamierzam dyskutować z drobnymi, nieistotnymi kwestiami w których miałbym ewnetualnie jakieś uwagi. Zresztą, szczerze powiedziawszy, tekst artykułu jest tak obszerny i tak naładowany faktami, oraz weryfikacją różnych potocznych fałszerstw, że nawet nie sposób całego ogarnąć po jednokrotnej lekturze. Z pewnością powrócę do czytania go po raz drugi, trzeci oraz n-ty po to, aby wyciagnąć z niego rzeczy dla mnie ważne. Na gorąco zauważyłem, że przed lekturą tego tekstu miałem podobne oceny publicystyki Sławomira Sierakowskiego na tle innych autorów lewicowych, oraz zbliżone obserwacje o działalności lewicy. Przytoczony na końcu artykuł G.Sroczyńskiego znałem wczesniej, ale esej profesora Jacka Kurczewskiego jest istną perełką, która wszystkim „znawcom” liberalizmu powinna trochę otworzyć mocno zmrużone badź zamknięte oczy.
Na koniec miałbym do Szanownego Pana Redaktora nieśmiałą prośbę. Chętnie poczytałbym podobnie przenikliwy tekst odnoszący się do PO i Nowoczesnej, oraz do tzw. nowych ruchów obywatelskich, ujawnionych w 2016 i 2017 roku począwszy od czarnego protestu, przez kontrmiesięcznice, a na masowych demonstracjach w obronie sądownictwa skończywszy. To bowiem tutaj należy upatrywać realnej alternatywy dla autokratów pisowskich.
artykuł na tyle długi że wydaje się być niezłą okazją do skomentowania przed przeczytaniem, sięgnąłem więc do określenia definicyjnego socjaldemokracji, żeby zorientować się o co chodzi:
polityczna, społeczna i gospodarcza ideologia promująca interwencjonizm gospodarczy i społeczny w ramach gospodarki kapitalistycznej, sposób stanowienia polityki zobowiązujący do reprezentatywnej i partycypacyjnej demokracji, redystrybucji dochodu, zasad gospodarczych promujących interes ogólny oraz zarządzania państwem jako chroniącym dobrobyt społeczny i gospodarczy.
co z tego dla mnie wynika ? że jest to sposób ochrony organizacji społecznej przed niepożądanymi dla niej skutkami redystrybucji dochodu istniejący we współczesnych systemach społeczno-gospodarczych.
co z tego dla mnie wynika ? zasadność rozpatrzenia sposobów ewolucji złożonego układu społecznego i sposobów (praktycznie ważne) określania w nim priorytetów wobec: celów ewolucji układu, efektywności ich realizacji, zasadności przeciwdziałania niepożądanym drogom ewolucji (np. wojny)
Czy taki sposób postępowania określiłby konieczność interwencjonizmu ? tak lecz w sensie systemowym, wtedy nie jako interwencjonizmu społecznego lecz interwencjonizmu wobec zasad określających ewolucję układu złożonego jako prowadzącą do występowania w nim zjawisk nierównowagowych, które zagrażają dalszemu rozwojowi układu lub jego istnieniu. Dyskusja dotyczy wtedy paradygmatów współczesnej gospodarki globalnej, tj. przede wszystkim mechanizmów wzrostu gospodarczego oraz skutków wzrostu, w sensie warunkowania zobowiązania do dalszego postępowania, wobec interpolacji ewolucji globalnego układu społecznego i interpolacji dostępności czynników warunkujących rozwój.
Co z tego dla mnie wynika ? zasadność ograniczenia się do pytania czy interwencjonizm społeczny staje się szkodliwy czy jest lub nawet staje się zasadny – jako doraźny sposób na ograniczanie niepożądanych społecznie skutków dynamiki rozwoju globalnego (czyli także różnicowanego lokalnie, także wobec efektywności podlegającej innej niż lokalna skali). Sądzę więc, że jest zasadny i obecnie jeszcze staje się zasadny: od zasiłku dla bezrobotnych do ograniczenia promowania sposobów ewolucji społecznej do zasad rozwoju społeczeństwa opartego na wiedzy, w tym przypadku świadomości zagrożeń wynikających z nierównowagowej ewolucji układu złożonego. Ta będzie najprawdopodobniej warunkować interwencjonizm w sensie systemowym, przy czym ja miałbym nadzieję, że skuteczniej niż obecnie.
