2018-02-26 .
Aborcja, tort ze swastyką, Żydzi jako współsprawcy holokaustu- od wielu tygodni żyjemy sprawami, które służą jedynie rządzącym, abyśmy nie interesowali się tym, co naprawdę ważne. Służą też mediom, ponieważ dziennikarze jedynie na takie tematy mają coś do powiedzenia. Natomiast w cieniu tych spraw odbywa się wiele istotnych rzeczy, na przykład, reforma polskiej nauki.
Minister Nauki J. Gowin ma za chwilę ogłosić Ustawę 2.0 o szkolnictwie wyższym, która chyba nic złego nie proponuje, ale za to wzbudza silną niechęć Marszałka Terleckiego (swoją drogą, niezła rekomendacja!). Czy Ustawa zostanie uchwalona? Na razie nie wiadomo.
Pierwszego kwietnia ma zacząć działać Sieć Łukasiewicz. Trzydzieści kilka instytutów branżowych podlegających Ministerstwu Gospodarki stworzy organizację, która naszą gospodarkę już za kilka lat z wieku XX ma przetunelować od razu w połowę wieku XXI. Kilkadziesiąt innych instytutów branżowych ma zbankrutować, bo ich finansowanie budżetowe ma się zmniejszyć do zera w ciągu trzech lat.
Weźmy kilka pierwszych z listy instytutów w Sieci Łukasiewicz:
- Centralny Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Maszyn Włókienniczych „Polmatex Cenaro” w Łodzi
- COBRO – Instytut Badawczy Opakowań w Warszawie
- Instytut Biopolimerów i Włókien Chemicznych w Łodzi
- Instytut Biotechnologii i Antybiotyków w Warszawie
- Instytut Ceramiki i Materiałów Budowlanych w Warszawie
- Instytut Chemii Przemysłowej im. Profesora Ignacego Mościckiego w Warszawie
- Instytut Ciężkiej Syntezy Organicznej „Blachownia” w Kędzierzynie-Koźlu.
Jak ktoś mi powie, jaka tematyka jest wspólna dla tych instytutów, to dostanie ode mnie butelkę dobrego wina, a nawet całusa.
Innym rodzajem instytutów są te należące do Polskiej Akademii Nauk. Jest ich około 70, a w sumie zatrudniają około 8 tys. osób. Pomysłem od jakiegoś czasu dyskutowanym jest stworzenie na bazie tych instytutów uniwersytetu, w skrócie UPAN.
Jest takie powiedzenie angielskie, że trzeba strasznie dużo zmienić, żeby się nic nie zmieniło. UPAN świetnie ilustruje to powiedzenie, ponieważ jedyną wymierną zmianą, jaka ma się dokonać, to zwiększenie liczby doktorantów z 1600 do 2000. Doktoranci owi mają być kształceni w Szkołach Doktoranckich, założonych przez kilka podobnych instytutów. Na przykład, w Warszawie mógłby to być Instytut Fizyki, Instytut Wysokich Ciśnień (w którym ja jestem zatrudniony) i Instytut Chemii Fizycznej. W takich Szkołach mogliby być także doktoranci z instytutów branżowych, bo te tracą od 1 kwietnia prawo nadawania stopni naukowych.
Uwspólnienie wykładów, na przykład, z fizyki kwantowej, ma sens, ale do tego wcale nie potrzeba zakładać uniwersytetu. Zmuszenie pracowników PAN, żeby uczyli innych, też ma sens – wiem to po sobie. Uczenie innych wymaga najpierw nauczenia siebie.
Motywacją utworzenia UPAN-u, podawaną za najważniejszą, jest chęć umiejscowienia go w pierwszej setce najlepszych uczelni na świecie (Uniwersytety Warszawski i Jagielloński są w piątej setce, inne uczelnie są znacznie dalej). Może to się udać, bo wielu profesorów PAN-owskich (including myself) ma wysokie wskaźniki bibliometryczne (ilość publikacji i cytowań), a przy małej ilości studentów (niemal wyłącznie doktorantów) i sporym spodziewanym umiędzynarodowieniu UPANu, może się to udać. Kosztować też będzie to niewiele, bo około 120 mln zł rocznie.
Jednakże, IMHO, chodzi o coś innego.
W chwili obecnej, instytutom PAN-owskim można zarzucić (i się zarzuca!), że ani nie uczą, ani nie tworzą komercyjnych wysokich technologii (wyjątki potwierdzają regułę!). Jak będzie założony UPAN, to nikt nie powie, że jego pracownicy nie uczą, i już PAN-u nikt się nie będzie czepiał.
