23.04.2026
Zdarzyło mi się niedawno słuchać jakiejś audycji w radio, podczas której urozmaicono mi czas piosenkami jak najbardziej współczesnymi. Było to ciekawe, bo na przemian śpiewały dwie piosenkarki, których wprawdzie nie znałem, ale spodziewałem się czegoś o nich dowiedzieć na końcu audycji. Koniec nastąpił.
Jakież było moje zdumienie kiedy okazało się, że wysłuchałem piosenek śpiewanych przez… pięcioro wykonawców!
Podzieliłem się odkryciem z bliską osobą szukając przyczyny pomyłki. Wprawdzie nigdy nie rościłem sobie pretensji do jakiegoś wybitnego talentu muzycznego, ale przecież głuchy nie jestem i przez całe moje długie życie jakoś dawałem sobie z tym radę.
Osoba bliska wyjaśniła mi sprawę szybko i zadowalająco. – Przecież te piosenki są tak bardzo do siebie podobne, że puszczane jedna po drugiej mogą zmylić słuchacza!
Hmmm … a dlaczego są takie podobne?
Tu myśli moje poszybowały do wczesnej młodości kiedy fascynowałem się rozkwitającymi wówczas kwiatami rock and rolla, które do dziś pamiętam i chętnie przypominam sobie przy pomocy YT.
Pierwsza myśl „wspomnieniowa” – jakież różne rzeczy oni wtedy grali!
Jeden zespół, a grał rzeczy zupełnie do siebie niepodobne.
Posłuchajcie Beatlesów „Rock and roll music”, a potem „Eleanor Rigby” i na dokładkę „I’m the Walrus”. Przecież to zupełnie inna muzyka. Każdy kawałek jak z innego świata! A przecież gra ta sama czwórka.
The Rolling Stones potrafili zagrać ciężkiego rocka „Jumpin’ Jack Flash” i jednocześnie „Lady Jane” przy dźwiękach klawesynu.
Jak to możliwe? Bo to, że możliwe wiemy z historii rock and rolla.
Po długich przemyśleniach doszedłem do pewnych wniosków, które tu w znacznym uproszczeniu spróbuję przedstawić.
Do sformułowania odpowiedzi zainspirowała mnie ongisiejsza wypowiedź Georga Martina, producenta i dyrektora wytwórni Parlophone. Wspominając po latach spotkanie z Beatlesami powiedział : – Nigdy w życiu nie nagrywałem rockowej płyty, oni zaś jeszcze żadnej, a więc uczyliśmy się razem i nikt nie umiał nam powiedzieć czy to się opłaci.
„Czy się opłaci!” – sprawa absolutnie kluczowa dla omawianego tematu. Fani mogą się kochać w tym lub tamtym, ale wytwórnie płytowe to nie instytucje dobroczynne, lecz twardy biznes.
Wg Martina wysyp kapel rockowych był tak wielki i różnorodny, że nikt nie wiedział jak to zagospodarować. Na sprawdzenie co się opłaca, a co nie, potrzeba czasu. Tymczasem rynek „żył” swoim życiem i czasu na zastanawianie się nie było.
Przestrogą bywały też błędy wytwórni jak np. firmy Decca, która w 1962 roku odrzuciła ofertę Beatlesów twierdząc, że „czas kapel rockowych się już skończył.” Firma później otrzymawszy ofertę od managera The Rolling Stones chwyciła się jej jak tonący koła ratunkowego.
Lata 60te przeszły do legendy. Nigdy przedtem, ani nigdy potem nie było na „rynku” muzycznym takiego bogactwa wykonawców i utworów.
I nie ma znaczenia czy pamiętamy „wielkich”, czy też bohaterów jednego przeboju jak choćby The Box Tops i ich „The Letter”, którzy byli jednymi z tysięcy grających wówczas.
Na Woodstock było ich setki, pojawili się ludzie, z których wyrosły prawdziwe gwiazdy, a także ci, o których później nie słyszano.
Skąd to bogactwo?
W największym skrócie – zgodnie z wypowiedzią Georga Martina „dopuszczano do głosu” wszystkich patrząc uważnie, na kim wytwórnie mogą zbudować przyszłość.
Jeszcze pod koniec lat 60tych nowe grupy jak Led Zeppelin grały tak jak poprzednicy – zarówno „Whole lotta love”, jak „Stairway to heaven” – utwory z różnych światów.