Czy lewica szkodzi ? wymyśla wiele dróg postępowania, które pozostaną kontrowersyjne, w różnych skalach społecznych i czasowych. Jednocześnie jednak promuje rozwój wiedzy społecznej i spełnia ważne role przede wszystkim inicjatywną i różnicującą w demokracji partycypacyjnej oraz reaktywną wobec doraźnych społecznych potrzeb interwencjonizmu.
IMHO, tekst wspaniały, bo … w 100% zgodny z moimi poglądami. Ale,… zawsze jest jakieś „ale”. Mamy opisane dwa wątki: 1) wolność gospodarcza vs gospodarka państwowa, 2) wolność światopoglądowa vs niewola światopoglądowa.
Natomiast nie ma wątku: 3) nowoczesna organizacja życia vs starodawna organizacja życia. Co uważam za nowoczesne? Kilka przykładów: a) elektryczność wyłącznie ze źródeł odnawialnych, b) edukacja nakierowana na rok 2050, a nie na 1950, c) opieka medyczna zbliżona do poziomu holenderskiego, a nie ukraińskiego, d) tworzenie nowych technologii konkurencyjnych do krajów takich jak Izrael, czy Korea Płd. Jak wyjdziemy od wątku nr 3), stajemy przed pytaniem, skąd na to wziąć pieniądze- podnieść podatki? skasować 500+?, podnieść wiek emerytalny? obniżyć wydatki na wojsko? Nikt nie chce na te pytania odpowiadać, ani lewica, ani prawica. Dlatego wątku nr 3) niemal nie ma w debacie publicznej z wyjątkiem lekarzy rezydentów, którzy się słusznie zbuntowali.
To prawda, świetny tekst jak zawsze u tego autora ale…
Pisząc „świetny” mam na myśli formę, warsztat i to wszytko co ma pióro dobrego dziennikarza-publicysty którym był/jest redaktor Ernest. Kłopot mam tylko z odpowiedzią na pytanie o sprawstwo, o skutek, o to jak przełoży się to nie tyle na rzeczywistość, na politykę a na ton dyskusji na łamach choćby SO. Ilość wpisów pod tekstem słabo rokuje, zwłaszcza gdy porówna się to do ilości wpisów pod dwoma ostatnimi wypowiedziami Krzysztofa Łozińskiego o chamach w polskim życiu politycznym czy społecznym.
Ale oto parę małych wątków polemicznych do świetnego, jak zaznaczałem wcześniej,tekstu.
– przywoływanie naszego obciążenia historycznego wywodzącego się z utrzymywania ponad historyczną miarę pańszczyzny, mówiąc wprost, niewolnictwa chłopów, niewolnictwa zniesionego nie przez polskie władze, polskich panów a rządy zaborców jako źródła wielu obecnych patologii w polskim życiu społecznym i politycznym warto równoważyć obciążeniem jakie ma miejsce w krajach „tamtej” Europy zbrodniami kolonializmu dokonywanymi i XIX i XX wieku.
– jestem coraz bardziej przekonany, że dzielenie sceny na „prawica” – lewica” jest zajęciem pozbawionym większego sensu. Tak jest – raczej podział na racjonalność – nieracjonalność, żeby nie powiedzieć wprost „mądrość – głupotę”.
Za takim podejściem niech świadczą wyniki CBOS z których wynika, że w sondażu opinii o minionym 2017 roku ponad 60% badanych powiedziało, że mijający rok był najlepszym w całym okresie transformacji. Co mają z tym zrobić ci wszyscy obrońcy demokratycznego państwa prawa i przestrzegający przed dyktaturą ? To są dwa różne światy, świat wartości tak dobrze opisany w przywołanym tekście mojego kolegi ze studiów prof.Jacka Kurczewskiego i „real politk” obecnej ekipy.
Przywołane w tekście redaktora Skalskiego wyniki obrazujące poparcie różnych partii politycznych w poszczególnych grupach dochodowych z których wynika, że Razem ma większość wśród badanych o najwyższych dochodach to dowód na to, że ta wysokość dochodów wyznacza głębię refleksji nad światem wartości, zwłaszcza gdy te przedziały to : poniżej 1000 zł, pomiędzy 1000 a 2000 złotych, 2000 a 3000, i ostatni przedział – powyżej 3000 złotych.
