
Natura jest okrutna, zdaniem Darwina wręcz diabelska, ale zachowania naszego kuzyna niepokoją szczególnie. Morderczy patriotyzm szympansów zbyt wiele nam przypomina.
Jak pisze młody amerykański psycholog Eli Martino:
„Wojny wśród szympansów są badane od dziesięcioleci. Badanie szympansów z Ngogo z 2010 r. najlepiej podsumowuje kontrowersje w tej dziedzinie. Przez okres dziesięciu lat badacze obserwowali stado szympansów z Ngogo, jak systematycznie wykańczało sąsiadujące grupy. Szympansy nie zabijały po prostu rywali; tworzyły patrole, które atakowały i zabijały każdą słabszą siłę, jaką spotykały i dominująca grupa kontynuowała zabijanie aż udało jej się przyłączyć całe terytorium stada przeciwnika. Czy była to po prostu wyjątkowo agresywna grupa szympansów? Inne badania sugerują, że odpowiedź jest przecząca. Szczegółowe obserwacje międzygrupowego zabijania znajdują się w wielu badaniach nad szympansami z różnych miejsc, włącznie z Budongo i Gombe. Niektóre badania sugerują, że prawdopodobnie do 30 procent szympansów ginie podczas wojen między samcami.”
Opisy wypraw Wikingów, badania antropologów nad społeczeństwami pierwotnymi, nie pozostawiają wątpliwości, że mit szlachetnego dzikusa ma więcej cech pobożnych życzeń niż zgodności z faktami.
Fenomenalna praca Stevena Pinkera o przemocy na przestrzeni dziejów pokazuje jak powoli i z jakimi oporami uczyliśmy się, że rezygnacja z gwałtu może być dla nas korzystna. Czy to oznacza, że na tej drodze musimy przezwyciężać naszą biologiczną naturę? Wiele na to wskazuje, chociaż w sporach o tę biologiczną naturę murowanych dowodów nie ma i raczej nie będzie.
Mordercze międzyplemienne wojny wydają się być najbardziej charakterystyczną cechą naszego gatunku. Rozwój cywilizacji był z jednej strony procesem tłumienia przemocy wewnątrzplemiennej i doskonalenia form przemocy skierowanej na zewnątrz. Łagodzenie przemocy w ramach rodziny, klanu, plemienia i związku plemion wymagało tworzenia coraz to nowych form kontroli społecznej zarówno w formie takich lub innych sił policyjnych, jak również, co w pewny stopniu okazało się chyba ważniejsze, w postaci ideologii i policji duchowej.
Religia jest bez wątpienia zaprawą cementującą więzi społeczne od niepamiętnych czasów i instytucją zarówno łagodzącą przemoc, jak i mobilizującą do przemocy skierowanej na zewnątrz. Czy kontrola zachowań społecznych za pośrednictwem religii jest rodzajem tresury? Na taką sugestię jeden z naszych czytelników bardzo się oburzył. A jednak mamy tu do czynienia bardziej z wyrabianiem odruchów warunkowych aniżeli z nauką krytycznego myślenia. Człowiek jest zwierzęciem i to bardziej podatnym na tresurę niż jakiekolwiek inne zwierzę. Można nawet powiedzieć, że nauka religii tłumi krytyczne myślenie i skłania do reakcji bezrefleksyjnych. Czy wzmacnia jednak nasze biologiczne mordercze instynkty? Czy szczuje, budząc nieufność i nienawiść do Innego, czy zachęca do mordu? Czy rozgrzesza i uczy sztuki obwiniania ofiary za nasze zbrodnie? To są właściwie pytania retoryczne. Doskonale wiemy, że religia motywowała i motywuje do mordów, często łącząc wezwania do mordu z apelami do honoru, który również ma swoją podstawę w biologii. Wiemy również, że bywa w tych zabiegach dyskretna, że może błogosławić nienawiść udając, że robi coś zupełnie innego.