Do tego wszystkiego dołożyć trzeba ruch hippies rozwijający się w tych latach, a będący buntem w stosunku do „poukładanej powojennej rzeczywistości”.
W Polsce, dokąd te trendy zarówno muzyczne, jak i społeczne dotarły mieliśmy coś w rodzaju karykatury wydarzeń, bo dochodziła rewolucyjna czujność przed wpływami imperialistów. Dlatego kiedy już nie dało się zatrzymać fali muzycznej, nakłaniano przynajmniej zespoły do „świadomego wyboru”, co wyrażało się np. w nagraniu hymnu ZSMP przez „Czerwone Gitary” (dostępne na YT), albo „Wracajcie chłopcy na wieś” w wykonaniu „Niebieskoczarnych”.
Koniec lat 60tych to koniec ery hippies i koniec bogatego luzu w muzyce rockowej. Wytwórnie zdążyły się zorientować co się opłaci, a co nie, które zespoły sprzedają się najlepiej i zaczęły promować muzykę, która miała szanse przynieść im największe zyski.
Już na początku lat 70 zaczęło pojawiać się zjawisko (poza sztucznymi tworami w rodzaju punk rocka) powtarzania stylu, wszelkich ułatwień dla odbiorcy, co w efekcie doprowadziło do tego, co mamy dziś.
Dziewczynkę śpiewającą tak jak dziesiątki innych po pierwszym utworze oznajmia się „gwiazdą” i lansuje na wszelkie sposoby uruchamiając potężne możliwości współczesnej reklamy.
I stąd się bierze współczesny, ubogi rynek muzyczny.
Pamiętam jak pod koniec życia Krzysztof Penderecki wziął się za współpracę z pewną angielską grupą rockową, bo stwierdził, że nie ma nic bardziej wartościowego od eksperymentów w muzyce.
Wytwórnie mają inne zdanie.
Od wieków wiadomo, że kultura bez finansowania ma niewielkie szanse. Jednak czasem ma się wrażenie, że pieniądz w tej „współpracy” poszedł za daleko.
A rock and roll lat 60tych już na zawsze będzie legendą. Niedoścignioną, bo stworzoną w absolutnie wyjątkowym momencie historii.
To se ne wrati, ale wspomnieć miło …
Jerzy Łukaszewski

Wydaje mi się, że rynek muzyczny absolutnie nie jest ubogi. Powstaje bardzo dużo dobrej popularnej muzyki, której nie uslyszy się w radio, jadąc samochodem, ale która jest na wyciągnięcie ręki/telefonu/komputera (piszę to z perspektywy słuchacza, amatora). Natomiast „mainstream” jest miałki.
.
Dotyczy to, chyba, całej kultury popularnej, nie tylko muzyki.
.
Z ciekawości: dlaczego punk rock to „sztuczny twór”?
Ma pan rację, ale chodziło mi właśnie o ten „mainstream”, czyli o to co wielkie wytwórnie narzucają wykonawcom. Bo to co słyszę w większości wypadków to właśnie efekt ich działania..
To prawda, ze dziś jest tak wiele mediów, że wytwórnie nawet wielkie nie opanują wszystkiego, ale główny nurt wciąż pozostaje w ich strefie wpływów. Mam kilkoro znajomych wśród wykonawców i wiem jak trudno nagrać coś i spopularyzować nie mając wsparcia korporacji.
Może opisałem to zbyt skrótowo, ale rzecz jest warta głębszego wyjaśnienia. Od lat 70tych zaczyna się narzucanie stylu i tego :co jest modne”, to widać wyraźnie w powtarzających się wykonaniach niezależnie kto je wykonuje. Pojawia się masa nawet ciekawych zespołów, które o dziwo grają ten sam styl i to przez cały okres swej działalności, a nie tak jak poprzednicy, którzy szukali i eksperymentowali.
A punk jest sztucznym buntem, w podobny sposób podany jak i cała reszta. Zasada : wszystko odwrotnie, niż inni, która zaszła tak daleko, że aż zaczęła być śmieszna. Proszę obejrzeć jakieś kawałki z koncertów Sex Pistols. Oczywiście, muszą grać inaczej i nawet na scenie poruszać się inaczej. Frontmenem nie jest wokalista, a perkusista – wokalista stoi za zespołem 🙂 No to jest zrobione tak na siłę, że aż budzi zażenowanie. Muzyczne to zero, ale chodzi o widowisko.
