05.12.2018

Brak zasad może prowadzić do łajdactwa, ale pryncypialność ma często równie pakudne efekty. Czy musimy ważyć różne wartości i szukać kompromisów? Poniekąd absurdalne pytanie, robimy to nieustanie w życiu codziennym, każdy sędzia boryka się z tym problemem orzekając wyroki, polityka jest sztuką osiągania tego, co możliwe.
Wacław Havel odwrócił tę starą maksymę, mówiąc, że „polityka nie jest sztuką osiągania tego, co możliwe, ale tego, co niemożliwe”. Jednak, aby osiągnąć to, co niemożliwe, musimy czasem zrezygnować z pryncypialności i zdobyć się na kompromis. Kiedy jednak kompromis okazuje się zgniłym kompromisem, a kiedy pryncypialność zmienia się w tępy fanatyzm? O ważeniu wartości i sztuce kompromisu mówimy rzadko i zazwyczaj bardzo ogólnie, chociażby z tej przyczyny, że wszyscy lubimy być ludźmi z zasadami.
Amerykańska onkolog pediatra, Diane M. Komp uświadomiła mi, jak bardzo jest to problem każdego z nas. Od dziesiątków lat reaguję gwałtownie na przypadki rodziców, którzy pod wpływem religii gotowi są zrezygnować z leczenia swoich własnych dzieci cierpiących na nowotwory, skazując je na nieuchronną śmierć. Długo byłem zwolennikiem (i chyba w jakimś sensie nadal jestem zwolennikiem) drastycznych kroków, włącznie z pozbawianiem praw rodzicielskich.
Diane M.Komp była sama osobą głęboko wierzącą, często powtarzała, że modli się tak, jakby wszystko zależało od Boga, ale pracuje tak, jakby wszystko zależało od niej. Wielokrotnie spotykała w swojej pracy rodziców przekonanych, że modlitwa jest ważniejsza niż leczenie, a nawet takich, którzy sądzili, że leczenie jest próbą sprzeciwiania się woli Boga. Większość jej kolegów reaguje na takich rodziców gniewem, często krzykiem, w poczuciu bezradności domagają się szybkiej interwencji władz. Profesor Komp miała inną strategię, proponowała wspólną modlitwę, rozbrajała tę minę znając i rozumiejąc motywację ludzi, których bezgraniczna głupota budzi we mnie niepohamowany gniew. Jej opisy poszczególnych przypadków nie pozostawiały jednak wątpliwości, jej strategia nieodmiennie okazywała się skuteczniejsza aniżeli strategia jej pryncypialnych kolegów. Ratowała życie, ostrożnie i ze zrozumieniem, przełamując opory zagubionych rodziców.
Czytana przed laty książka* wyostrzyła moją uwagę na nieustannie powtarzający się konflikt między naszymi wartościami a pryncypialnością, która może realizację tych wartości osłabiać czy wręcz uniemożliwiać.
Niesłychanie ciekawy przykład tego konfliktu pojawił się obecnie w Izraelu, gdzie ultraortodoksyjni Żydzi, tzw. charedim, żyją w swoich średniowiecznych zabobonach, wykluczając się z nowoczesności. Licząca około miliona osób społeczność ultraortodoksyjnych Żydów to świat, w którym głównie kobiety utrzymują rodzinę, a bezrobocie mężczyzn jest astronomiczne, 60 procent tej społeczności żyje poniżej granicy biedy, a równocześnie 60 procent jest w grupie wiekowej poniżej 20 lat. Ze względu na bardzo niskie wykształcenie zawodowe ci, którzy pracują, mają najniższe możliwe dochody.
Mamy zatem do czynienia z bardzo poważnym problemem społecznym, który może się okazać równie groźny jak palestyński terroryzm. Nic dziwnego, że rząd od lat różnymi sposobami próbuje zachęcić młodzież z tego środowiska do podjęcia nauki w szkołach wyższych. Jedną z technik łagodzenia oporów młodych ludzi i ich rodziców jest zgoda na tworzenie osobnych klas dla chłopców i dziewcząt oraz na nauczanie w klasach dla dziewcząt wyłącznie przez kobiety i w klasach dla chłopców wyłącznie przez mężczyzn. Dla wszystkich zwolenników świeckiego państwa jest to ustępstwo budzące grozę i jak można się było tego spodziewać sprawa została zaskarżona do izraelskiego Sądu Najwyższego, który może tej praktyki zakazać.
