
2018-02-21.
Wszyscy bogowie, których w życiu spotkałem, uwielbiali modlitwy.
Siła boga zależy od tego, ilu ludzi i jak żarliwie się do niego modli. Bóg, do którego ludzie przestają się modlić, umiera. Powiedzmy sobie szczerze, modlitwy są jak tran dla Tygrysa z „Chatki Puchatka”, to jest to, co bogowie lubią najbardziej. Czy jest jednak coś więcej? Ambrozja? Podejrzana sprawa. Mit. Nie ma powodu udawać Greka, o ambrozji nie znajdujemy niczego ani w Biblii, ani w Koranie. Pytanie, czy Pan Bóg lubi kiszone ogórki, jest właściwie żartem. Bogowie religii monoteistycznych nie są zainteresowani kiszonymi ogórkami, jedynym ich pożywieniem są modlitwy pochwalne i tylko z nich czerpią swoją energię.
Problem energii zasilającej tajemniczą Wyższą Inteligencję jest tu sprawą podstawową, ale żarty się kończą, kiedy do dyskusji wkraczają ludzie, których wiedza wykracza daleko poza to, co mogą zrozumieć zwykli śmiertelnicy. Kiedy Stephen Hawking mówi, że hipoteza Boga nie jest potrzebna dla wyjaśnienia powstania wszechświata, a Roger Penrose głosi, że jego kolega nie ma racji, może się wydawać, iż biedny laik jest w kłopocie i jest zmuszony do odwołania się do tego, czego ateista nie trawi – do autorytetu. Naprawdę? Spróbujmy jednak zobaczyć, co my tu widzimy, proszę wycieczki. Penrose, znakomity fizyk, mówi, że niesamowity zbieg przypadków jest dowodem na działanie inteligentnej siły. Mówi właściwie to samo, co wszyscy zwolennicy Inteligentnego Projektu, ale Penrose to nie tylko fizyk i matematyk. To znakomity fizyk, który zasłużył się głównie dzięki próbom podejścia do kwantowej grawitacji (jeszcze nieistniejącej w całości teorii) za pomocą teorii twisterów. Jego zdaniem niezbędna jest nowa teoria kwantów, uwzględniająca grawitację, eliminująca trudności interpretacyjne. Laik leży jak neptek. Oczywiście możemy sobie natychmiast przypomnieć, że genialny Newton miał hyzia na punkcie alchemii i że ta jego pasja w żaden sposób alchemii nie nobilituje. Nie mając wystarczającej wiedzy na temat teorii kwantów nadal możemy zadawać pytania o to, jak to stwierdzenie o dowodzie jest podbudowane, czy jest falsyfikowalne, czy wykracza poza „widzi mi się, że Wyższa Inteligencja jest, bo trudno mi sobie wyobrazić, żeby jej nie było”. Krótko mówiąc, człowiek wiedzący o tyle więcej od zwykłego śmiertelnika o astrofizyce i teorii kwantów używa i nadużywa swojego autorytetu, by podeprzeć to, co mu mówiła babcia.
Jest gorzej, kwanty to fascynująca sprawa, ale ja bym był ostrożny z dosypywaniem ich do każdej potrawy, chociażby z tego powodu, że mimo stu lat istnienia fizyki kwantowej, nadal jesteśmy na samym początku rozgryzania tajemnicy (co oczywiście kusi, żeby wepchnąć w nią Pana Boga). Fakt, że ja nie wiem, jest mało istotny (jestem ignorantem), ale to, że ci którzy panują nad zgromadzoną dotychczas wiedzą tak często podkreślają, że mamy tu więcej niewiadomych niż danych pozwalających na pełniejsze zrozumienie zjawisk fizyki kwantowej, wydaje się wyjaśniać dlaczego nie należy ufać ogłoszeniom o cudownej kwantowej kosmetologii holistycznej.
Oczywiście jeśli kwantową kosmetologię holistyczną reklamuje pani Michalina z Pińska, obiecując, że w ciągu siedmiu godzin odejmie nam pięćdziesiąt lat, to z Bogiem sprawa, znacznie gorzej kiedy Pana Boga kwantami podpiera naprawdę wybitny fizyk i zapewnia, że po tym podparciu Pan Bóg przestał się chwiać, bo możemy nagle dojść do wniosku, że Roma locuta, causa finita.