Czy można równocześnie uczyć empatii i okrucieństwa? Okazuje się, że religie nie mają z tym większego problemu. Antyjudaizm jest tu przypadkiem szczególnym. Przez blisko dwa tysiąclecia chrześcijanie byli tresowani do morderczej nienawiści i analogiczną tresurę w nienawiści do Żydów widzimy w islamie (przy czym zarówno w chrześcijaństwie, jak i w islamie były okresy mniej intensywnego podsycania płomieni nienawiści, ogień był zaledwie podtrzymywany z zakazem jego wygaszenia, by po pewnym okresie wybuchnąć podżeganiem do mordów i masowymi mordami).
Bez trudu można zauważyć związek między wybuchami antyjudaizmu i nasilaniem się małpiego patriotyzmu, patriotyzmu nienawiści do innych i dumnego plucia na wszystko co inne. Dźwięk obcego języka wystarcza, żeby obudzić gniew, odrobinę inny wygląd wywołuje ochotę uderzenia, wyrazy nienawiści jednoczą, dostarczając rozkosznego poczucia wspólnoty, pojawia się również potrzeba przekłamania przeszłości. Plemienna przynależność zmienia się w zew krwi i w żądzę krwi.
Stare powiedzenie mówi, że łatwiej małpę wyjąć z dżungli niż dżunglę z małpy. Hasło Bóg, Honor i Ojczyzna zmienia się w zawołanie małpiego patriotyzmu. Małpi patriotyzm blokuje racjonalizm, jest wybuchową mieszaniną strachu, podejrzliwości i nienawiści, która kusi przywódców duchowych i politycznych, węszących okazję do zyskania bądź odzyskania absolutnego poparcia, poparcia wyrażającego się gotowością oddania własnego życia na sygnał dany przez przywódców stada.
Oczywiście nienawiść trzeba umaić miłością i współczuciem, osobliwą miłością i osobliwym współczuciem, które udrapują małpi patriotyzm w pozory ludzkich uczuć. Prawdziwe oblicze tej nagiej nienawiści wyjdzie w drugim podejściu, kiedy się obnaża treść owiniętego wcześniej w bawełnę patriotycznego przekazu.
Czasem ten przekaz jest jednoznaczny od pierwszego wejrzenia, czasem przywódcy zdarza się przejęzyczyć i przekonuje potem, że go źle zrozumiano. Wierni nie mają jednak kłopotów ze zrozumieniem. Kilka dni temu do Centrum Badań nad Zagładą Żydów, mającego swoją siedzibę w Warszawie, w Pałacu Staszica wsunięto pod drzwi poniższe wyznanie patrioty:

Zrzut z ekranu na stronie Facebooka Jakuba Petelewicza.
Odosobniony wybryk, czy znak czasu? Polska specyfika, czy może Europa wpada w stare koleiny małpiego patriotyzmu na solidnym chrześcijańskim fundamencie?

Jeśli belgijski podręcznik do geografii zawiera powyższą karykaturę opartą na odwiecznych stereotypach i odwołującą się do „współczucia”, jeśli ten model „współczucia” pojawia się w wystąpieniach polityków europejskich i amerykańskich utrwalając odwieczne i kłamliwe stereotypy, jeśli kościoły chrześcijańskie powróciły do retoryki szczucia, to nie powinniśmy się dziwić, że małpi patriotyzm powrócił z pełną siłą.
Jak wyjaśnić tę miłość kościołów chrześcijańskich do małpiego patriotyzmu? Dlaczego dziś tak chętnie powracają do retoryki sprzed 80 lat? Czy tylko stare przyzwyczajenia, odwieczna tradycja, czy dodatkowym czynnikiem jest tu lęk przed laicyzajcą?