David Weinberg opisując ten problem i stanowiska stron pisze, że pryncypialność w tej sprawie może okaząc się bardzo kosztowna.
Na przestrzeni ostatnich siedmiu lat – stwierdza Weinberg – rząd izraelski mądrze zainwestował setki milionów dolarów by stworzyć szanse wyższych studiów dla ultraortodoksyjnych mężczyzn i kobiet – ta strategia działa! Liczba studentów z tego środowiska podskoczyła w tym okresie o 80 procent. Liczba ultraortodoksyjnych mężczyzn na rynku pracy wzrosła w ubiegłej dekadzie z 40 procent do 50 procent.
(Odsetek pracujących mężczyzn w mniej religijnej części społeczeństwa wynosi 81 procent. Celem rządowej kampanii jest włączenie 63 procent mężczyzn charedim do rynku pracy do roku 2020.)
W pozwie do Sądu Najwyższego grupa profesorów zażądała zatrzymania finansowania przez rząd oświaty na uczelniach dla ultraortodoksyjnych Żydów, gdzie jest podział nauczania ze względu na płeć. Zdaniem sygnatariuszy tego zaskarżenia, podział nauczania ze wględu na płeć dyskryminuje kobiety, ponieważ nie mogą one uczyć grup składających się z mężczyzn. Argumentują również, że zgoda na tego rodzaju segregację może być precedensem, który będzie się rozszerzał na armię i rynek pracy. Ich zdaniem jest to również obraza fundamentalnych wartości uniwersyteckich, takich jak otwartość i pluralizm.
Nie są to racje pozbawione podstaw i bez trudu można zrozumieć te obawy. Czy zatem, podzielając wartości skarżących, można bronić programu zmierzającego do złagodzenia problemu wykluczenia, ubóstwa, niskiego poziomu wykształcenia i wysokiego poziomu bezrobocia w ultraortodoksyjnej społeczności?
Autor artykułu zwraca uwagę na fakt, że działania rządowe prawdopodobnie już wpłynęły na postawy rodziców w społeczności charedim, ponieważ wzrasta w tym środowisku poparcie dla posyłania dzieci na uczelnie i nadzieja na to, że dzieci będą miały dzięki temu dobrze płatną prace. Sondaże pokazują, że ponad 80 procent rodziców w społeczności charedim chce, aby uczelnie, na których uczą się ich dzieci, zapoznawały je z nauką obok przedmiotów religijnych.
Czy podejrzenie, że młodzież z tego środowiska raczej zrezygnuje z nauki niż pogodzi się z systemem koedukacyjnym, jest uzasadnione? Zdaniem Davida Weinberga tak. Konserwatyzm tego środowiska jest tak głęboko zakorzeniony, że przeważa wszystkie inne względy i pryncypialne odrzucenie kompromisu oznacza podtrzymywanie i wzmcnienie wykluczenia tej młodzieży. Co więcej, jego zdaniem problem jest tak poważny, że zagraża bezpieczeństwu Izraela.
Weinberg zwraca uwagę na fakt, że program jest pod kontrolą Ministerstwa Edukacji, że jest wyraźnie adresowany tylko do środowiska ultraortodoksyjnych Żydów, którzy mają oczywiście możliwość studiowania w innych miejscach i nie ma żadnych przesłanek, by obawiać się, iż ta segregacji płci zostanie rozszerzona na inne miejsca systemu edukacyjnego. W niektórych przedsiębiorstwach utworzono czysto kobiece oddziały (głównie dla kobiet z środowisk ultraortodoksyjnych), jednak – jak pisze ten autor – ogromna większość absolwentów uniwersytetów, którzy korzystali z tego programu, po ukończeniu studiów trafiła do koedukacyjnych miejsc pracy. Innymi słowy wykształcenie przełamuje religijne przesądy, ale próba przełamywania tych przesądów na siłę może blokować drogę do wykształcenia.
Konflikt wartości jest tu ewidentny i w uczciwym oraz dobrze zorganizowanym parlamentarnym sporze można spierać się o to, co jest wyższym priorytetem, jak tworzyć zabezpieczenia przed ryzykiem prób zawłaszczenia państwa przez instytucje religijne, czy istnieje inna, równie skuteczna strategia osiągnięcia celu, który w gruncie rzeczy akceptowany jest tak przez rząd, jak i przez opozycję.
