2018-04-05.
Ludzie, wysłuchujący wykładów z historii bywają czasem zaskoczeni, kiedy opuści się schematyczne piedestały zatłoczone wielkimi nazwiskami, wielkimi wydarzeniami i zejdzie się na poziom tzw. zwykłego człowieka.
Bywa to konieczne dla lepszego zrozumienia ducha epoki, o której mowa, ponieważ najlepsi (albo najgorsi) nawet władcy nie działali przecież w próżni, ale dla swych poddanych, przeciw swym poddanym, razem ze swymi poddanymi – w każdym razie – zawsze wśród nich.
Od tego kim ci poddani byli, jak widzieli otaczający ich świat, jakimi zespołami pojęć dysponowali zależało powodzenie poczynań władzy w stopniu nie mniejszym, niż taka czy inna jakość realizowanego przez nią pomysłu.
Od lat kilkudziesięciu dlatego właśnie w badaniach historycznych zwraca się większą uwagę na tzw. życie codzienne w poszczególnych epokach. Na razie – niestety – tylko na poziomie uniwersyteckim, do szkół średnich ta wiedza trafia w stanie szczątkowym; a szkoda, bo nie wszyscy w przyszłości studiować będą historię, wspomniana zaś wiedza ułatwiłaby młodym ludziom wejście w dorosłe życie niezależnie od kierunku jej późniejszej edukacji i wykonywanego zawodu.
Na dodatek taka historia bywa fascynująca i zaskakująca zarazem, ponieważ mówi o nas – o człowieku. To dzięki niej dowiadujemy się, że nasi przodkowie sprzed stu, pięciuset czy nawet dwóch tysięcy lat byli szalenie do nas podobni, wykazywali te same cechy charakteru, identycznie reagowali w podobnych sytuacjach, mieli te same wady i zalety, które zaobserwować możemy u współczesnych.
Spojrzenie na nich od tej strony ma tę zaletę, że możemy nauczyć się bezboleśnie tego, jakie konsekwencje przynoszą takie czy inne zachowania, jakie oni popełniali błędy, co wpływało na ich postawę i czy ew. da się to jakoś skorygować w dzisiejszym świecie, by po raz enty nie obrywać po karku za coś, za co już nasi antenaci odpokutowali.
Czasem takie „odkrycia” zaskakują nas samych, stawiając nam przed nosem zwyczajne lustro, w które patrzymy nieco zmieszani i gorączkowo staramy się znaleźć sensowną argumentację, by poczuć się lepiej, niż wypadałoby w obliczu obrazu, który odbija się w lustrze.
Jeden z najprostszych przykładów z jakim ostatnio miałem do czynienia.
Każdy przyzna, że śmieciarz wywożący odpadki z naszych domów spełnia funkcję społecznie pożyteczną, poprawia komfort naszego życia itd., prawda?
A ilu z nas zadeklarowałoby przyjaźń z tym osobnikiem i w spontanicznym odruchu sympatii zaprosiłoby go na piwo?
Pytane o to osoby niemal w stu procentach były zaskoczone postawioną kwestią. A potem zaczęły się „wyjaśnienia”…
Jak to nazwać? Przecież teoretycznie powinniśmy cenić go bardziej, niż tego, kto nam owych odpadków przysparza, a takimi są np.… no to już dopowiedzcie sobie sami; tylko odważnie, bez zahamowań.
Omawiając życie codzienne w dawnej Polsce wspominałem o dość szczególnej profesji, która nie tylko w Polsce miała i ma „złą prasę” i nic nie wskazuje, by kiedykolwiek to się zmieniło.
Chodzi o zawód kata.
Moglibyśmy się licytować przytaczając przykłady zachowań niechętnych wobec katów, a nawet konkretnych przepisów miejskich z dawnych epok ograniczających towarzyskie możliwości tego specjalisty. Kat zawsze i wszędzie budził niechęć, obawy, wstręt.
Dlaczego? Pytanie bezzasadne? Odpowiedź z gatunku „oczywistych”?
Tak by się wydawało. Wystarczy jednak przyjrzeć się tej profesji nieco bliżej, by nabrać wątpliwości.
Wiele miast wydawało przepisy, według których kat musiał mieć swą siedzibę „z dala od ludzi” (co w warunkach planowej ciasnoty dawnych miast nie było łatwe), miał ograniczone możliwości komunikowania się ze „zwykłymi, porządnymi ludźmi”, był człowiekiem „osławionym”, budzącym najgorsze skojarzenia.