Jak informował „Newsweek” Młodzi Europejczycy odchodzą od chrześcijaństwa. Jest to trend obserwowany od dziesięcioleci z nasilającym się tempem. Kościoły pustoszeją, wiele z nich trzeba było zamknąć z braku wiernych, spada liczba powołań kapłańskich, coraz więcej ludzi mówi, że religia nie ma dla nich większego znaczenia, że są „kulturowymi chrześcijanami” lub, że całkowicie utracili wiarę. Miarą jest tu uczestnictwo w praktykach religijnych, które wielu ogranicza do trzech okazji: chrztu, ślubu i pogrzebu.

Niebieski – chrześcijanie, zielony – inne religie, czerwony – niewierzący
(Zrzut z ekranu ze strony „Newsweeka)
Laicyzacja takich krajów jak Francja, Szwecja, Dania, Norwegia czy Wielka Brytania nikogo nie dziwi. Naprawdę ciekawe są procesy laicyzacji w takich krajach jak Irlandia (gdzie w ostatnich latach obserwowaliśmy bardzo gwałtowne przyspieszenie procesów laicyzacji), Czechy czy Estonia i zdumiewająco powolna laicyzacja w Polsce.
Czy istnieje jakaś wyraźna korelacja między tempem odchodzenia od chrześcijaństwa, a nasilaniem się małpiego patriotyzmu?
Nie widać jej na pierwszy rzut oka i z wnioskami należy być bardzo ostrożnym, aczkolwiek istnieje wyraźna korelacja między poziomem religijności, a konfliktami zbrojnymi na świecie.
Tu jednak, fakt, że w znacznym stopniu konflikty te ogniskują się w świecie islamu, w postaci wojen między krajami muzułmańskimi i terroryzmu w społeczeństwach muzułmańskich, który skierowany jest zarówno przeciw niemuzułmańskim mniejszościom religijnym, jak i przeciw muzułmanom z odmiennych wyznań oraz (w szczególności) przeciw muzułmanom akceptującym demokratyczne wartości, poważnie zakłóca obraz i może prowadzić do zbyt pospiesznych wniosków. Trudno o wątpliwości, że islamski radykalizm jest w znacznym stopniu spowodowany lękiem przed płynącą z Zachodu laicyzacją. Groźba sekularyzacji (rozdziału religii i państwa), egalitaryzmu i zrównania praw kobiet i mężczyzn, wymogu tolerancji religijnej, skłaniała do religijnego fundamentalizmu. Oczywiście fundamentalizm religijny był również jedną z odpowiedzi na zachodni kolonializm i konkurował ze słabo wykształconym w krajach postkolonialnych nacjonalizmem i komunizmem, przy stosunkowo najsłabszym zainteresowaniu społeczeństw tych krajów liberalizmem społecznym i ekonomicznym. Analfabetyzm, brak reform społecznych, dyktatorskie formy rządów, wszystko to sprzyjało narastaniu religijnego fundamentalizmu jako reakcji na pogłębiającą się cywilizacyjną zapaść.
Ze zdumieniem patrzyliśmy na bezmierne okrucieństwo afgańskich Talibów, Al-Kaidy, ISIS, zapominając jak krótki czas dzieli nas od okrucieństwa nazistów i komunistów. Tych ostatnich nie łączyliśmy z religią, zapominając, że obydwie totalitarne ideologie miały semi-religijny charakter.
Z historycznego punktu widzenia bardzo niedawno podniecona nazistowskim i kościelnym antysemityzmem tłuszcza urządzała w Europie równie bestialskie mordy jak afgańscy Talibowie, ISIS czy Boko Haram. Małpi patriotyzm nie jest czymś, czego musimy szukać w mrokach średniowiecza, ani czymś, z czym rozstaliśmy się definitywnie wiele pokoleń temu. Bez wysiłku daje się go obudzić ponownie do życia i słudzy bogów odgrywają tu ogromną rolę, chociaż wśród bijących w werble budzące małpi patriotyzm nie są jedyni.

