Telewizja pokazała (407)

2018-01-18.

Minister Radziwiłł jest znakomitą ilustracją mego pomysłu, aby politykom losować partie i stanowiska 

Przez wiele lat był prezesem Naczelnej Izby Lekarskiej i wtedy krytykował to co się dzieje w służbie zdrowia, wysuwał rozsądne postulaty podobne do tych jakie teraz wysuwają strajkujący lekarze itp. Od kiedy został ministrem, zupełnie (i gładko) się przestawił – krytykuje protestujących, zapewnia że wszystko jest w porządku w służbie zdrowia, a jak są jeszcze jakieś mankamenty to ministerstwo nad tym pracuje itd.

Ta cecha jest wspólna większej liczbie polityków. Popatrzmy jak mądrze i odpowiedzialnie wypowiadają się teraz byli ministrowie poprzednich rządów, a także byli politycy.

Ze szkoły pamiętam o zaletach metody uprawiania ziemi w średniowieczu, zwanej trójpolówką. Gospodarz dzielił swoje grunty orne na trzy części i co roku zmieniał na nich rodzaj zasiewanego zboża, przy czym jedno z trzech pól kolejno leżało przez rok odłogiem. Czy nie byłoby wskazane, aby co roku trzecia część posłów i w ogóle polityków poleżała sobie odłogiem?

* * *

Wirtualna Polska:

Myśliwi dopięli swego. Teraz to oni będą decydować, czy możesz spacerować po lesie i zbierać w nim grzyby. Jeśli będą akurat polować, mogą cię z niego wyrzucić. Jeśli ich nie posłuchasz, zapłacisz grzywnę. Nawet jeśli to będzie twój prywatny las.

Rozpanoszenie myśliwych budzi niechęć. Po tym jak ostatnio myśliwy zastrzelił kolegę (w nocy, kiedy prawo łowieckie pozwala polować tylko na określone gatunki zwierząt i tylko w pojedynkę), w internecie przewaliła się fala komentarzy w większości nieprzychylnych myśliwym. Poniżej kilka najłagodniejszych:

Myśliwy celując do zwierzyny musi wiedzieć do jakiego zwierzaka strzela i ma celować w komorę (serce). Strzelają w co popadnie. Strach iść do lasu na spacer, czy grzyby.

Na polowaniu młody myśliwy strzela. Starszy pyta: co strzeliłeś? Nie jestem pewny, ale idę zobaczyć. Wraca i mówi: w dowodzie miał Kosiński…

„Przed północą, w lesie…:”, tzn. polują z noktowizorami??? To nie jest czerwiec w Finlandii.

Jestem ciekawa czy ten myśliwy-zabójca innego myśliwego pójdzie siedzieć bo jak dotąd jak zabili przypadkową osobę to nigdy żaden nie poszedł siedzieć do więzienia. Zobaczymy teraz jaka jest sprawiedliwość wymierzona za zabójstwo kolegi. Mogą bezkarnie polować, zabijać, czy postrzelać człowieka czy psa a nigdy nie ponoszą za ten czyn odpowiedzialności karnej bo to biznesmeńska zazwyczaj jest elyta ponad prawem.

Nie współczuję, nie znoszę myśliwych. Całą zimę dokarmiam sarny i bażanty a oni potem to zabijają pod moim domem. Ohyda.

Ciąg do zabijania jest odrażający sam w sobie. Jeśli więc taki osobnik pada ofiarą drugiego o tych samych skłonnościach, to nad kim tu lamentować?

WY, panowie pukawkowi na siłę dorabiacie ideologię do zwyrodniałej rozrywki. Któryś tu napisał, że trofeum myśliwskie to szacunek dla zwierzęcia??? Chyba u Indian, bo u was, ‚panowie szlachta’, to raczej nędzne dowartościowanie waszych kompleksów. Myślicie, że jak zostaniecie szczęśliwymi posiadaczami drogich pukawek z noktowizorem, gustownego ubranka moro, pasa na amunicję, który ledwie się zapnie na obfitym brzuszysku i żałosnego kapelutka z piórkiem, to przybędzie wam od tego odwagi, powagi i męskości? Że dzięki zdjęciom z trupami ubitej zwierzyny staniecie się obiektem podziwu i pożądania??? Czasy bitwy pod Grunwaldem, kiedy to król zarządził wielkie łowy, już dawno minęły, panowie ‚szlachta’!