A z drugiej strony wszelkie egzekucje publiczne miały takie tłumy widzów, na jakie nie mógłby liczyć nawet najgenialniejszy dramatopisarz. Wielkie damy, delikatne jak mimozy, piszczały z uciechy patrząc na męki skazańców na miejskich placach, a bywało, że okna z widokiem na miejsce kaźni bywały wynajmowane za całkiem duże pieniądze.
Mało tego. Z notatek urzędników miejskich dowiadujemy się, że zdarzały się i łapówki za wpuszczenie ciekawskich do izby tortur, gdzie kat zamęczał podsądnego jeszcze w czasie trwania procesu, które to pomieszczenia nie były przecież ogólnodostępne.
Spora liczba miast zatrudniała jako katów obcokrajowców, głównie z Niemiec, przekierowując społeczną niechęć na kogoś spoza „wspólnoty”.
Jakoś nikt w tym wszystkim nie brał pod uwagę, że to przecież nie kat wymyślał te tortury. Były one opisane stosownymi przepisami sądowymi, procedury ich stosowania były bardzo precyzyjne, kat nie miał możliwości wielkich manewrów w czasie, gdy na polecenie sądu wydobywał zeznania, czy kiedy dokonywał egzekucji.
To nie kat wydawał wyroki, wśród których tzw. kwalifikowana kara śmierci dziś przyprawia o dreszcze nawet w czasie czytania. To nie kat wymyślił karę za okradanie barci pszczelich polegająca na otwarciu jamy brzusznej, przybijaniu końca jelita do drzewa i oprowadzaniu skazańca wokół niego tak długo, aż się skończyło.
To nie jego chora wyobraźnia podsuwała metody wykonywania kary śmierci w sposób zadowalający najbardziej wybrednego psychopatę.
Tego dokonywał sąd, którego członkowie cieszyli się szacunkiem społeczeństwa; otoczeni uznaniem dokonywali swoich dni w ogólnym poczuciu doniosłej społecznie misji. Ten, który ich wyroki wykonywał otaczany był pogardą.
A przecież nie było to jego jedyne zajęcie.
Tzw. mistrz czyli wykwalifikowany kat długo się uczył, zanim osiągnął odpowiedni poziom w zawodzie. Były do tego celu przeznaczone specjalne szkoły – w Polsce takowa mieściła się w Bieczu.
Absolwent takiej szczególnej uczelni posiadał wiedzę równą… medykowi. Zaskakujące? Wcale. Przecież musiał stosować tortury tak, by dostarczyć po nich podsądnego przed oblicze sprawiedliwości w stanie umożliwiającym złożenie zeznań. Nie mógł przesadzić, bo wówczas wszystko straciłoby sens, a on sam nie otrzymałby zapłaty. Wiedza na poziomie medyka była więc absolutnie niezbędna.
No a skoro miało się pod ręką takiego fachowca od medycyny, medyka w mieście brakowało lub był zbyt drogi to… tak, tak – niewielu się wahało przed skorzystaniem z pomocy kata np. w składaniu połamanych kończyn, z kupowaniem z jego apteczki leków ziołowych na setki dolegliwości itp. Tyle, że… pod osłoną nocy, aby „nikt nie widział”. Chociaż każdy wiedział.
Bywało, że kat prokurujący lekarstwa na choroby skórne wynajdywał specyfiki używane później jako… kosmetyki przez damy, odwracające od niego wzrok z ostentacyjnym wstrętem.
Ponieważ nie co dzień zdarzało się ścinać kogoś na rynku, a żyć z czegoś trzeba, kat imał się rozlicznych zajęć.
Na ogół był m.in. też miejskim hyclem, walczył z okresowymi plagami szczurów, które szczególnie dla miast średniowiecznych bywały sporym utrapieniem.
Każdy mieszkaniec dawnego (i dzisiejszego) miasta produkował tony odpadków i niemal każdy zdawał sobie sprawę z tego, co by się zdarzyło, gdyby wszystkie one pozostały tam, gdzie je wypracowano. Od ich nadmiaru zaczynały się zresztą wszelkie epidemie dziesiątkujące ludność.
A przecież to kat miejski, jak przekazują to nam zapiski radzieckie, zajmował się ich wywózką!
Można by tak bez końca, ale myślę, że to co już napisałem wystarczy, by ponownie zadać sobie pytanie o nasze reakcje.
Mamy człowieka, który spełnia wyjątkowo pożyteczną rolę w społeczeństwie i… pogardzamy nim, uważamy za kogoś gorszego, doskonale zdając sobie sprawę, że bez niego nie dalibyśmy sobie rady.
Nic się w tym obszarze nie zmieniło po dziś dzień. I pewnie nie zmieni, ale czasem warto się zastanowić nad naszymi własnymi odruchami, używaną przez nas estetyką społeczną, wartościowaniem zjawisk.