Opis byłby pełniejszy (i przez to uczciwszy) gdyby dodał Pan np. cytaty z Księgi Wyjścia, gdzie Jahwe każe bez litości mordować wszystkich, którzy staną na drodze narodu wybranego. Mało tego – o co są pretensje do Saula? Ano o to, że NIE WYMORDOWAŁ wszystkich jak mu nakazał bóg. Starców, niemowląt, bydła itp. Wbrew logice zdobywcy zresztą. Z takiego jak jest ujęcia czytelnik może wywnioskować, że judaizm był jakimś wyjątkiem pośród innych religii, religią miłości i pokoju, a wszyscy inni się na niego uwzięli.
Oczywiście, że judaizm nie był, ani nie mógł być żadnym wyjątkiem, tyle że te Żydy umiały czytać i pisać, i zapisały te swoje historie na kozich skórach. A co gorsza wymyśliły ten koszmarny monoteizm, który na domiar złego tak spodobał się tym mniej piśmiennym, no i się zaczęło mordercze spieranie się o to, kto jest tym prawdziwym Izraelem wybranym przez tego judaistycznego (i po prawdzie niezbyt miłościwego) boga.
Wprawdzie żydowski monoteizm też przechodził różne fazy, bo jeszcze 100 lat po Salomonie zdarzały się przedstawienia Jahwe z żoną Asztoret u boku (co kilkanaście lat temu odkryli archeolodzy), ale co fakt to fakt.
Ciekawe to o tyle, że szympanse z Palestyny miały wiele wspólnego z Mezopotamią, gdzie do pewnego momentu tamtejsze szympanse nie uzasadniały swoich podbojów względami religijnymi. Nawet Asyryjczycy, którzy – owszem – dziękowali Assurowi i Ishtar za udaną wyprawę wojenną, uzasadniali ją mimo wszystko bardziej przyziemnie.
Gdyby można wyłapać moment, w którym to wszystko się zmieniło, wnioski mogłyby być interesujące.
Trzeba będzie kiedyś nad tym usiąść.
Ten „mit szlachetnego dzikusa” mnie trochę zastanawia. Czym insprowany?
Wydaje się, że bardziej powszechna jest znana z „w Pustyni i w Puszczy” morlaność Kalego niż szlachetność.
Co więc zainspirowało do towrzenia mitu dzikusa szlachetnego? To pojęcie z bodaj osiemnastego wieku.
Negrów z Afryki znano całkiem dobrze i nie było mowy o „szlachetnych dzikich” wcześniej.
Amerykanie świętują Thanksgiving piecząc Indyki.
Podobno na pamiątkę tego, że koloniści, którzy dobili do brzegów Ameryki na Mayflower wycieńczeni z głodu przed śmiercią głodową zostali uratowani przez „dzikich”, którzy podarowali im jedzenie – zwłaszcza drób.
Czy tu może być początek mitu o szlachetnym dzikim?
Inna sprawa – dziki, jaki mógł być spotykany, a ie tylko wyobrażony, przeciez nie pozostawał wiecznie na poziomie „małpiego patriotyzmu”. Też tworzyli cywilizacje tylko inne. Z niezrozumienia pojęć wynikały później różne konflikty.
Ot, choćby na terenie Nowej Zelandii. Biali kupowali od Maorysów ziemię.
Maroysi rozumieli przez to współwłasność – czyli prawo do zajmowania ziemi, uprawiania jej razem z resztą ludu. Biali rozumieli własnośc jako wyłączność. I dochodziło do dość krwawych starć, bo Maorysi trowrzyli bardzo wojownicze plemiona (bardzo małpio-patriotyczne).
Wreszcie samo pojęcie „szlachetny” – czy nie zmieniało znaczenia?
Szlachetny, to ten co sobie rąk pracą nie kala – ma od tego swoich nieszlachetnych podwładnych. Szlachetny to taki, co umie walczyć, wojownik/rycerz i w czasie pokoju polować. I nie zgodzi się splamić honoru pracą.