Czy to oznacza, że w kwestii istnienia bądź nieistnienia Boga nawet najwybitniejszy fizyk nie ma mi nic więcej do powiedzenia niż papież, czy jakiś domokrążny teolog? To właśnie twierdzę. Co oczywiście prowadzi do pytania o to, jaką wartość ma stwierdzenie, że hipoteza boga nie jest potrzebna dla wyjaśnienia takiego czy innego fizycznego zjawiska? Powiedzmy to samo zdanie inaczej, że taka hipoteza nie jest pomocna, w żaden sposób nie zwiększa naszego rozumienia, nie ułatwia naszych badań, nie daje możliwości sfalsyfikowania innych hipotez, krótko mówiąc niczego nie wnosi. Stephen Hawking (podobnie jak inni wygłaszający takie stwierdzenia), nie mówi, że ma dowód na nieistnienie Boga, mówi tylko, że ta hipoteza w jego poszukiwaniach jest zbędna, nie jest pomocna. Również on nie jest autorytetem w kwestii istnienia bądź nieistnienia Boga, nie zgłasza jednak na tym polu żadnych aspiracji.
Cała ta sprawa wyskoczyła na marginesie mojego artykułu „Nie ma konfliktu między nauką i religią, jest konflikt między religią i nauką” pod którym w StudiuOpinii pisujący czasem jako Hazelhard, profesor Michał Leszczyński wrzucił w komentarzu link http://www.dailygalaxy.com/my_weblog/2017/08/life-after-death-renowned-physicists-says-its-quantum-information-stored-at-a-sub-atomic-level-that-.html do notki o wykładzie Penrose’a, z którego wynikało, ni mniej ni więcej, tylko, że nasza świadomość, może po naszej śmierci powędrować sobie w kosmos. Ogromnie cenię teksty Michała Leszczyńskiego, jako że cechuje je mądrość i poczucie humoru (a na dodatek mam poczucie niższości wobec fizyków, jako, że oni nie mają żadnych kłopotów ze rozumieniem tego, co pisze jakiś socjolog, natomiast w drugą stronę sprawa nie jest zawsze aż tak oczywista). Mam jednak, kłopot kiedy mi wybitny fizyk proponuje uwierzenie, że pamięć może zachować swoją strukturę i możliwości operacyjne po zniszczeniu nośnika pamięci, na którym została zapisana, bez tego, aby została wcześniej przepisana na inny nośnik pamięci.
Zafrapowała mnie możliwość kwantowej teologii zastąpienia pamięci nieboszczyka pamięcią duszyczkową zasilaną już to przez fotosyntezę, już to pobierającą pozytywną energię z promieniowania kosmicznego. Z Hazelhardem kłopot, bo istota wyposażona w potężne poczucie humoru, więc zastanawiałem się trochę, czy igrał sobie, czy na poważnie tego Penrose’a polecał.
Zapomniałem o całej sprawie, kiedy nagle patrząc na słój z ogórkami zapytałem głośno, czy Bóg lubi kiszone ogórki. Żona spojrzała na mnie niechętnie i odpowiedziała, że jak czasem. Mając niemiłe wrażenie, że mnie zbywa, zapytałem co ma na myśli.
– No na przykład jak jest w ciąży może mieć ochotę na coś kwaśnego – odpowiedziała moja żona odmawiając dalszej rozmowy na ten temat.
Od dawna podejrzewałem, że jako ateiści jesteśmy wypaleni. Rozmowy o ludzkich wyobrażeniach na temat Boga przestały nas podniecać (Może to również obejmować kwantową ideę oderwanej od mózgu pamięci, jak i koncepcję wieloduszności).

Obawiam się że wkradło się Panu drastyczne uproszczenie poglądów Penrosa, który co prawda mówi o informacji, być może świadomości, ale zupełnie nie w religijnym tych słów znaczeniu. Jego wykłady są dostępne na YouTube. Podobnie Hawking – pisząc o niezniszczalnej informacji, odwoływal się do jeszcze nie sformułowanych teorii, które nawet w skrajnej postaci, malo mają wspólnego z religią antropocentrycznego boga. Jest to, co prawda, odejście od mechanistycznego materializmu i determinizmu, ale większość teoretyków nie zaprasza teologów do stołu.
A i w teologii pojawily się głosy odrzucające dosłowne interpretowanie starych tekstów i powrót do naturalizmu sprzed zinstytucjonalizownych religii.
Ma Pan sporo racji mówiąc, że pomysły takie jak “panpsychism” mogą torować drogę teologom do kolejnych nieuzasadnionych “rewelacji”, ale problem jest zdecydowanie bardziej złożony.