Polowanie to festiwal śmierci. Samo w sobie jest koszmarem bez względu na to kto jest jego ofiarą!

A dobijał z krótkiej czy jeszcze żywemu skórę zdzierał, bo nie napisali.

Ale mi przykro…….Yes, yes, yes !!!

To nie nawiedzeni weganie piszą te komentarze, to zwykli ludzie, którzy jedzą mięso, ale którzy uważają, że myślistwo to krwawy sport i chora przyjemność zabijania nie po to, aby zaspokoić głód, ale by zdobyć trofeum i zrobić sobie fotę na tle krwawego pokotu. Nic nie usprawiedliwia rozrywki kosztem życia. To nie średniowiecze. Przy dzisiejszym stanie świadomości zabijanie dla przyjemności jest morderstwem, a ludzie, którym sprawia to satysfakcję (w tym kobiety) godni są pogardy.

Strzelił do nierozpoznanego celu, będzie się tłumaczył że cel zachowywał się jak zwierzę, tylko jak tu wytłumaczyć że to zwierzę poruszało się w kamizelce ?

* * *

Jeffrey D. Sachs:

Całkowity roczny budżet ONZ wynosi tyle, ile Ameryka wydaje na wojsko w jeden dzień i dziewięć godzin. Cóż za marnotrawstwo.

* * *

Prof. Antoni Dudek dla Onet Wiadomości:

Łukasz Rogojsz, Onet: Kiedyś Donald Tusk mówił, że nie ma z kim przegrać. Dziś spokojnie te słowa mógłby wypowiedzieć Jarosław Kaczyński. To całkiem porządny kapitał na półmetku kadencji.

Z całą pewnością, aczkolwiek Kaczyński tego nie mówi, bo być może wyciągnął wnioski z doświadczeń Tuska. Jak bowiem wiadomo w polityce nic nie jest dane raz na zawsze i sondażowa łaska Polaków na pstrym koniu jeździ. Warto o tym pamiętać, bo przy obecnym stopniu polaryzacji politycznej w Polsce, a zarazem chwiejności wielu wyborców – w Polsce obok tych żelaznych elektoratów mamy także dość pokaźną grupę wyborców, którzy potrafią w ciągu 48 godzin bardzo gwałtownie się zreorientować – nic nie jest pewne.

Jakie wnioski Jarosław Kaczyński wyciągnął z losów swoich poprzedników?

Głównym jest ten, że trzeba się schować w cieniu i wystawić nowe twarze. To jest coś, czym Tusk grał bardzo mocno cały czas. Wprawdzie on sam zawsze był na pierwszej linii, ale żonglował różnymi nowymi twarzami w swoim otoczeniu. Wysunięcie najpierw Andrzeja Dudy, a potem Beaty Szydło było ze strony Kaczyńskiego tym elementem, który miał ogromne znaczenie dla sukcesu wyborczego PiS-u. (…)

oto: PAPPiS jest dzisiaj w bez porównania bardziej komfortowej sytuacji niż w latach 2005-07. Nie musi użerać się z koalicjantami, ma samodzielną większość w Sejmie, bo partie Gowina i Ziobry nie istnieją jako samodzielne podmioty wyborcze. Porównując z rządami sprzed dekady, PiS nauczyło się być bardziej elastyczne. Jedną z głównych z przyczyn, dla których PiS ma dziś takie sondaże jakie ma jest to, że gdy widzi, jak jego propozycja lub inicjatywa natrafia na bardzo zdecydowany opór społeczny, natychmiast się wycofuje. Podam trzy przykłady – „czarny marsz”, ustawa warszawska czy tzw. wsteczna dwukadencyjności w samorządach. (…) To jest coś, czego PiS nauczyło się od Platformy. Donald Tusk też się wycofywał, gdy widział, że jakiś pomysł może być zbyt kosztowny – sztandarowym przykładem jest sprawa ACTA. Wcześniej Kaczyński nie był tak elastyczny. Nie bez powodu przez lata był przedstawiany w roli buldożera, który rozjeżdża wszystko, co stanie na jego drodze.