Zastanowić – nie szukać usprawiedliwień na siłę, bo się ich nie znajdzie.
Dla rozpoczynających takie poszukiwania dodam informację, że dziś, w wielu polskich miastach i miasteczkach są muzealne izby tortur cieszące się wielkim powodzeniem zwiedzających.
I to niekoniecznie miłośników historii.
Jerzy Łukaszewski

Jak zwykle tekst frapujący… Dodałbym tylko, że historii nauczałbym jednocześnie z psychologią. Jak spojrzymy na zwierzęta (naszych przodków), to cierpienia bliźnich powodują odczucia stresujące, nigdy zadowolenia. Czy wychowania dzieci przez bicie, karmienie potwornościami religijnymi (przybicie do krzyża) powodowały, że ludzie czerpali przyjemność z oglądania tortur? Tego nie wiem, dlatego warto przy nauczaniu historii mieć psychologów pod bokiem.
No to trafiłeś w punkt, bo powoli rodzi się już specjalizacja psychologa historycznego. Badania interdyscyplinarne (o ich zaletach też warto byłoby mówić młodzieży od najwcześniejszych lat) dowiodły, że psychologia ma wiele do powiedzenia w konkretnych przypadkach historycznych, a czasem wręcz zmienia nasze postrzeganie niektórych wydarzeń.
„Wiele miast wydawało przepisy, według których kat musiał mieć swą siedzibę „z dala od ludzi” (co w warunkach planowej ciasnoty dawnych miast nie było łatwe), miał ograniczone możliwości komunikowania się ze „zwykłymi, porządnymi ludźmi”, był człowiekiem „osławionym”, budzącym najgorsze skojarzenia.”
„…nawet konkretnych przepisów miejskich z dawnych epok ograniczających towarzyskie możliwości tego specjalisty.”
A może było to podyktowane czystym pragmatyzmem? Jak, w sposób profesjonalny, kat miałby wykonywać swoje obowiązki w stosunku do przyjaciół, dobrych znajomych itd?
Dzisiaj jest instytucja wyłączenia sędziów, prokuratorów ze spraw dot. ich znajomych. Kto wie czy to nie kontynuacja tych średniowiecznych przepisów. Warto byłoby dotrzeć do źródeł wskazujących na przesłanki wprowadzenia przepisów, które Pan przytacza.
Dopiero wczoraj dowiedziałem się przypadkiem, skąd się wziął ten hipokryta. Grecy nazywali tak aktora co w teatrze greckim – jak wiemy – nosił maskę.
Nie wiem, czy to dobry przykład:
„Każdy przyzna, że śmieciarz wywożący odpadki z naszych domów spełnia funkcję społecznie pożyteczną, poprawia komfort naszego życia itd., prawda?
A ilu z nas zadeklarowałoby przyjaźń z tym osobnikiem i w spontanicznym odruchu sympatii zaprosiłoby go na piwo?”
O ile wiem, żaden z moich znajomych nie pracuje w żadnym zakładzie oczyszczania miasta. Ale sprzątacz czyszczący ubikacje – owszem był (zmienił zawód na lepiej płatny). I chodziliśmy razem na piwo. Nie dobierałem nigdy znajomych pod kątem zawodów, jakie wykonują. Zapraszałem na wspólne biesiadowanie nawet pracowników ZUS! 🙂
Czy spontanicznie bym zaprosił śmieciarza na piwo – ot tak, bo akurat przechodził pchając kontener? – No nie.
Ale to nie ma nic wspólnego z zawodem. Dealera samochodowego, maklera giełdowego czy prezesa banku tak samo spontanicznie bym nie zaprosił, bo akurat przechodził. Co nie znaczy, że wykluczam z nimi zawieranie znajomości, albo uważałbym to za rzecz wstydliwą.
jurku, ten fragment mojego tekstu „gulasz katowski” sprzed niespełna pięciu lat, pisałem chyba w jakimś proroczym nachnieniu, z myślą o tobie… …
Kiedy kilka lat temu wędrowałem z moim dzieckiem po Pradze, poczuliśmy się nagle głodni. Byliśmy na Malej Stranie, zaprowadziłem więc Naomi (Kurkę) do restauracji, którą znalem z poprzednich pobytów. Miejsce nazywa się „U Mecenaše” i wygląda jak siedemnastowieczny zajazd, z wyblakłymi polichromiami na sklepieniach pod sufitem. Ze ścian spoglądają na gości portrety rycerzy i dam w złoconych ramach. Naprzeciw naszego stolika wisiał na ścianie topór a pod nim tabliczka, informująca, że siadywał tam słynny oprawca praski Jan Mydlař. W jadłospisie figurował też „gulasz katowski”, w angielskiej wersji karty dań : „Executioner’s Stew”.