Czy nie na takich dzikich trafiano w Ameryce? Niezależnych. Walecznych i swietnych mysliwych? Stąd „nobel savage” pojawił się dopiero po początkach kolonizacji Ameryki?
A później „szlachetny” w sensie „waleczny” zamieniono na „dobry, łagodny, żyjący w zgodzie z naturą”?
Mit szlachetnego dzikusa kojarzy się przede wszystkim z Jean-Jacques Rousseau, który twierdził, że człowiek rodzi się potencjalnie dobry, a psuje go cywilizacja. Próbowali się doszukać tej wrodzonej dobroci (trochę na siłę) antropolodzy, ale po bliższym zbadaniu okazywało się, że człowiek jest w kratkę. Zarówno okrucieństwo jest wrodzone, jak i skłonność do altruizmu i współpracy ma swoje ewolucyjne podstawy. Podejrzliwość w stosunku do cywilizacji ma długą historię i pewne uzasadnienie faktograficzne (podboje i zorganizowana przemoc są częścią cywilizacji). Marks pisał o państwie jako instytucji przemocy i wyzysku. Anarchiści chcieliby zlikwidować państwo i polegać wyłącznie na ludzkiej (wrodzonej) dobroci. Wiemy jednak, że bez sił porządkowych rządzi prawo dżungli. Zapisana w kodeksie Hamurabiego zasada: „ząb za ząb, oko za oko” wydaje się być okrutna, a jednak była ograniczająca, narzucała proporcjonalność kary do przestępstwa. Jeśli idzie o społeczeństwa pierwotne to regułą była duma z mordowania wrogów (zazwyczaj z sąsiedniego terytorium), co na wyższym poziomie cywilizacyjnym oznaczało tylko częściowe wymordowanie sąsiadów i zniewolenie reszty.
no i z tym mam trochę problem. Może za słabo się wczytywałem w Rousseau, ale jak pamiętam, to u niego dziki był przeciwstawiony człowiekowi „społecznemu”. Człowiek w stanie natury – cywilizacji.
Dziki był tym, co jest samodzielny i niezależny, a „społeczny” jest tym, który w pogoni za pieniędzmi, a co za tym idzie uznaniem, gotów przyjąć upokorzenie, czego dziki by nie zrobił.
Tu znów mamy raczej dzikiego – niezależnego, a nie dzikiego „łagodnego”. Nie pamiętam też, by był ten stan natury wartościowany jako „szlachetny”
Dziki u Rousseau kieruje się pierwotnymi instynktami – byłby więc bardzo blisko małpiego patriotyzmu, a nie altruistycznego szlachectwa.
Mała korekta: szympansy nie mordowały tylko dlatego żeby zdobyć samice. Jane Goodal, która badała życie dzikich szympansów w Gombe, opisała, jak od głównego stada odłączyła się grupa szympansów, odeszła dalej i sobie spokojnie żyła. Szympansy z głównego stada rozpoczęły polowania i po kolei wykończyły WSZYSTKICH osobników które się wyłamały z grupy. A nie było między nimi ani konkurencji o pożywienie ani odmienności co do zachowań czy religii.