Na tym poziomie dochodów liczą się przede wszystkim potrzeby biologiczne, egzystencjalne, na piękonoduchostwo nie ma miejsca.
– Tak jest – te 5 punktów przywołane w końcówce to program minimum, ale czy opozycję stać na to minimum?
Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że pojęcie lewicy to worek różnorodności. Dlaczego fajnie jest być lewicowcem? Z tego samego powodu z jakiego fajnie jest być katolikiem czy muzułmaninem. Lewica jest miłością. Oczywiście jest autentyczną historią ruchów promujących reformy społeczne, ruchów motywowanych wrażliwością na los drugiego człowieka. Niestety, podobnie jak religie, lewica uzurpowała sobie monopol na wrażliwość, (co ułatwiało brak wrażliwości nie tylko na błędy, ale i na zbrodnie). Lewicowe ruchy (znów podobnie jak religie) cechowała fatalna podatność na utopie. Rewolucyjny romantyzm jest nadal porywający, chociaż rozumem nie grzeszy. (Moja matka lubiła mówić, że Jezus był prawdziwym socjalistą, na co ojciec odpowiadał, tak, Marysiu, nie zauważał rzeczywistości.) Renegat Kautsky był renegatem, bo odrzucał rewolucję i optował za parlamentarnym pragmatyzmem. Skandynawska socjaldemokracja dość długo żywiła się tym, co w miarę realne, a co więcej, ceniąc efektywność umiała korygować błędy (jeśli nie działa, nie należy się upierać). Lewicowość jest nazbyt często tożsamością obnosząca się z wrażliwością i ignorującą kłopotliwe realia. Utopia zastępuje analizę – ma być dobrze. Powtarzałem w latach 70. i 80. hasło, że Polsce potrzebna jest socjaldemokracja i wiedza o tym jak z nią walczyć. Skandynawskie doświadczenia pokazywały, że wtórny podział dochodu narodowego sprzyja rozwojowi gospodarczemu i społecznemu, ale tworzy nową klasę społeczną zajmujących się redystrybucją. Ta warstwa staje się w pewnym momencie b. silną częścią areny politycznej i nośnikiem lewicowego konserwatyzmu. W sumie, to nie lewicowość jest wartością, a drugi człowiek, nie lewicowy romantyzm jest metodą, a zdolność systematycznego poprawiania warunków społecznych bez niszczenia tego, co pozwala na tworzenie czegoś do dzielenia.
Zgadzam się z każdym słowem.
Tak, „to nie lewicowość jest wartością, a drugi człowiek, nie lewicowy romantyzm jest metodą, a zdolność systematycznego poprawiania warunków społecznych bez niszczenia tego, co pozwala na tworzenie czegoś do dzielenia.”
Tylko, że każdy zindoktrynowany utopią (tak prawica jak lewica i każdy inny) przypisuje sobie taką motywację i nie zauważa, że (niechcący) niszczy.
Nie uczymy się (i nie edukujemy) rozumienia, rozumowania, pogłębiania świadomości o znaczeniu i odroczonych konsekwencjach naszych działań. Nie szczepimy umysłów przeciwko indoktrynacji.
Katechetka, która z całą klasa modliła się za moją (nie biorącą udziału w lekcji religii 7. letnią córkę) miała jak najlepsze intencje „poprawiania warunków społecznych” według własnego klucza (wartości chrześcijańskie) i nie rozumiała, że niszczy dziecko.
Podobnie lewica, wystarczy sięgnąć po materiały edukacyjne o sztuce. Demagogia, indoktrynacja i wykluczenie prawicowej wizji rzeczywistości (jej estetyki) z artystycznego obiegu, jest antywartością. I te instytucje są głęboko przekonane, że robią dobrze, tylko dobrze, wszystkim.
Po jednej i po drugiej stronie taka sama mentalność (mesjanizm) i brak zdolności do refleksji i samokrytyki, tylko prawa strona silniejsza, więc brak samoświadomości u słabszej strony rokuje porażkę, czyli szkodzi wszystkim.