Jednym z wniosków wyciągniętych przez PiS jest też chyba zupełnie inne podejście do mediów publicznych – znacznie szybsze ich opanowanie i zaprzęgnięcie do pracy na rzecz rządu.

Tak, to prawda. Jednak uważam, że PiS tutaj przeszarżowało i zbiera już pierwsze tego owoce. Nie chodzi mi o tempo czy styl przejęcia mediów publicznych, ale o nawiązującą do lat 70. ubiegłego wieku propagandę sukcesu, którą widzimy przede wszystkim w „Wiadomościach” TVP1 i TVP Info. Wówczas miało to dla rządzących fatalne skutki i dzisiaj ta historia zaczyna się powtarzać.

Fatalne skutki? Przecież w minionych dwóch latach przekaz mediów publicznych był jednym z największych atutów PiS-u.

To wszystko do czasu, bowiem prorządowa propaganda sukcesu w mediach publicznych rozbudziła olbrzymie aspiracje i oczekiwania materialne dużej grupy Polaków. Zresztą trudno im się dziwić, skoro przez wiele miesięcy słuchali o rekordowych wpływach do budżetu. Teraz stopniowo coraz więcej tych osób będzie się zastanawiać, gdzie są te pieniądze, skoro rząd wciąż mówi, że jest wspaniale. Będą szukać potwierdzenia tego w swoich portfelach. (…)

Zabawa z propagandą zawsze jest bardzo ryzykowna. Problem polega na tym, że PiS przekroczyło na tym polu czerwoną linię i teraz apetyty tej części społeczeństwa będą strasznie trudne do zaspokojenia. Prezes Kaczyński już jakiś czas temu zauważył te nadmiernie rozbudzone aspiracje materialne i powiedział, że co prawda sytuacja jest bardzo dobra, ale jednak wciąż mamy deficyt budżetowy i nie jesteśmy w stanie od razu zaspokoić wszystkich oczekiwań. Kiedy PiS nie będzie już zdolne do zaspokajania tych stale rosnących apetytów, wówczas masy ludowe pójdą za tym, kto obieca im więcej. Dzisiaj co prawda nie ma takiej siły na scenie politycznej – kogoś, kto powiedziałby, że PiS zaoferowało za mało, że program „500 plus” to za mało, że należy dać przysłowiowe „1000 plus” – ale ona może się pojawić. (…)

PiS stworzyło bardzo groźny mechanizm populistycznej licytacji. Kiedy okazał się on skuteczny, podchwyciła go także opozycja. Grzegorz Schetyna nie bez powodu obiecał Polakom trzynastą emeryturę i rozszerzenie programu „500 plus”. A to dopiero początek. Po nim przyjdą tacy, którzy uznają, że należy się nie tylko trzynasta, ale i czternasta emerytura. To się będzie rozgrywać już w najbliższych wyborach, a później w kolejnych. Dopóki, oczywiście, nie nastąpi smutne zderzenie z rzeczywistością w postaci  kryzysu gospodarczego. (…)

Zapytam naiwnie: Polacy nie widzą, że obiecać można wszystko, a spełnić niewiele? Dlaczego tak łatwo „kupują” tani populizm?

Z prostego powodu – słabo zarabiającym Polakom całe lata tłumaczono, że jeszcze nie mogą liczyć na więcej, nie mogą żyć lepiej, bo musimy oszczędzać, bo jesteśmy państwem na dorobku. Dzisiaj nagle dowiadują się, że jako państwo już się dorobiliśmy, tylko wszystkie pieniądze rozkradły złowrogie elity. A że dochody najbiedniejszych Polaków jednak w ostatnich dwóch latach wzrosły, to uznają tę narrację za wiarygodną. (…)