A co z tworzeniem nowych technologii? Moja wizja polskiej nauki jest taka:
Instytuty branżowe, po dobrym dofinansowaniu są zdolne stworzyć technologie, jakie na świecie zostały opracowane wcześniej przed 20 laty. Na politechnikach można opracować technologie mające opóźnienie 10 letnie. Instytuty PANowskie mogą tworzyć technologie wyprzedzające cały świat o kilka lat.
Mogą, ale nie przy dofinansowaniu rzędu 120 mln zł, tylko sto razy większym, np. 12 mld zł rocznie. Dla porównania, firma Volkswagen wydaje na B+R około 30 mld zł.
Ideę UPAN-u uważam za szkodliwą z dwóch powodów:
- PAN oddaje walkowerem Sieci Łukasiewicz zarządzanie opracowywaniem nowych technologii. Powinno być odwrotnie – to instytuty PAN, mające znacznie większy potencjał intelektualny, powinny zarządzać polską nauką.
- Opowiadając, że instytutom PAN-owskim potrzeba dodatkowo tylko 120 mln zł, a nie, na przykład, 12 mld zł, rezygnujemy z wizji tworzenia naprawdę nowych technologii.
Dlatego zamiast Uniwersytetu PAN (UPAN) skłaniałbym się raczej ku nazwie Doskonały Uniwersytet PAN, czyli tytułowy DUPAN.
Gdyby ktoś mnie kiedyś chciał wysłuchać (ale wiem, że to nigdy nie nastąpi!), zaproponowałbym zupełnie inną reformę polskiej nauki. Po wybraniu kilkunastu tematów, w których mamy szansę odnieść sukces, należałoby tworzyć konsorcja horyzontalnie.
Przykładowo, chcemy uczynić Polskę centrum produkcji białka z insektów (pisałem o tym niedawno). Potrzebujemy do tego laboratoriów rolniczych, medycznych, ale nie tylko, bo chcemy produkcję mieć zautomatyzowaną, więc potrzebujemy laboratoriów elektronicznych, mechatronicznych, chemicznych, i innych.
Inny przykład — chcemy w telekomunikacji wprowadzić połączenia Li-Fi (czyli za pomocą światła). Do tego potrzebujemy konsorcjum T-Mobile, Orange, producentów diod laserowych, LED-ów, a także fizyków kwantowych pracujących nad kryptografią kwantową.
Kwestia, jak zreformować polską naukę, abyśmy wszyscy (my, podatnicy) mieli z niej pożytek, nie jest prosta. Ale to nie powód, żebyśmy uciekali w tematy historyczne, z których nic pozytywnego nie wynika, a wręcz przeciwnie.
Hazelhard

„Jak ktoś mi powie, jaka tematyka jest wspólna dla tych instytutów, to dostanie ode mnie butelkę dobrego wina, a nawet całusa.”
To oczywiste. Państwowa kasa. Za mała, ale na naukourzędników wystarczy.
Jaka marka tego wina? Całusa przekaż zonie 🙂
Jestem nie z branży, ale co z tym zmuszaniem do nauczania? Ja przez lata miałem na zwyczajnym uniwersytecie wykładowców z PAN w swojej dziedzinie i nikogo to nie dziwiło, nie słyszałem też, aby byli do tych wykładów zmuszani.
Co zaś do zasady „naucz się aby uczyć” to masz absolutną rację! Pamiętam jak stawałem z rozwartą japą kiedy mi ktoś z innej dziedziny zadawał „głupie pytanie”, a ja chcąc na nie odpowiedzieć w sposób „oczywisty” nagle orientowałem się, że chcąc coś wytłumaczyć osobie nie znającej tematu sam zaczynam mieć wątpliwości i to takie, które mnie nigdy nie nachodziły w czasie rozmów z „fachowcami” 🙂
@Luk
Wino przywiozę- jadę samochodem do Włoch, to coś przywiozę. Ale nie za „genialne” stwierdzenie, że to kasa łączy, bo kilkadziesiąt innych instytutów przeznaczonych do odstrzału też by się chciały na kasę załapać. Całusa Żonie przekażę. Co do nauczania, to w momencie, kiedy człowiek bez przerwy jest zajęty pisaniem wniosków grantowych (jeden na dziesięć jest finansowany), a także sprawozdań z realizacji takich grantów, to po prostu nie ma czasu na nauczanie.
Stworzenie polskiego uniwersytetu plasującego się w pierwszej setce światowej będzie trudne dopóki materiał „na wejściu” nie będzie podobnej jakości co w uniwersytetach owej pierwszej setki nie mówiąc o pierwszej dziesiątce. Czy PiS ma jakiś pomysł jak osiągnąć taki cel przy jednoczesnym zachowaniu Narodowosciowej Czystości owego materiału oraz programami w szkolach podstawowych i średnich spokojniutko z dobre 3 lata za liderami?