Problem polega jednak nie tylko na fanatycznej pryncypialności. Polityczna walka to zazwyczaj tokowisko hipokrytów dążących do władzy i starających się pozyskać zwolenników przez tańce świętych wojowników absolutnej moralności. Od samych wartości ważniejsza jest zazwyczaj walka o dominację. Dla postronnego obserwatora wyłania się tu zatem problem, gdzie jest spór o skuteczność strategii zmierzającej do osiągnięcia tego, co Wacław Havel nazywał niemożliwym, a gdzie ordynarna walka o wpływy na scenie politycznej zaledwie osłonięta moralizatorską retoryką?
Ten przykład toczącego się w Izraelu sporu o taktykę włączania niemałej części społeczeństwa do normalnego życia w nowoczesnym świecie uświadamia nam, jak często jako obywatele narażeni jesteśmy na kuszenie pryncypialnością, które w gruncie rzeczy może być zaledwie pozorem merytorycznej dyskusji.
*Diane M. Komp: I dziecko będzie je prowadzić : dzieci z nowotworem uczą, jak mieć nadzieję, przekł. Małgorzata Koraszewska.- Warszawa : „Verbinum”, 1997.

Często się zastanawiam, jak to się dzieje że Izrael się nie rozpadł mimo tylu zagrożeń zewnętrznych i wewnętrznych problemów. Dwa lata temu opisałem film dokumentalny o ortodoksach w Izraelu. Pisałem:
W 8,5 mln Izraelu żyje milion ortodoksów. To jest inny świat, odcięty od reszty mieszkańców, żyjący według własnych praw, nieuznający istnienia Izraela (!). Jak to możliwe? Ortodoksi wierzą, że państwo żydowskie może powstać dopiero kiedy nadejdzie Mesjasz, więc to, które teraz istnieje, jest nieważne i powinno zostać zniszczone, chcą żyć w Palestynie. Wręcz niewiarygodny fakt: pokazano „wizytę przyjaźni” ortodoksów u prezydenta Iranu Ahmadineżada, człowieka który jawnie głosi pragnienie zniszczenia Izraela i zabicia wszystkich Żydów. Wręczyli mu prezenty i podziękowali za działalność dla dobra Żydów.
Dzieci ortodoksów uczą się religii, trochę geografii i biologii. Nie mają dostępu do telewizji i internetu. Na wszystko potrzebna jest zgoda rabina, np. przewodnikowi dziennikarki, która nakręciła film, rabin dopiero po roku wydał zgodę na zrobienie prawa jazdy, a jego bratu nie daje zgody, oczywiście nie wyjaśnia dlaczego. Mężczyźni całymi dniami studiują księgi religijne, zarabianiem na życie zajmują się zwykle kobiety.
Dotychczas ortodoksi pilnowali, aby w dzielnicach gdzie mieszkają przestrzegano ortodoksyjnych obyczajów. Przed dzielnicą rozwieszone są napisy, aby nosić obyczajne stroje (kobiety w długich spódnicach, bluzki bez dekoltu, mężczyźni w spodniach a nie w szortach), a z nastaniem szabatu pilnują żeby zamykać sklepy i nie wykonywać żadnych prac. Od kilku lat ortodoksi pilnują, żeby sklepy były zamknięte w szabat także w dzielnicach „świeckich”. Nie cofają się przed przemocą.
Jak to możliwe w demokratycznym kraju, gdzie panują prawa? Partie popierane przez ortodoksów (jednak głosują) wspierają rząd Netanjahu, gwarantując mu większość. Dlatego rząd nie wtrąca się do ortodoksów i wszędzie idzie im na rękę. Niedawno ortodoksi zbuntowali się, bo rząd zdecydował, że religijni mężczyźni będą musieli tak jak inni odbyć służbę wojskową. W obcym dla nich kraju!
Rząd (także wiele poprzednich) powierzył ortodoksom sprawy wewnętrzne, stąd na przykład rozwodami czy naturalizacją zajmują się sądy rabinackie a nie zwykłe. Kobiecie trudno jest uzyskać rozwód (mężczyźnie wystarczy powiedzieć kobiecie że się z nią rozwodzi). Pokazano kobietę, która kilkanaście lat czekała na rozwód z mężem, który wyjechał za granicę, żyje z inną kobietą, ale nie zgadzał się na rozwód. Innej kobiecie zabroniono po rozwodzie kontaktów z synami, bo zdaniem rabinów nie jest dostatecznie religijna. Nie można się w tych sprawach odwołać do świeckich sądów.
Ortodoksi mają dużo dzieci i już teraz stanowią znaczny procent populacji.