Lewica była (powinna być) zaworem bezpieczeństwa. Niestety ten zawór skorodował.
Warte lektury: http://www.newsweek.pl/polska/czemu-sondaze-klamia-bierzynski-o-manipulowaniu-badaniami,artykuly,421422,1.html?src=HP_Section_1
Naprawdę warte
Chylę czoła przed red. Skalskim. Praktyczne nie mam tu powodu do polemizowania w żadnym z poruszonych tematów. Może z wyjątkiem negatywnej oceny autora szans na prezydenturę Biedronia. Dla mnie to bardzo pozytywny czarny koń polskiej polityki. Od tego są wybory, aby móc dokonać właściwej selekcji. Prezydent nie jest tu najważniejszą osobą w polskiej polityce. Poza tym jednym przykładem, zgadzam się z całą oceną polskiej polityki i roli lewicy w tejże. Powoli zaczyna brakować miejsca dla tak pojmowanej lewicy. Oni są tak anachroniczni, że już tego nie zauważają. Przyszłość należy do partii środka. Jakiejś formacji, która zastąpi PiS, niech to będzie chadecja i jakiejś formacji, która zastąpi PO czy Nowoczesną, jako tę nieco z lewej strony. Coś jak Republikanie i Demokraci w Stanach.
Tak Schetyna musi odejść, i to jak najszybciej. Tu red. Skalski mnie zaskoczył.
Miejmy nadzieję, że polscy politycy opozycyjni potraktują ten tekst poważnie i zobaczymy wkrótce jakieś skuteczniejsze ruchy inegracyjne wśród polityków opozycji. Czas pokaże, czy tezy artykółu będą tylko ku pokrzepieniu serc czytelników SO, czy też staną się zaczynem i fermentem dla polskiej opozycji wiodącym do odsunięcia uzurpatorów i nieudaczników z polskiej polityki.
„[…] Cztery miliony na śmieciówkach i następne sześć na etatach z minimalną ustawową ośmiorniczek nie zapomni” – to jeden z komentarzy w naszym Studiu Opinii. A fakty? Liczba umów-zleceń w roku 2016 wyniosła 1038 tysięcy, prawie cztery razy mniej. Otrzymujący płacę minimalną w październiku 2017 to 4 – 5 procent z ogólnej liczby 16.5 mln. zatrudnionych. […]”
.
Autor krytykując zacytowany komentarz ewidentnie manipuluje danymi, wybierając je pod swoją tezę. Wystarczy sięgnąć samemu do publikacji GUS i przeczytać:
https://stat.gov.pl/download/gfx/portalinformacyjny/pl/defaultaktualnosci/5474/9/5/1/wybrane-zagadnienia-rynku-pracy_2016.pdf
„1,465 mln osób zatrudnionych w gospodarce narodowej otrzymywało wynagrodzenie brutto nie przekraczające obowiązującego minimalnego wynagrodzenia (1850 zł), co stanowi ok. 13% ogółu zatrudnionych na umowę o pracę, podobnie jak w poprzednich latach (stan w grudniu 2016 r.)”
Co więcej, dominanta płacy wynosi zaledwie 2073 zł, co oznacza, że najczęściej wypłacanym wynagrodzeniem jest płaca zbliżona lub symbolicznie większa od minimalnej. Dane są tutaj:
http://stat.gov.pl/infografiki-widzety/infografiki/infografika-struktura-wynagrodzen-w-pazdzierniku-2016-r-,64,1.html
Autor doszukuje się także nieścisłości w określeniu skali „śmieciowego” zatrudnienia. Niesłusznie, ponieważ w potocznym rozumieniu „śmieciową” formą zatrudnienia nie jest jedynie brak umowy o pracę, ale wszelkie formy pracy nie mające trwałego charakteru. A w Polsce aż 26% pracowników pracuje na terminowych formach zatrudnienia nie mając gwarancji zatrudnienia i możliwości stabilizacji życiowej. Jest to znacznie powyżej średniej europejskiej i jest dowodem prekaryzacji stosunków pracy.
https://rynekpracy.pl/artykuly/niestandardowe-formy-zatrudnienia-w-polsce-i-unii-europejskiej
Krytykowana opinia wcale nie odbiega tak bardzo od prawdy, jak to się autorowi wydaje i co nam sugeruje, a już z całą pewnością nie odbiega ta opinia od własnych doświadczeń wielu Polaków.