@Eternal
Od razu się przyznam: prababcia Niemka, a być może Żydówka, dziadek Żyd, a może volksdeutsch, drugi pradziadek pułkownik carskiej armii, i być może też Żyd. Nie równoważy to Ojca w armii Andersa i pradziadka powstańca styczniowego.
OK, szacunek dla zacnych Przodków, ale niestety Oni już nam nie pomogą, chyba że postraszą w nocy Morawieckiego albo nawet samego Prezesa, tak że Ci aż się zajmą tą edukacją z głową w końcu…
Mój pogląd jest bardzo zbliżony do poglądu Hazela. Ale nie trzeba powoływać nowych instytucji. Wystarczy: wprowadzić ostre egzaminy wstępne, żeby uczelnie stały się w najwyższym stopniu elitarne; doprowadzić do tego, by na 1 pracownika naukowo-dydaktycznego nie przypadało więcej niż 2-5 studentów; dziesięciokrotnie zwiększyć płace w wyższych uczelniach przy zaniechaniu (powiedzmy: zminimalizowaniu) zajęć dydaktycznych dla doktorantów, np. do 2 godzin tygodniowo. I wymusić zatrudnianie profesorów wizytujących z innych krajów – ale tych z najwyższej półki i odpowiednio horrendalnie wysoko opłaconych. Dać ile trzeba na aparaturę i wyposażenie laboratoriów na poziomie światowym. I potem poczekać 50 lat. Takie rozwiązania, jak zakaz robienia doktoratów w uczelni, w której robiło się magisterium i zakaz zatrudniania doktorów w tej uczelni, w której uzyskali stopień – to już oczywista oczywistość.
@BM Jestem za, ale, IMHO, potrzeba na przyzwoite B+R w Polsce około 20 mld zł rocznie. Czyli mniej więcej tyle co 500+.
I tyle ma być.
„… zakaz robienia doktoratów w uczelni, w której robiło się magisterium …”
A wiesz, że tak działały w średniowieczu cechy rzemieślnicze? Nie dało się obronić „meisterstueck” czyli wyrobu dającego tytuł mistrza w warsztacie, w którym zyskiwało się tytuł czeladnika. Mało tego – od czeladnika wymagano kilkuletnich wędrówek po mistrzach w różnych kątach Europy zanim pozwolono mu przedstawić pracę mistrzowską.
W ten sposób cechy broniły się przed niską jakością wyrobów, co w konsekwencji przekładałoby się na kiepską opinię o ich zawodzie.
I komu to, w mordę, przeszkadzało?
Ale nie zrobisz nic jeśli to nie będzie system. Samo elitaryzowanie uczelni nic nie da, najwyżej doprowadzi do zamknięcia uniwersytetów z powodu braku studentów. Przychylam się do zdania @Eternala, z tym, że poszedłbym na jeszcze większy radykalizm i odwrócił cały system.
Dziś już uczeń podstawówki robi szkole łaskę, że do niej chodzi. Odwrócenie tego (a zrobiły to nasze światłe rządy po ’89 roku) nie przyjdzie łatwo. Suweren nie poprze.
Ostatnio byłem świadkiem rozmowy dwojga maturzystów. Chłopak mówił, że po maturze zrobi sobie rok przerwy, bo nie wie co chciałby studiować i w zasadzie nic go nie interesuje. Dziewczyna odpowiedziała: – Nie traktuj tego tak poważnie, skończ cokolwiek, będziesz miał lepsze szanse na rynku pracy!
Skąd to jej przyszło do głowy? Ano z prasy, radia, TV i wypowiedzi polityków, w tym ministrów opowiadających jak to trzeba system edukacji dostosować do rynku pracy, który to pomysł wspierają zawsze liczne organizacje biznesowe, nie do końca chyba rozumiejące co mówią, a jeśli to na bardzo krótką metę.
To już weszło ludziom do głów. aby to zmienić trzeba by wstrząsu, którego nikt nie zaryzykuje.