Dla ścisłości w temacie: To nie bóg (bo nie jest) kocha małpi patriotyzm, tylko większość religii, a więc ich aparat administracyjny. Co składa się z takich samych (prawie) wrzaskliwych, morderczych szympansów, jak całe nasze, ludzkie społeczeństwo. U szympansów ten dobry nawyk wiary w doświadczenie rodziców powoduje, że potrafią się od nich nauczyć np. rozbijania kamieniem orzecha i polowania na te biedne gerezy, ale trwa każdy taki drobny kroczek milion lat. Natomiast to drugie dziedzictwo naszych wspólnych przodków, czyli skłonność badawcza, zwana „apetencją”, albo – po naszemu – „ciekawością”, miało u nich jakieś słabsze geny, i dlatego one mają tylko te kamyki i patyczki do zlizywania termitów. (chociaż Jane Goddal donosiła kiedyś, że jeden samiec nauczył się tam, u niej, używać tekturowych pudeł do robienia hałasu). A my mamy cały nasz postęp. Administratorzy religii są oczywiście zwolennikami dziedzicznego, małpiego patriotyzmu, ponieważ każdy samiec, także ludzki, lubi rządzić. Nie muszę odwoływać się wyłącznie do małp. Już u wcześniejszych zwierząt społecznych, np. wilków, etolodzy zaobserwowali, że samiec alfa potrafi zabraniać innym się bawić. Daje mu to pewnie jakąś przyjemność. I te wojny. Nie tylko ten Watykan był klęską Chrystusa. Nawet w obrębie tak – zdawało by się – tak pacyfistycznej religii jak Buddyzm, mieliśmy walki sekciarskie. Dobranoc.
A tu jeszcze, akurat w Święto Wiosny, papież Franciszek wstawił kij w mrowisko stwierdzeniem, że piekła nie ma. Szympansy wpadły w szał.
Dziwi mnie wasze cokolwiek nieuzasadnione poczucie wyższości – dzielicie z szympansami 98,7% DNA, szympansy najprawdopodobniej potrafią was różnicować a wy nie słyszeliście o szympansach bonobo ? Naukowcy twierdzą, że różnice w zachowaniach społecznych pomiędzy bonobo a szympansem zwyczajnym ukształtowały różnice środowiskowe, podobnie jak u was. Podobno bonobo w jednym z języków bantu oznacza „przodek”. Stadami bonobo rządzą koalicje samic, może więc pomyślicie o jakiejś koalicji ?
Ta z pozoru drobna różnica DNA jest niesłychanie myląca, nie będę tu tego rozwijał, ale proszę mi wierzyć, że na przestrzeni ostatnich 6 milionów lat całkiem sporo zmieniło się w działaniach tych „wspólnych” genów. Jesteśmy jednak częścią zwierzęcego świata i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o biologiczny fundament naszych zachowań nie jest bez znaczenia. Warto tu jednak unikać nazbyt pochopnych wniosków i uproszczeń, a już fakt, że bonobo (Pan Paniscus) doczekał się nobliwego określenia „przodek” nie jest obserwacją, na której można cokolwiek budować. O zachowaniach zwierząt od czasu Konrada Lorenza nagromadziliśmy sporo wiedzy (jeśli idzie o małpy naczelne to dziś na wydziałach biologii większych uniwersytetów znajdujemy katedry prymatologii), co jednak nadal jest zaledwie początkiem budowania wiedzy o tym, jak się ma nasza moralność do naszej biologii. Okrucieństwo natury trudno oceniać w kategoriach moralnych, ale to co uważamy za moralne lub amoralne, ma bez wątpienia swoje korzenie w naturze. Książę Kropotkin polemizował z Darwinem (a raczej z jego kontynuatorami) na temat tego, czy w naturze mamy więcej walki i okrucieństwa, czy więcej współpracy i altruizmu. Dziś, kiedy dzięki temu, że cyfrowe techniki p0zwalają nam na gromadzenie ogromnych ilości fotograficznej dokumentacji, cieszymy się niezliczonymi dowodami międzygatunkowych przyjaźni. Jest to równie mylące jak owe zaledwie nico ponad 1 procent różnic DNA z szympansem. Nasz małpi patriotyzm, to zaledwie informacja, że jesteśmy zwierzętami stadnymi i terytorialnymi, a nasza kultura i jej instytucje wzmacniają to, co w nas siedzi. A to co w nas siedzi wymaga dalszych badań, bo nadal wiemy zbyt mało.
różnice środowiskowe – ja na przykład nieźle poznałem środowisko naukowców i tu ciekawa obserwacja: powyżej pewnego progu wykształcenia nasilają się reakcje stadne w odniesieniu do określonych kategorii bodźców