PiS nie przestanie być PiS-em. Tu nastąpi po prostu korekta w propagandzie. Bo to, co w tym względzie robiło dotąd PiS było długoterminowo samobójcze. Obserwowałem to i przecierałem oczy ze zdumienia, ponieważ wszystkie poprzednie rządy jak ognia unikały mówienia, że mają dużo pieniędzy w budżecie, zdając sobie sprawę z tego, że zrodzi to oczekiwania, którym prędzej czy później trzeba stawić czoła. PiS mogło mówić o całej masie różnych rzeczy, ale uparli się akurat na rekordowe wpływy do budżetu, które oczywiście są faktem, ale w skali dalece niewystarczającej, by np. sfinansować program „Mieszkanie plus” na naprawdę masową skalę. PAP

Wyborcy to zaakceptują? W końcu to właśnie PiS szło do wyborów zapewniając, że wystarczy nie kraść, a pieniądze znajdą się na wszystko.

Ma pan rację, ale hasło „Wystarczy nie kraść!” nie musi od razu oznaczać epatowanie rzeką pieniędzy do rozdania. PiS sporą część swoich obietnic spełniło, przynajmniej w jakiejś części. Jedynie pomoc dla „frankowiczów” i realne podniesienie kwoty wolnej od podatku nie doczekały się realizacji. Rzecz w tym, że można było lepiej tymi działaniami zarządzać – coś zrobić w pierwszym roku, coś w drugim, coś w trzecim i coś w czwartym. Zamiast pokazywać góry pieniędzy, wskazywać, gdzie są kierowane. Tyle że górę wziął pewien triumfalizm, spowodowany wyższymi wpływami do budżetu z tytułu podatków VAT, PIT i CIT.

Zastanawiam się, czy PiS może zrezygnować z roli trybuna ludowego, który zabiera bogatym i oddaje biednym. Zwłaszcza w przededniu trzyletniego maratonu wyborczego.

Rzeczywiście jest to dla PiS-u bardzo ryzykowne posunięcie, bo nagle na ich miejsce może wejść ktoś inny, kto wykorzysta rozbuchane społeczne aspiracje. Prezes Kaczyński musi podjąć trudne decyzje, które albo poskutkują utrzymaniem czy wzrostem poparcia, albo spadkami.

Jeśli PiS przestanie spełniać oczekiwania swoich wyborców, ci mogą zacząć dostrzegać to, na co dotychczas przymykali oko – afery, niefortunne wypowiedzi, złą prasę na świecie.

Będzie to wyglądać mniej więcej tak – wybuchnie jakaś nowa afera, oburzy ludzi i nagle PiS-owi zacznie spadać poparcie. Wszyscy będą się zastanawiać, co się dzieje, bo przecież PiS przetrwało już poważniejsze problemy. A to właśnie będzie skutek wyhamowania polityki rozdawnictwa. Oczywiście ludzie pytani o powody ich nagłej złości na PiS nie powiedzą, że chodzi akurat o to, ale proszę pamiętać, że bardzo niechętnie przyznajemy się do prawdziwych pobudek, którymi się kierujemy. Dużo łatwiej powiedzieć, że nie jestem już w stanie wytrzymać kolejnych afer z udziałem partyjnych działaczy, niż że jestem wściekły, bo PiS przestało rozdawać kolejne socjalne prezenty. (…)

Dziś PiS jest w apogeum swoich sukcesów. Jest na fali wznoszącej, ale taka fala, jak każda, ma swoją granicę wysokości. Przyszły rok będzie dla nich już dużo trudniejszy. Chociażby dlatego, że zbliżają się wybory samorządowe, a PiS ma poważne problemy z popularnymi kandydatami na prezydentów dużych miast. Jednocześnie liczy, że po wyborach będzie mieć prezydentów przynajmniej w połowie miast wojewódzkich. Każdy inny wynik będzie traktowany jako porażka.

Polityka socjalna to jedno, ale jest też inna ważna kwestia – czy w drugiej części kadencji PiS nadal będzie nastawione konfrontacyjnie do tak dużej liczby grup społecznych. Ekolodzy, feministki, młodzi ludzie protestujący w obronie sądów, sędziowie, lekarze. Długo mógłbym tak wymieniać. Doszło do tego, że już nawet część sprzyjających PiS-owi dziennikarzy czy wyborców partii patrzy na to sceptycznie, bo widzi, że obiektem ataku może być każdy.