Widzisz, ja mam nauczycielskie tradycje rodzinne. Przykład: mój wuj (absolwent St. Petersburskiego Imperatorskiego Uniwersytetu, jeden z wielu belfrów wszelkich poziomów w moim drzewie ginekologicznym) był nauczycielem matematyki w czasach „słusznie minionych”. Zakończył karierę nieco przedwczesną emeryturą, bo choć wychował kilkunastu laureatów olimpiad matematycznych, to miał zwyczaj zostawiać na drugi rok do 60% swoich uczniów i nie przyjmował protestów kuratorium. Mawiał „piątka jest dla Pana Boga, czwórka dla mnie, pozostałe oceny dla uczniów”. Oblał na maturze po kolei co dwa lata… swoich trzech synów. Do mnie – ucznia podstawówki – mawiał zazwyczaj „i co, idioto – czy już wiesz, co to jest sinus?”. Uwielbiałem go. Ale władza mniej. I potem, jak już sam uczyłem, łzy i rozpacz pod tytułem „ja się uczyłem/uczyłam…” nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Odpowiadałem „nic mnie nie to nie obchodzi czy wiedza przychodzi z ciężkiego kucia, czy z objawienia; ma być, i tyle”. Moimi studentami było kilkunastu dzisiejszych – na ogół emerytowanych – profesorów zwyczajnych. To jest źródło moich poglądów w tej sprawie.
Historia o Wuju fantastyczna. Powinna się znaleźć jako rozdział książki: „Misiowe życie”. Naprawdę warto taką książkę napisać. 🙂
Jako, że też mam nauczycielskie tradycje i to bardzo, bardzo dawne, rozumiem Cię doskonale. Tylko, że w obecnej sytuacji prawnej to są już tylko wspomnienia. Kiedy w latach 90tych siostra dyrektorowała szkole przyszły nowe zasady i okazało się, że szkoła musi trzymać największego durnia, a on jej robi łaskę, że w ogóle chodzi na lekcje. Mówisz o oblewaniu matury. Wiesz ile kłopotów narobi dziś SOBIE nauczyciel, który zechce postawić uczniowi pałę na koniec roku? No więc taki mówi „- A po cholerę mi to?” i puszcza gówniarza dalej, byle się go jak najszybciej pozbyć ze szkoły.
Reszta to już tylko konsekwencje.
I tego nikt z polityków decydujących o edukacji „nie zauważa”, a jeśli naczelna władza ma tak bardzo edukację w zupie, że ministrą robi takiego głąba jak obecnie, to raczej nie przewiduję dla Polski świetlanej przyszłości.
Odpowiedź na pytanie „Co łączy ze sobą te instytuty?” jest prosta: umysł Gowina.
Jak mówi Talmud: „Kiedy dureń wrzuci kamyk do ogrodu to dziesięciu mędrców ma kłopot z jego znalezieniem”.
Pan Gowin zadziwił nas w przeszłości swoimi pomysłami jako minister sprawiedliwości. Miał znakomitą rekomendację – pan Tusk powiedział mniej więcej coś takiego: on jest w tej dziedzinie ignorantem, więc będzie miał świeże spojrzenie, a bardzo chce wprowadzić zmiany.
Ale pan Gowin zadziwił nas nie tylko swoim podejściem do prawa, gdzie za jego czasów powstała ustawa „o bestiach” – działająca wstecz i pozwalająca karać ponownie za odsiedziane przestępstwa. Był on pomysłodawcą, aby przyznać prawo do głosowania nieletnim dzieciom i żeby to ich rodzice mogli głosować za swe pociechy.
Pan Gowin poparł także wypowiedź Kaczyńskiego o tym że ci którzy krytykują władze PiS robią to z tego powodu że dziedziczą poglądy po swoich przodkach (chodziło wtedy o dziadka Mateusza Kijowskiego).
Pan Gowin jest też świetnie zorientowany co podoba się Panu Bogu. Chwaląc uczelnię Rydzyka powiedział: „To dzieło, w którym uczestniczycie, dzieło zapoczątkowane przez Ojca Dyrektora, jest dziełem dobrym dla Polski, narodu polskiego i myślę, że też dziełem umiłowanym przez Pana Boga”.
Gowin podszedł też twórczo do lustracji w szkolnictwie wyższym, uzasadniając jej potrzebę: „Uczelnie to wspólnoty ludzi, którzy poświęcają się poszukiwaniu prawdy. Jeżeli tak jest, to wszyscy musimy stawić czoła prawdzie. (…), chcielibyśmy, żeby wszyscy, którzy przykładają rękę do formowania elit, mogli z otwartą przyłbicą zmierzyć się z prawdą. Także prawdą o polskiej przeszłości i uwikłanych polskich losach”.
Po prostu Gowin twórczo zmienia co tylko może i chyba słusznie doszedł do wniosku że uzasadnianie tych zmian tylko mu szkodzi.
@PIRS
Sieć Łukasiewicz tworzy p. Morawiecki (patrz Strategia na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju). Za Ustawą 2.0 i UPANem stoi p. Gowin. Kilka razy słuchałem Go na żywo- wiele rzeczy, które mówił, było sensowne. Czasem tak się zdarza, że paskudni ludzie mówią mądrze, i odwrotnie :-).