W swojej neoplatońskiej miłości do liczb, teoretycy trafili na kilka paradoksów, których nie potrafią ugryźć a “materializm i materia” straciły swoje znaczenie, stając się produktem interakcji sił natury (kwantowa teoria pól siłowych) albo holograficznym obrazem powstającym podczas interakcji obserwatora z rzeczywistością… a jak to jest – do końca nie wiadomo.
Za dużo niewiadomych, zbyt wielu “niewidomych”, aż kusi tworzyć nowe “posłania”…
Dziękuję za artykuły, czytam Pana teksty z przyjemnością. Cieszą jak zawsze, ciekawość i sceptycyzm.
Łączę serdeczne pozdrowienia.
Absolutnie nie twierdzę, że Penrose gdziekolwiek broni koncepcji boga osobowego. Jest akrobatą, próbującym ocalić inteligentny projekt starannie zamazując jego pierwotne pochodzenia, (nie podejrzewam go również o manipulację). Problem w tym, że nauka, to klocki lego, które dzięki ich właściwościom możemy składać. Wrzucanie do pudła z klockami lego galaretki z nóżek wieprzowych połączone z próbą przeprowadzenia dowodu, że ta galaretka to zwieńczenie logowatości klocków lego, to ja jednak odmawiam. Czy mogę być w błędzie? Oczywiście. Ale żeby mnie z niego wyprowadzić potrzeba więcej niż jednego harcerza. Serdeczności A.
Padłem na twarz (również ze śmiechu). Bardzo pyszny tekst. Kiedy czytam o kolejnym odwołaniu się do „świata ducha” przez różnych kosmologów, fizyków, w końcu naukowców, po odkryciu kolejnej anomalii, to mój głód zaprezentowanego przez Autora podejścia rośnie i rośnie. I tak sobie przypomniałem zainspirowany przez Autora stwierdzeniem o wypaleniu ateistów, że jakiś czas temu skutecznie udawało mi się prowokować dyskusje hasłem, że Bóg przecież istnieje! Nie istniałby, gdyby ludzie nie mieli go w głowach. No chyba, że jest dwóch Bogów ale ten drugi dla nas nie istnieje…
Serdeczne pozdrowienia dla Żony 🙂
Wszyscy Bogowie uwielbiają modlitwy….
Widać nie specjalnie Pan lubi literaturę fantasy. Pojawiają się tam rozmaici bogowie. Także tacy, do których trudno się modlić. Najpopularniejsza ostatnio jest „Pieśń Lodu i Ognia” na podstawie której emitowany jest serial „Gra o Tron” (co, przy okazji, jest tytułem pierwszej księgi Pieśni Lodu i Ognia).
Otóż pojawia się tam fechmistrz z Braavos – państwa miasta założonego przez zbiegłych niewolników. Oprócz fechtunku uczennicy swojej wpaja także podstawy swojej religii. Jest tylko jeden bóg – śmierć. I jest tylko jedna modlitwa…
Zamieszczam grafikę, ponieważ, jak wiadomo, obraz wart jest tysiąca słów. A co dopiero obraz ze słowami!
To akurat prawda. Lem, Douglas Adams i jeszcze ze dwa nazwiska i na tym koniec. SF z prawdziwego zdarzenia to wielka sztuka, tak wielka, że na wszelki wypadek po nowe rzeczy nie sięgam.
Nie chciałbym dalej rozmywać tematu, ale jednak muszę wtrącić – tak jest z każdą literaturą (a w zasadzie z każdymn dziełem). Dobry romans też może być sztuką, ale większość nie jest. Dobra SF, dobra fantasy, dobra powieść historyczna – wszystko może być sztuką, a przynajmniej doskonale wykonanym rzemiosłem.
Ale większość nie jest…
Gdyby Pan się zechciał kiedyś przekonać, że nadal dobre rzeczy się pisze to poleciłbym „Lód” Jacka Dukaja.
A tak przy okazji – głód modlitw i siłę bogów od modlitw zależną sportretował w humorystyczny sposób Terry Pratchett w książce „Pomniejsze Bóstwa” (org. „Small Gods”).
.
Wracając do tutułowego pytanie – Bóg, jako byt wszechmogący może też lubić kiszone ogórki! Dlaczego miałby w tym zakresie być ograniczony?
Pewnie ma Pan racje, problem w tym, że teraz kolejka nieprzeczytanych książek jak ta w PRL po pomarańcze. Dawniej zdawało mi się, że ze wszystkim pomału zdążę, teraz muszę się spieszyć, bo jak z taką niedoczytaną książką wyprawiać pamięć w kosmos? No jak jak się pytam?