Jest tragicznie, ale nie aż tak źle jak Pan pisze. Nie należy mylić Żydów ortodoksyjnych, ultraortodoksyjnych i obłąkanie ortodoksyjnych.
Sekta charedim to Żydzi ultraortodoksyjni i tych jest plus minus w Izraelu milion. Kłopot z nimi taki, że chcą się tylko modlić, a wszystko inne im się należy. Kobiety pracują na mężczyzn (80 procent kobiet pracuje). Państwo Izrael wbrew temu, co Pan pisze, uznają (niektórzy nawet służą w wojsku) i to o nich mowa w moim artykule. Ci, którzy nie uznają Izraela, to mniejsza sekta Naturei Karta – tych jest na świecie około 5 tysięcy (ale prasa zachodznia ich kocha, więc mnożą się w oczach). W Iranie była grupa z tej właśnie sekty, ale nie z Izraela, tylko z Ameryki. Wśród charedim w Izraelu około 20 tysięcy sprzeciwia się istnieniu Izraela, ale nie tak stanowczo jak Naturei Karta. (Wśród żydowskich lewicowych ateistów w diasporze ta liczba jest znacznie wyższa.) Żydzi mówiący o sobie, że sa ortodoksyjnymi Żydami, nie maja nic współnego z tym koszmarem. Są to Żydzi przestrzegający świąt, chodzący do synagogi, ale raczej przypominają naszych umiarkowanych katolików. Pamiętajmy również o tym, że Izrael ma ogromną ilość ludzi bezwyznaniowych (znacznie wyższy procent niż w Polsce). Naczelny Rabinat nie jest w żaden sposób zdominowany przez charedim (a i tak trudno go lubić, ale to inna bajka).
Relacjonowałem to co pokazano na filmie. Spadł mi kamień z serca po Pana wyjaśnieniu że to nie Żydzi z Izraela odwiedzili Ahmadineżada. Są jednak jakieś granice, choć dalej trudno uwierzyć w fakt tych odwiedzin.
Niepokojącym faktem jest coraz większy wpływ skrajnych ortodoksów, którzy – jak pokazano na filmie – zmuszają ludzi spoza Mea Szarim do podporządkowania się ich zwyczajom, np. zamykaniu sklepów w piątek wieczorem. Niepokojące jest też rozprzestrzenianie się tych skrajnych ortodoksów (jest ich coraz więcej i mieszkają już poza dawnymi enklawami) i narzucanie swoich obyczajów w miejscach gdzie zamieszkali. A także uleganie im przez polityków. Mają oni bardzo dużo dzieci i za kilka-kilkanaście lat …
Fakt, przyjmują coraz więcej zwyczajów „cywilizowanych”, ale przepuszczonych przez bardzo duży filtr.
Duże wrażenie zrobił na mnie wywiad z izraelskim pisarzem Keretem, bodaj w Dużym Formacie. Mówił o swojej siostrze, która była aktywną działaczką społecznościową, pozytywną, myślącą dziewczyną. I nagle stała się ortodoksą, wyszła zamąż za podobnego człowieka, ma kilkanaścioro dzieci i zdaje się rabin nie dał jej zgody na czytanie książek brata. A kolega, który jeździ do Izraela ponurkować, był w zeszłym roku świadkiem burzliwych protestów ortodoksów przeciwko powoływaniu ich do armii.
Izrael to zwariowany kraj, dla mnie jednak ten przykład był ciekawy z socjologicznego, czy może socjotechnicznego punktu widzenia, to jest faktycznie walka z czasem, ale udaje się całkiem sporo młodzieży z tych środowisk wyciągnąć i włączyć do normalnego społeczeństwa. Toczy się walka o obowiązkową slużbę wojskową, która podobnie jak wykształcenie, otwiera na świat. Na siłe wiele sie nie zwojuje, a ustępstwa moga być groźne. Jako obserwator i to z daleka, mam luksus przyglądania się bez emocji.
Korzystając z obecności zaprzyjaźnionej lekarki, zadałem jej intrygujące mnie pytanie ile kalorii spala postawienie minusa przy komentarzu lub artykule. Odpowiedziała, że każdorazowo wymagało by to badania przy pomocy skomplikowenej aparatury, ponieważ zależy to od siły zaangażowanych emocji. Tak czy inaczej, zaleca po każdym minusie pół tabliczki czekolady dla wyrównania strat. Kiedy zwróciłem uwagę, że mówi o emocjach, a nie wspomina wysiłku intelektualnego, odpowiedziała, że w tym procesie przednie płaty czołowe nie sa angażowane.