120 mln? To zdaję się mniej niż połowa tego, co do tej pory „zainwestowano” w Polską Fundację Narodową.
*zdajE
@Kuba
Budżet IPN na 2018 to 361 mln zł.
to niech się starają o granty zamiast a priori asygnować dodatkowe pieniądze z budżetu a i tak z tego niewiele wyniknie, źródeł jest przecież pod dostatkiem i jak się na czymś znają to dostaną; przecież nam, zwykłym zjadaczom codzienności nie sposób przewidzieć co może być ciekawe – spodziewałbyś się na przykład, że jakieś defekty w półprzewodnikach azotkowych mogą mieć wpływ na rozkład studni, przepraszam za wyrażenie, kwantowych, które do tego zaczną świecić, strach się bać po prostu.
@PK
Odpowiem tak: w ostatnich kilku latach w Polsce wydano prawie 30 mld zl na inwestycje w infrastrukturę naukową, więc się nie dziwię tym, którzy mówią: „koniec inwestycji w hardware”. Ale akurat w moim laboratorium powinniśmy zainwestować kilkadziesiąt milionów złotych, żeby móc konkurować z laboratoriami tajwańskimi, czy koreańskimi. PIRS naśmiewa się z reaktorów Aixtrona, ale nasi konkurenci mają po kilkanaście reaktorów. My mamy jeden.
chodzi mi o to że inwestycje powinny być celowe a nie strukturalne, język Einsteina jest tak hermetyczny, że inaczej się nie połapiemy, a reszta to moje poczucie humoru – studnie kwantowe, o co w ogòle może tu chodzić ?
HAZELHARD
Ależ ja się nie naśmiewałem z AIXTRONÓW, lecz rozśmieszyło mnie, że do ich kupna namawiałeś czytelników Studia Opinii.
PIRSie, Czytelnicy SO są płatnikami podatków, więc nic śmiesznego w tym nie widzę 🙂
@Hazel, chętnie bym ci pomógł, jako płatnik podatków. Mam dołożyć do twojego Instytutu mój jeden procent, zamiast na biedne psy? Ale mam większe możliwości. Kiedyś np. napisałem dwie prace doktorskie. Jedną na życzenie mojego taty, bo mu brakowało, a drugą za szmal (300$) co mi zapłaciło wtedy podróż do Indii. Ale chyba jak bym podniósł stawkę o 100% to też nie sfinansuje Twojego Aixtrona ?
Aixtron kosztuje okrągły milion Euro. 🙂 Jeżeli jeden procent Twojego podatku to tyle, wpłacaj. Jak mniej, to wpłać na psy :-).
LUK
Miałem pomysł jak rozwiązać ten problem. Trzeba wszystkim świeżo urodzonym Polakom od razu przyznawać dyplom ukończenia studiów wyższych. W późniejszym okresie wpiszą sobie specjalność. Zysk podwójny: 1) Od razu jesteśmy w czołówce krajów z wyższym wykształceniem; 2) Studiują potem tylko ci, którzy naprawdę mają taką pasję, bo dyplomy już mają.
To już prawie tak działa 🙂
Bym wpisywał także specjalność, bo, jak widać, zawód wyuczony nie ma najmniejszego znaczenia przy zatrudnianiu w państwowych firmach.
!! Wystarczy: wprowadzić ostre egzaminy wstępne, żeby uczelnie stały się w najwyższym stopniu elitarne !!
Dodałbym jeszcze do tego egzaminy końcowe ….
I po latach dwudziestu nie trzeba będzie dyskutować o rankingach uczelni polskich.
Naprawdę ciekawa, ważna i bardzo potrzebna dyskusja. Wielokrotnie ważniejsza od bieżących ksenofobii politycznych. Przepracowałem na uniwersytecie ponad 30 lat i niestety jestem złej myśli. Na przeszkodzie pozytywnych zmian naukowych, badfawczych i wdrożeniowych (komercjalizacja, nowe technlogie, etc.) stoja najzwyklejsze, ludkzie interesy. Tzw. samodzielni pracownicy nauki (profesorowie, docenci i doktoirzy habilitowani) zablokują wszelkie zmiany pozytywne. Skonstruowany na początku lat 90-tych system dożywocia (nieusuwalności samodzielnych pracowników do emerytury) jest dość dobrym przykładem działania prawa Parkinsona. Instytucja nauki polskiej en bloc jest wystarczająco dużą strukturą aby jej inercja uzasadniała jej istnienie niezależnie od wymagań otoczenia. W obecnej strukturze nie ma żadnych szans na pozytywne zmiany, bo reformatorzy (Gowin, Morawiecki) nie mają dobrych pomysłów i wystarczającej siły politycznej. Protesty profesorów, w tym mojego „ulubionego” Terleckiego wskazują, iż rzecz cała zmierza do utrącenia.