Oczywiście było to robione „pod publiczkę”, a przynajmniej tę część, która też chciała się „buntować” jak jest ojcowie czy starsi bracia (choć już nie było przeciw czemu) i ta publiczka to podchwyciła.
Jest to więc, jak każdy zresztą przejaw kultury, ciekawe zjawisko społeczne i dowód na to „co można ludziom wcisnąć”.
Okazuje się, że bardzo wiele.
Dziękuję.
Akurat fanem Sex Pistols nigdy nie byłem. Ale np.sluchajac The Stooges (protopunk?, lata 60), albo np.The Clash nie mam poczucia, że jest to sztuczne.
.
W ogóle kilka wątków jest tu poruszonych, i można by długo, ale skomentowałbym jeszcze „muzyczne to zero”: skrótowo mówiąc – muzyka rockowa ma wpisany w siebie pewien bunt wobec formy. Oczywiście: wielu wykonawców było wirtuozami, albo wykształconymi kompozytorami, ale powstało wiele rockowych dzieł, które są, powiedzmy, „prymitywne”, a poruszają.
Jak zwykle wyraziłem się nieprecyzyjnie. Muzyczne zero to Sex Pistols. Kilka akordów, na których położyć można każdy tekst. Plus wulgaryzmy – obliczone na to, że jedna czy druga stacja radiowa zakaże puszczanie utworu. Nooooo i wtedy będzie reklama!!! Co ciekawe o wiele ambitniejsze wydają mi się ówczesne polskie zespoły punkowe, może dlatego, że oni wzięli ten „bunt” na serio.
Tak samo, a może jeszcze wyraźniej, jest w modzie.
A co Pan powie na temat obecnej fali (może to nie fala?) wykonawców u-tubowych. Wymieniam moje ulubione: Sina-drums, Elsa, Emily Linge, Moon Sun.. Ja się nie znam na muzyce. Po prostu sobie słucham i patrzę, bo to na ogol niezłe widowiska, choc na ogol tylko po parę minut. Podaje jeden link, żeby było wiadomo, o co chodzi.
https://www.youtube.com/watch?v=ytovb0bIlNQ
Panie Wojtku, dziś dzięki YT i innym nośnikom przebijają się do świadomości chętnych ludzie, których wytwórnie płytowe rzadko by zaakceptowały, o ile w ogóle. To z jednej strony cenne bo pokazuje, że w ludziach wciąż tkwią możliwości (to co Pan podał jest świetne, znam jeszcze kilka kapel, które warto by popularyzować, także polskich), ale podkreśla też wciąż wiodącą rolę wytwórni, które w celach czysto komercyjnych wręcz wytwarzają style nie najlepsze, a najlepiej się sprzedające. I o to w tym wszystkim chodzi, a lata 60te są taką legendą, bo wówczas rodziło się coś nowego, na co wytwórnie przygotowane nie były, stąd brały co się nawinęło, ku naszej radości. Trwało krótko, ale dobrze, że było 🙂
Bardzo się ciesze, Panu się podobało. Na końcu podam link do mojego ulubionego utworu. To jest „cover”, ale jaki! Mi się wydaje, ze to są wspaniali młodzi ludzie. Nie mogę oderwać oczu od tego filmiku. A jeśli idzie o wytwornie. Wygląda na to, ze oni maja swoją własną. (Sina ostatnio wynajęła spore studio.) Natomiast komercyjne wytwornie, to co one jeszcze wytwarzają? Ja mam w domu setki CDs, ale straciłem możliwość ich odtwarzania od czasu, gdy musiałem wymienić samochód. Nowy samochód ma Syriusza, ale nie ma CD. W domu w zasadzie nie mam czasu rozsiadać się przed głośnikiem. Dorywcze słuchanie takich kawałków jak ten poniżej wypełnia przerwy w pracy. Więc już nie będę kupował CDs, na razie. Jak te wytwornie mają żyć i z czego, jeśli już nie ma gdzie wsadzić CD?
https://www.youtube.com/watch?v=uDrqTwkuLlg
W wolnej chwili warto obejrzeć sobie ten film. Półtorej godziny, ale naprawdę warto. Trochę kłopotu sprawiało mi rozpoznanie dawnych gwiazd 🙂
https://www.youtube.com/watch?v=0Dy5MM-Lelc