PiS faktycznie skonfliktowało się z wieloma grupami, ale musimy mieć świadomość, że należały one do szeroko rozumianej elity społecznej, czyli najlepiej wykształconej i sytuowanej części społeczeństwa. A z tą częścią społeczeństwa PiS walczy od dawna. Partia prezesa Kaczyńskiego nigdy nie ukrywała, że jej celem jest nie tylko zmiana ustrojowa, ale także przebudowa i de facto wymiana całej elity społecznej.

Wielu Polakom bardzo się to spodobało.

Dlatego, że PiS nawiązało i wykorzystało przy tym pewnego rodzaju oddolną niechęć Polaków do elit, która narastała przez ostatnie 27 lat i która ma też  bardzo wyraźne podłoże materialne. PiS udało się przedstawić elity – czy to sędziowskie, czy akademickie, czy artystyczne – jako oderwane od rzeczywistości, zdegenerowane, nieuczciwe i nieetyczne.

Dlaczego im się to udało?

Bo elity okazały się nieskuteczne w przewodzeniu społeczeństwu. A taka przecież jest rola elity –  jest to najbardziej doświadczona i wykształcona część społeczeństwa, która powinna przewodzić reszcie w interesie wspólnego dobra. Elitom nie udało się też wytłumaczyć Polakom, że jak w każdej grupie, tak również i u nich trafiają się „czarne owce”, ale to tylko jednostkowe przypadki, a nie większość. Ponieważ jednak często nie wykluczano ich z tej elity – chociażby słynni ostatnio nieuczciwi sędziowie – to dostarczano amunicji krytykom. Ofensywa przeciwko elitom będzie więc kontynuowana, bo minione dwa lata pokazały, że PiS z nimi wygrywa.

I tak aż do skutku, czyli zastąpienia obecnych elit elitami wysuniętymi przez PiS?

Obecne elity albo zdołają przekonać społeczeństwo, że narracja PiS-u dotyczy znacznej mniejszości ich członków, albo przegrają. I to w warunkach czysto demokratycznych, bez żadnej dyktatury. To prosta arytmetyka wyborcza – ludzi biednych i niewykształconych jest więcej niż zamożnych i dobrze wyedukowanych. Natomiast PiS bardzo skutecznie mobilizuje tę część elektoratu, dzięki czemu może przegłosować elity przy urnach.

Opozycja z tą mobilizacją ma o wiele większe problemy. Wracamy tutaj do stwierdzenia, że PiS jest silne jej słabością i słów prezesa Kaczyńskiego, który przekonuje, że sam musi być opozycją dla swojego rządu.

Dokładnie, natomiast to nie będzie trwać wiecznie. Moim zdaniem po wyborach samorządowych albo nastąpi rekonstrukcja obecnej opozycji i pojawią się w niej nowe postacie, które będą głosić populistyczne hasła, ale w bardziej wiarygodnej formie, albo też pojawią się na jej miejscu całkowicie nowe siły. (…)

Dzisiejsza opozycja mówi, że w ogóle nie zgadza się na rozbicie korporacji sędziowskiej i podporządkowanie w jakimkolwiek stopniu sądownictwa władzy ustawodawczej.

Liczyła też, że na sporze wokół sądów odbije się sondażowo, tymczasem tak się nie stało, bo – paradoksalnie – dzięki konfliktowi z prezydentem obóz władzy zaprezentował się Polakom jako środowisko zaskakująco pluralistyczne, które potrafi twardo rozmawiać o pryncypiach.

Tutaj kluczowa była i jest wściekłość olbrzymiej części Polaków na sądownictwo. Ta wściekłość narastała od lat i dlatego dziś większość Polaków nie wierzy w opowieści o zaszczutych sędziach, chociaż rządowa kampania nienawiści wobec nich jest faktem. Mimo tego ocena wymiaru sprawiedliwości jest u większości społeczeństwa jednoznacznie negatywna. Przez ponad ćwierć wieku żadna władza nie potrafiła się z tym problemem uporać. Dlatego dziś wielu Polaków patrzy na to w następujący sposób – skoro nikt nie umiał sobie z tym poradzić, niech przyjdzie PiS, rozwali sądy młotem, a potem zobaczymy, czy coś zmieni się na lepsze. To po pierwsze.