*
Sieć Łukasiewicz jest bardzo spójnym projektem, ponieważ o co pytał Hazelhard – tematyką wspólną dla tych instytutów jest pewna kompetencja, której nie miały inne instytuty: umieli sobie załatwić udział w sieci, ergo -kasę. (Klasyczny dla kmunizmu i biurokracji przetarg interesów.)
*
Popieram diagnozę Autora, choć od paru lat przestałem śledzić rozwój sektora nauki (lub jak kto woli sektora nieuctwa).
Szukając dróg rozwiązania pozytywnego proponuję następujący sposób działania, który ma w Polsce swój pozytywny pierwowzór:
– grupa ludzi prywatnych, pasjonatów, pracuje nad koncepcją takiej reformy – współcześnie pewnie daje sie poszukać dofinansowania w Brukseli; tym bardziej, że istnieje wiele krajów zaprzyjaźnionych, które mogą dostarczać wzorcowych rozwiązań,
– po opracowaniu koncepcji należy ją upublicznić aby wywołać szerszą dyskusję w środowiskach zainteresowanych a prędzej czy później członkowie grupy zostaną zaproszeni do zreformowania nauki polskiej.
(Pozytywnym przykładem jest zespół Balcerowicza, który od lat 70-tych pracował nad reformą, a potem jego członkowie reformowali gospodarkę, ze znaczącymi sukcesami.)
Strasznie ważna jest atmosfera. W USA każdy profesor kombinuje jaką by tu firmę założyć. W Europie kombinuje, jakby nic nie zakładać. Ale są wyjątki. Warto w googlach wpisać Tadeusz Uhl i o tym Facecie poczytać. Jego kariera pokazuje, że nawet w warunkach polskich można odnieść sukces.
znałem też takiego, który lubił patentować, amerykanie w ogóle jacyś praktyczni, a zakładają może jeszcze firmy na słupy ?
PS Przepraszam że „trochę” zbaczam z tematu ale byłbym wdzięczny za opinie zacnego grona na temat „Najlepsze podstawówki i licea w Warszawie lub Wrocławiu: dwujęzyczne i najlepiej z programem zaawansowanym w stosunku do MEN o chociaż 1-2 lata i/lub oferujący indywidualny tok nauczania matematyki”. Z góry serdecznie dziękuję.
W Warszawie tylko Staszic, nawet jeżeli nie jest dwujęzyczny. We Wrocławiu nie wiem.
Dzieki Hazelhardzie, wyglada dobrze, moze nawet na 4 u Wuja p. Bogdana! Niestety, do tej pory nie udalo mi sie znalezc takiej Matexowej podstawowki…
PS Szczegolnie cieszy szeroki wachlarz zajec dodatkowych w Staszicu, m.in.
Brudzyńska Anna Koło religijne czwartek 15:00 (1h) 212
Staniewicz Paweł Koło różańcowe czwartek 15:00 (1h)
😉
we Wrocławiu III Liceum im. Adasia Mickiewicza, w rankingach wprawdzie jest lepsza XIV-ka, w której matematykę prowadzili pracownicy uniwersytetu, lecz ja kończyłem wrocławską III-kę.
Dzieki PK, XIVtke pamiętam. Coś mógłbyś mi podpowiedzieć na temat podstawowek?
🙂 ja skończyłem SP72 im. Władka Zarembowicza a ostatnio mnie wyrzucili z SP95 im. Jarosława Iwaszkiewicza – brak wystarczającej praktyki – podobno mogę wzbudzać awersję do fizyki. Także tyle doświadczeń osobistych.
@Magog, a ja z uporem maniaka będę twierdził, że skupianie się na reformie wyższych uczelni nic nie da. Kandydaci na studentów nie biorą się z kosmosu.
Zastanawiam się, czy wymyślony w XVIII wieku przez kołłątajowską Komisję Edukacji narodowej system nie zdałby dziś egzaminu?
Oni to zrobili tak (w skrócie) – profesorowie wyższych uczelni pisali programy i podręczniki dla szkół średnich. Wiedzieli jakich chcą mieć studentów, więc to było oczywiste.
Nauczyciele szkół średnich wiedzieli jakich kandydatów na studia mają przygotowywać, więc pisali programy i podręczniki dla szkół powszechnych. I to działało. Na tyle sprawnie, że już po I rozbiorze system bez poprawek przejęli Prusacy i działał on u nich ponad 100 lat.
Dałoby się coś takiego dziś zrobić, czy to zbyt skomplikowane jak na światłe umysły XXI wieku?