Słynny amator gulaszu dokonał 21 czerwca 1621 roku na Rynku Staromiejskim egzekucji na 27-miu panach czeskich, zbuntowanych przeciwko księciu Karolowi z Lichtensteinu, wyznaczonym przez cesarza Ferdynanda II na wielkorządcę Królestwa Czeskiego, po zwycięstwie habsburskich katolików nad Husytami w bitwie pod Białą Górą. Dwudziestu czterech skazanych było na ścięcie, pozostali trzej na powieszenie. Jan Mydlař posługiwał się czterema mieczami i musiał wyręczać się sześcioma pomocnikami do sciągania zwłok z szafotu. Wszystko poszło jednak sprawnie i zajęło temu ponokrypto patriocie czeskiemu, solidaryzującemu się w głębi ducha ze skazańcami, niewiele ponad cztery godziny. Po skończonej egzekucji, zgodnie z życzeniem cesarza, głowy znakomitych mężów czeskich ściętych z jego przyzwolenia, wystawione zostały na postrach. Na głowę rektora Uniwersytetu Karola, Jana Jesenskego położono wycięty mu jeszcze za życia język…
Książę poprosił następnie Jana Mydlarza o przysłanie rachunku za rękodzieło i jak można wyczytać w starych zapiskach, honorarium wystarczyło na wzniesienie okazałego domu…
Jeszcze po dziś ocieramy się z bliska o pogląd, że oprawcy z faszystowskich lub komunistycznych dyktatur byli w głębi ducha przeciwnikami owych reżimów i konieczność wykonywania urzędowych obowiązków przyprawiała ich o moralne katusze. Nowe demokratyczne władze powinny to rozumieć i przyznać im odszkodowania, bo sytuacja tej grupy ludzi jest znacznie gorsza od losu jej ofiar, osobliwie tych, które zostały stracone…
Postać tego niezwykle sprawnego w rzemiośle oprawcy zaprzątała od tego dnia hańby narodowej – jak nazwano później datę egzekucji – wyobraźnię Czechow. Książka Josefa Svatka(1835-1897) „Paměti katovské rodiny Mydlářů v Praze” ukazuje losy małolepszego w bardziej w romantycznym, choć mniej zgodnym z prawdą historyczna świetle. Miał on zakochać się bez pamięci w gładkiej damie, która została skazana na śmierć za zamordowanie swego o wiele starszego od niej męża. Z tej miłości nieszczęśliwej zdecydował się przyjąć posadę katowskiego pachołka. robił to w nadziei zobaczenia swej ukochanej, ale głównie po to, by móc ją porwać i rzucić się razem z nią do ucieczki. Plan porwania nie powiódł się wszelako, a romantyczny pomocnik katowski wybił się wkrótce na mistrza w swym rzemiośle. Od tego czasu z zapamiętaniem ścinał głowy innych skazańców, mszcząc się w ten sposób za egzekucję na ukochanej, kiedy to musiał krzątać sie wokół szafotu…
Siedziba kata w Kolonii w Niemczech mieściła się na tyłach obecnej siedziby kolońskiego arcybiskupstwa przy Altengrabengäßchen. Zdaje się, że kat należał do osobnego cechu i zajmował się nie tylko torturami i egzekucjami.
pozdrawiam serdecznie
dla znających język niemiecki:
http://www.colonia-prima.de/koelner-henker
Schaurig schön ist der Spaziergang mit dem mittelalterlichen Henker.
Unehrlich von Geburt ist er ein Außenseiter, der Meister für alles Anrüchige
in der Stadt, deren dunkle Seiten er kennt wie kein Anderer.
Er ist Beschützer der Huren und führt sündige Frauen zum Berlich, dem
städtischen Freudenhaus. Ihm sind die Schinder, Hundeschläger, Goldgräber,
die man auch Schissefeger nennt, unterstellt. Er weiß viel zu erzählen:
Von seinem blutigen Geschäft auf dem Friedhof der Leprösen, vom
peinlich befragen, so nannte man das Foltern einst, das direkt am Domhof
geschah. Hier stand auch der „Blaue Stein“, an den er vor der Hinrichtung
die Verurteilten stieß, bevor sie gehängt, enthauptet, gerädert, ertränkt,
verbrannt, lebendig begraben oder zu Tode gesotten wurden. Begleiten Sie
ihn auf seinem Weg, wenn Sie sich trauen!
Nur für Erwachsene !!!