Aż się prosi zacytować autorowi pod rozwagę jego własne słowa:
„Potwierdza się, że największym wrogiem prawdy jest głębokie przekonanie. Zamknięcie oczu na prawdę pozwala nie zmieniać retoryki.”
No właśnie!! Pan pierwszy.
Autor napisał także:
„[…] To już wówczas nie było do końca prawdziwe, ale w znaczącym stopniu charakteryzowało całość. Teraz to wygląda inaczej. Nazywa się Krzywa Gaussa. Graficznie przedstawia się w kształcie zbliżonym do garbu wielbłąda. Dwa cienkie końce; skrajna bieda i wielkie bogactwo, pomiędzy nimi stany pośrednie obejmujące większość. […]”
Gorąco polecam dobrze przyglądnąć się tej krzywej Gausa. Link podałem wyżej. Bardzo proszę dostrzec ten „stan pośredni”, w jakim przedziale płacowym się on znajduje. Dla lepszego zrozumienia warto porównać z własnymi dochodami, może to pozwoli przynajmniej otworzyć na chwilę oczy, bo na trwałą zmianę przekonań, nie śmiem nawet liczyć.
Doczytałem na razie do strony 3.
„Oczywiście – są wśród pracodawców bezwzględni wyzyskiwacze. Ale przeważnie są to przedsiębiorcy, którzy nie mogą się doprosić wypłaty swoich należności i sami są molestowani przez wierzycieli, na czele z najskuteczniejszym, czyli urzędem skarbowym.”
.
Czyli są bezwzględni wyzyskiwacze, ale to w zasadzie biedni ludzie, którzy sami nie dostają wynagrodzenia, a musza płacić.
Rozumiem, że swoich należności nie otrzymują od „lewicy” czymkolwiek by ona nie była, skoro to „lewica szkodzi”?
ES> „Cztery miliony na śmieciówkach i następne sześć na etatach z minimalną ustawową ośmiorniczek nie zapomni” – to jeden z komentarzy w naszym Studiu Opinii. A fakty? Liczba umów-zleceń w roku 2016 wyniosła 1038 tysięcy, prawie cztery razy mniej.
Szanowny panie Edwinie, ja może i nieco zaokrągliłem w górę, ale Pan statystycznie mija się z prawdą o brakujące 3 miliony.
Umów zleceń było w 2016r milion. A ile było umów „o dzieło wysprzątania”? A ile było „jednych piątych etatu”?
Wie Pan? Ja wiem, że w 2016 r w Polsce zarejestrowanych było trzy miliony „jednoosobowych działalności gospodarczych”. Co najmniej dwa miliony z tych „działalności” to też śmieciówki.
Co do sześciu milionów z minimalną, to przepraszam, nie powinienem pisać „minimalną ustawową” tylko „z głodową”.
Dominanta (najczęściej wypłacane wynagrodzenie) w 2016r to 2072 złote brutto. Jednak więcej niż ustawowa.
Tudzież nie powinienem stosować spójnika „i”. Bo w tych 6 milionach z głodowymi wynagrodzeniami są również te cztery miliony na śmieciówkach. Za brak precyzji serdecznie przepraszam, ale tezę podtrzymuję:
Cztery miliony na śmieciówkach i następne dwa na etatach z głodowym wynagrodzeniem ośmiorniczek nie zapomni.
Przytoczonych liczb nie wyssałem z palca:
https://wpolityce.pl/polityka/277015-szokujaca-struktura-wynagrodzen-w-polsce
http://kadry.infor.pl/wiadomosci/730082,Ile-osob-pracuje-na-umowach-cywilnoprawnych.html
https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/pracujacy-zatrudnieni-wynagrodzenia-koszty-pracy/struktura-wynagrodzen-wedlug-zawodow-w-pazdzierniku-2016-r-,5,5.html
—
A Schetynę należy jak najszybciej usunąć z polityki.
Errata: powinno być „Szanowny Panie Erneście”. Przepraszam serdecznie za pomylenie imienia.