Po drugie, różnice, które pojawiły się na tym tle nie zaszkodziły ani PiS-owi, ani prezydentowi. Głowa państwa wreszcie wyszła z cienia, uwolniła się od postaci Adriana z „Ucha prezesa” i pokazała, że jednak ma coś do powiedzenia. Natomiast PiS powściągnęło swoich polityków i nie atakowało prezydenta zbyt ostro. Te najbardziej krytyczne wypowiedzi pod jego adresem, które padły, nie były autorstwa prezesa PiS-u czy czołowych polityków partii, tylko przede wszystkim polityków Solidarnej Polski oraz części prorządowych, prawicowych mediów. Zresztą podkreślił to sam prezydent, który stwierdził, że nie atakuje go całe PiS, tylko jedno konkretne środowisko – Solidarna Polska. Spór w obozie Zjednoczonej Prawicy zbyt mocno nie razi Polaków, bo nie przybiera formy awantur i wyzywania się przed kamerami. Odbywa się w granicach sporu politycznego, który Polacy akceptują. (…)

Jak zatem będzie wyglądać druga część kadencji w wykonaniu PiS-u?

Będzie z pewnością dużo trudniejsza od pierwszej. Coraz mniej przekonujące będą argumenty, że Platforma coś zawaliła – po ponad dwóch latach rządów zrzucanie winy na poprzedników nie będzie już przekonywać ludzi. Drugim problemem będą aspiracje dużej części społeczeństwa, które sami rozbudzili i które od tej pory będą trzymać ich za gardło. Po trzecie jest wspomniany już spór z prezydentem, który zupełnie zmienił wzajemne postrzeganie się przez obie strony i może rzutować na dalszą współpracę.

To od tego sporu będzie zależeć, czy PiS może liczyć na drugą kadencję?

Na pewno będzie zależeć od dalszych losów zmian, które prezes Kaczyński chce wcielić w życie – m.in. dekoncentracji mediów, kształtu ordynacji wyborczej czy przyszłości służb specjalnych. Bez prezydenta nie da się tego przeprowadzić. Wreszcie, wbrew pozorom, PiS jest partią misyjną. To nie jest ugrupowanie „ciepłej wody w kranie”, które chce tylko przetrwać do kolejnej kadencji. PiS stało się zakładnikiem swojego radykalizmu i tempa reform, które narzuciło. Brak kolejnych zmian może być dla nich zabójczy i prowadzić do pęknięć w partii. Jedni powiedzą, że zrobiliśmy błąd, bo nie potrafiliśmy dogadać się z Dudą; inni stwierdzą, że Duda zdradził. Ten podział już jest w partii silnie widoczny i może się jedynie nasilać, jeżeli nie uda się zawrzeć z prezydentem jakiegoś kompleksowego porozumienia.

Wszyscy w partii wiedzą, że jest jakiś spór, ale jeszcze nie wymknął się spod kontroli. Gdyby do tego doszło, to będzie to katastrofa zarówno dla Dudy, jaki dla PiS-u. Bo jeśli nagle w jednym obozie okazuje się, że Kaczyński jest wrogiem Dudy, a Duda wrogiem Kaczyńskiego, to wyborcy są mocno skonsternowani i im się to nie podoba. „Szorstka przyjaźń” w jednym obozie politycznym nigdy na dłuższą metę nie kończy się dobrze. Przydatna jest tylko pomiędzy dwoma różnymi obozami.

C:\Users\Piotr\Pictures\Saved Pictures\emerytury.jpg

* * *

Premier Morawiecki stwierdził, że dla niego absolutnym priorytetem jest walka z przemocą. A do przemocy, jego zdaniem, dochodzi „częściej w związkach nieformalnych, a nie tych usankcjonowanych prawnie”. Byłaby to zachęta do sformalizowania takich związków? Często mam wrażenie, że po tym co ta władza zrobiła narodowi to powinna się z tym narodem ożenić.

C:\Users\Piotr\Pictures\Saved Pictures\prawicowe tradycje.jpg

„Sztuczne fiołki”

PIRS

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com