Panie redaktorze, ostatnio z fantasy i sf przeskoczyłem na powieści historyczne (Follet), ale jak tylko wrócę do SF i znajdę tam rozwiązanie, to obiecuję wrócić z odpowiedzią. Póki co nie kojarzę, by się któryś z pisarzy SF zajmował wysyłaniem samej pamięci w ksmos. Może rzeczywiście jest to problem teologiczny, a nie techniczny,
Ale coś mi mówi, że wcześniej czy później na temat wysyłania pamięci w kosos w literaturze SF trafię.
Wyobrażam to sobie nawet – „kumulatory pamięci” zbierające ultujące z umierających ciał wspomnienia, by je później wystrzelić w kosmos. Oczywiście po poprzedzającym wystrzelenie sprawdzeniu poprawności tychże wspomnień. Bo jak nie – to będą skazane na czyściec, póki te najgorsze nie ulegną zatraceniu…
Czytałeś „Wieczny pokój” Haldemana ? Jaźnie można przechowywać w myźni.
Nie czytałem (jeszcze?).
Ale samo przechowywanie w myźni nie rozwiązuje problemu. Przecież chodzi o wysłanie w kosmos. A spodziewam się, że rzeczywoscie niedoczytana książka może być przeszkodą w takiej wysyłce, może trzymać jak kotwica i nie pozwolić opuścić tego łez padołu, równie skutecznie, jak inne niezałatwione sprawy trzymają duchy umarlaków (np. zemsta) w tym wymiarze.
Potrzebne będzie dopełnienie. Czy w myźni mozna doczytać książkę?
No jeśli dla ateistów jedyną przeszkodą jest boża osobowość to problem nie istnieje. Bóg jest osobowością antropomorficzną tylko w takim sensie w jakim nasza rzeczywistość jest trójwymiarowa. Tyle po prostu potrafimy tylko dostrzec. Natomiast sama rzeczywistość może mieć dużo więcej wymiarów – może 11, może 42, a może i 1854. Tyle, że praktyczne znaczenie ma dla nas z tego marne 3 (czasu dopóki jest jednokierunkowy, nie traktuję jako wymiar),i dlatego chociażby GPS nie podaje nam pozycji w 1854 wymiarach. Podobnie teologia nie zajmuje się jakąś tam nieskończoną boskością, tylko jej rzutem na naszą percepcję. A my tu jesteśmy dość mocno ograniczeni i stąd wrażenie antropomorfizacji Boga.
@ PPP. No i odwieczny problem z trudnością zauważenia, że wyrafinowana teologia kosmicznej myślącej i działającej galarety, to tylko zamaskowana forma tego samego, ale z wyrafinowanym adresatem, który nie chce parskać śmiechem. Dziecinom podajemy starą strawę, dorosłym też, ale dyplomowanym dorosłym trzeba to jakoś zapakować, żeby się nie krztusili ze śmiechu przy połykaniu. Działa.
He, he… Dziękuję Autorowi za miłe słowa o moim poczuciu humoru. Reklamuję fizykę kwantową jednak nie dla jaj, tylko warto, żeby wszyscy (w tym Humaniści) pojęli jej dziwność, i że warto inwestować w badania, które mogą doprowadzić na przykład do tego, że energię elektryczną będziemy czerpali… z próżni, bo ona wcale pusta nie jest. Nie mogę pojąć fizyki kwantowej mimo używania jej codziennie w mojej pracy, takoż daleko mi do zrozumienia co mówi/pisze Penrose. Wracając do kwestii religijnych, to, na przykład, uważam za złodziejstwo obiecywanie życia po śmierci i czerpanie z tego zysku. Natomiast tworzenie modeli myślowych światów równoległych, w których kot S. ma różny stan życia, może kiedyś doprowadzić do wykonania eksperymentu, który tak zmieni nasz świat, jak zmienił Kopernik, Darwin, czy Einstein.
Ja też szanuję fizykę kwantową i całkowicie się zgadzam, że humanistyka bez rzetelnej próby rozumienia nauki (tej ścisłej) zmienia się w postmodernistyczny salon bełkotu (stąd moja miłość do uczenia nauki nauki od przedszkola, a nie dopiero wtedy, kiedy umysł jest już wykolejony taką czy inną zalewszczyzną), o wieloświatach czytałem i troszkę wykraczają poza moje możliwości (ale było ciekawie), natomiast respekt dla drugiej zasady termodynamiki nie pozwala moje wyobraźni na zaakceptowanie idei trwania pamięci po odejściu pamiętającego. Jak mnie Pan przekona, że to może działać zmienię zdanie (Na diabła mi błędne poglądy).