Panie Jerzy, musi być sito, na studia mają się dostawać najlepsi.
Sito stosowane na samym dole to nieporozumienie, o każdego dzieciaka należy zadbać.
W minionym jakże niesłusznym systemie, szkoła podstawowa i jej program był identyczny w całej Polsce.
Identyczne podręczniki, identyczna wiedza z wszystkich przedmiotów, nauczyciel to często była osobowość
i pasja, dlatego mój przyjaciel wykładowca z Politechniki Warszawskiej wspominał, że w jakimś małym miasteczku był profesor matematyki a jego absolwenci na egzaminach wstępnych okazywali się matematykami! Było tak od lat..
Selekcja! Podczas studiów też! Bez miłosierdzia!
Mój numer indeksu jak pamiętam był 1600 i coś tam, a dyplomu magisterskiego 700 coś tam.
Pracę musiałem znaleźć sobie sam i nikogo to nie interesowało czy będzie zgodna z ukończoną specjalizacją.
Każdego roku było około 70-ciu miejsc dla nowych studentów, na pięć wydziałów.
Od szkoły średniej walczono już o awans na studia, które były jednak elitarne.
Z obecnymi absolwentami uczelni muzycznych bywa różnie, śpiewaczka pracująca w cukierni, saksofonista sprzedający samochody, pianista szukający pracy i będący na tzw. garnuszku. Nie wiem jaki poziom sobą prezentowali ale na pocieszenie powiadałem im, że nigdzie na świecie nie było i dalej nie jest łatwo.
Za moich studenckich czasów, studia politechniczne bądź uniwersyteckie, połączone z działalnością polityczną, dawały szansę na dyplom, karierę naukową i pozycję społeczną cenioną do dzisiaj. Można było też inaczej pokierować swoim losem, ale to już inna bajka.
Pozdrawiam
A gdzie ja napisałem, że na dole ma być sito i nie należy dbać o każde dziecko? Wręcz przeciwnie. Przecież przedstawiony przeze mnie XVIII wieczny projekt systemu działał właśnie tak jak Pan pisze. Sito kiedyś stosowano przy naborze do szkół średnich, zdawało się przecież do nich egzaminy.
Zastosowanie sita w czasie studiów to zupełnie inna rzecz, ale wymaga zmian w finansowaniu uczelni. Dopóki kasa płynie w zależności od ilości studentów, uczelnie nie będą zbyt ochoczo oblewać kiepskich studentów bo to skutkuje obcinaniem funduszy. Miałem wątpliwą przyjemność oglądać to na własne oczy i znam takich „absolwentów”.
@HAZELHARD – pewnie nie tylko Tadeusz Uhl jest przykładem sukcesu, jaki można w Polsce osiągnąć wbrew systemowi, albo co najmniej mimo systemu. Ważniejsze aby system tworzył nowe technologie, innowacje i przyczyniał się do rozwoju kraju. Efekt działania mnożnika inwestycyjnego Keynesa tłumaczy się studentom jako wzrost gospodarczy osiągany przez kraj dla każdego kolejnego dolatra wydanego na zbrojenia, roboty publiczne, etc. W Polsce wydatki na naukę też powinny dawać podobny efekt mnożnikowy. Na razie przypminaja mnożnika dezinwestycyjnego.
Stary oklepany kawał żydowski (sic!): Do rabina przyszedł Abram i Icek i poprosili o rozstrzygnięcie sporu. Abram powiedział, że Mosze nie oddał pieniędzy. „Masz rację”- zawyrokował rabin. Icek powiedział, że Mosze oddał pieniądze. „Masz rację”- zawyrokował znowu rabin. „Ale to niemożliwe. Nie mogą mieć obaj racji”- zakrzyknęła Salsia. „I ty masz rację”- usłyszała od rabina.
Tak samo mógłbym skomentować głosy wszystkich Dyskutantów. Macie Wszyscy rację! Ale ja bym najbardziej skłaniał się ku wizji Luka, nieco zmodyfikowanej. Programy na uczelniach powinni tworzyć profesorowie PAN (na przykład, ja!), w liceach profesorowie PAN i uczelni wyższych, w szkołach podstawowych profesorowie PAN i uczelni wyższych oraz nauczyciele liceów.
Ale program to jedno, a nauczanie drugie. Jak słucham wykładów nauczycieli na różnych szczeblach, to w 90% przypadków opinia może być tylko jedna: NUDA. Warto by więc może zacząć od edukacji nauczycieli, jak powinni uczyć, żeby nie zanudzić ucznia.
I rowniez od edukacji uczniow na temat swoich wlasnych mozliwosci przerzucania wiedzy z pamieci krotkotrwalej do dlugotrwalej pozwalajacej wyklad zapamietac dluzej niz przez kilka godzin. Wiekszosc ludzi nie ma pojecia jak to zrobic i nikt ich tego nie uczy – stad b.czeste „uczylem sie, ale sie nie nauczylem”.
W dodatku na kazdego dziala co innego i wahlarz mozliwosci jest dosc spory.
Ja mialem farta znajdujac swoj „trigger” w koncu drugiego roku studiow, dla wielu kopniakiem jest koniecznosc nauczenia innych, o czym bylo powyzej. W mojej opinii to problem uczniow od poczatku szkoly podstawowej do konca studiow, o ktorym niewiele sie chyba mowi. No moj ojciec zwykl mawiac sprawdzajac moje lekcje „smotrisz w knigu, widisz figu !”, albo rownie popularne „oczy z korka”.
HAZELHARD
Po pierwsze, nie wszyscy uczniowie pójdą na studia, więc niekoniecznie muszą im układać programy profesorowie z PAN.
Po drugie, nic nie stoi na przeszkodzie żeby opracować różne programy, a nawet wykłady (robią to od dawna na Zachodzie) i umieścić w internecie. Jeżeli będą dobre to się przydadzą i uczniom i nauczycielom. A jak będą dostępne w internecie to może się zdarzyć że ktoś (może inny profesor?) je ulepszy.
Po trzecie, jest wielu dobrych nauczycieli i mogliby jeszcze lepiej uczyć gdyby mieli więcej swobody, a to nie tyle sprawa programu co biurokracji.
profesorowie PAN ? a priori ? NO TO DOPIERO BYŁYBY JAJA, ja ich nieźle znam, a wśród nich całkiem sporo osobników, które NIGDY nie powinny tworzyć ŻADNYCH programów, ani w podstawówce, ani w liceum, ani na uczelni. Natomiast gdyby potrafili, powinni stworzyć program własnej pracy, otrzymać na nią fundusze (tylko uczciwie) i ją zrealizować. Mieliby wtedy do czynienia z rezultatami własnej pracy i w konsekwencji w poważnej części powinni się wtedy zwolnić z roboty. I co, zabiorą się wtedy za programy w edukacji ? brrr, to może by im jakieś dodatkowe ministerstwo zorganizować, albo.. uniwersytet – DUPAN piękna nazwa.
Mam dla nich jeszcze piosenkę:
https://youtu.be/U6iZmJSZvQc
@Magog:
„Panie Jerzy, musi być sito, na studia mają się dostawać najlepsi.”
Zauważyłem że UW stosuje wybieg: egzaminów wstępnych na matematykę nie ma (jak zgaduję zgodnie z Prawem), natomiast laureaci/finaliści olimpiad (połowa matex w rekomendoeanym przez H. Staszicu) dostają max punktów 🙂
„Sito stosowane na samym dole to nieporozumienie, o każdego dzieciaka należy zadbać.”
Tu się nie zgodzę: o każdego dzieciaka należy zadbać tak by zmaksymalizować wykorzystanie Jej/Jego potencjału. W UK lekka selekcja zaczyna się w wieku lat 4. i jest zbawieniem aczkolwiek zapewne pogłębia trochę rozwarstwienie społeczne (w mojej opinii niestety nieuniknione). Nie ma żadnego sensu trzymanie w jednej klasie dzieci które w wieku 7 lat wykonują operacje na ułamkach z dziećmi które uczą się jeszcze dodawać do 20.
He, he… Jak się da atrakcyjny tytuł, to od razu rekordowa ilość komentarzy! Co do profesorów PAN, to nie napisałem, że to mają być jacykolwiek profesorowie PAN, tylko wyselekcjonowani!
PIRSie, jeżeli myślisz, że profesorowie by dążyli tylko do załadowania do programu maksymalnej ilości informacji ze swojej dziedziny, to się mylisz. Ja, na ten przykład, dążyłbym do lekcji szachowych, do połączenia fizyki, chemii, biologii, geofizyki w jedno, codziennie 2 lekcje sportowe (dawny wf), itp.
Pomaga też że wpis nie zdjęty z głównej po 2-3 dniach 🙂
na taką okazję miałbym inną piosenkę:
https://betterworld.mit.edu/about-the-campaign/
nic prostszego: powieście na ogólno dostępnym serwerze (np. CFT, który prowadzi taką specjalizację) powiedzmy 30 lekcji: po pięć dla każdej klasy od 7 SP do 4LO: geografia, fizyka, chemia, matematyka, biologia i w każdej z nich odniesienia do pozostałych czterech przedmiotów, przecież nie od razu Boston zbudowano..
Marzenie Hazelharda: