Jerzy Łukaszewski: Legendy i pieniądze5 min czytania

()


23.04.2026

Zdarzyło mi się niedawno słuchać jakiejś audycji w radio, podczas której urozmaicono mi czas piosenkami jak najbardziej współczesnymi. Było to ciekawe, bo na przemian śpiewały dwie piosenkarki, których wprawdzie nie znałem, ale spodziewałem się czegoś o nich dowiedzieć na końcu audycji. Koniec nastąpił.

Jakież było moje zdumienie kiedy okazało się, że wysłuchałem piosenek śpiewanych przez… pięcioro wykonawców!

Podzieliłem się odkryciem z bliską osobą szukając przyczyny pomyłki. Wprawdzie nigdy nie rościłem sobie pretensji do jakiegoś wybitnego talentu muzycznego, ale przecież głuchy nie jestem i przez całe moje długie życie jakoś dawałem sobie z tym radę.

Osoba bliska wyjaśniła mi sprawę szybko i zadowalająco. – Przecież te piosenki są tak bardzo do siebie podobne, że puszczane jedna po drugiej mogą zmylić słuchacza!

Hmmm … a dlaczego są takie podobne?

Tu myśli moje poszybowały do wczesnej młodości kiedy fascynowałem się rozkwitającymi wówczas kwiatami rock and rolla, które do dziś pamiętam i chętnie przypominam sobie przy pomocy YT.

Pierwsza myśl „wspomnieniowa” – jakież różne rzeczy oni wtedy grali!

Jeden zespół, a grał rzeczy zupełnie do siebie niepodobne.

Posłuchajcie Beatlesów „Rock and roll music”, a potem „Eleanor Rigby” i na dokładkę „I’m the Walrus”. Przecież to zupełnie inna muzyka. Każdy kawałek jak z innego świata! A przecież gra ta sama czwórka.

The Rolling Stones potrafili zagrać ciężkiego rocka „Jumpin’ Jack Flash” i jednocześnie „Lady Jane” przy dźwiękach klawesynu.

Jak to możliwe? Bo to, że możliwe wiemy z historii rock and rolla.

Po długich przemyśleniach doszedłem do pewnych wniosków, które tu w znacznym uproszczeniu spróbuję przedstawić.

Do sformułowania odpowiedzi zainspirowała mnie ongisiejsza wypowiedź Georga Martina, producenta i dyrektora wytwórni Parlophone. Wspominając po latach spotkanie z Beatlesami powiedział : – Nigdy w życiu nie nagrywałem rockowej płyty, oni zaś jeszcze żadnej, a więc uczyliśmy się razem i nikt nie umiał nam powiedzieć czy to się opłaci.

„Czy się opłaci!” – sprawa absolutnie kluczowa dla omawianego tematu. Fani mogą się kochać w tym lub tamtym, ale wytwórnie płytowe to nie instytucje dobroczynne, lecz twardy biznes.

Wg Martina wysyp kapel rockowych był tak wielki i różnorodny, że nikt nie wiedział jak to zagospodarować. Na sprawdzenie co się opłaca, a co nie, potrzeba czasu. Tymczasem rynek „żył” swoim życiem i czasu na zastanawianie się nie było.

Przestrogą bywały też błędy wytwórni jak np. firmy Decca, która w 1962 roku odrzuciła ofertę Beatlesów twierdząc, że „czas kapel rockowych się już skończył.” Firma później otrzymawszy ofertę od managera The Rolling Stones chwyciła się jej jak tonący koła ratunkowego.

Lata 60te przeszły do legendy. Nigdy przedtem, ani nigdy potem nie było na „rynku” muzycznym takiego bogactwa wykonawców i utworów.

I nie ma znaczenia czy pamiętamy „wielkich”, czy też bohaterów jednego przeboju jak choćby The Box Tops i ich „The Letter”, którzy byli jednymi z tysięcy grających wówczas.

Na Woodstock było ich setki, pojawili się ludzie, z których wyrosły prawdziwe gwiazdy, a także ci, o których później nie słyszano.

Skąd to bogactwo?

W największym skrócie – zgodnie z wypowiedzią Georga Martina „dopuszczano do głosu” wszystkich patrząc uważnie, na kim wytwórnie mogą zbudować przyszłość.

Jeszcze pod koniec lat 60tych nowe grupy jak Led Zeppelin grały tak jak poprzednicy – zarówno „Whole lotta love”, jak „Stairway to heaven” – utwory z różnych światów.

Do tego wszystkiego dołożyć trzeba ruch hippies rozwijający się w tych latach, a będący buntem w stosunku do „poukładanej powojennej rzeczywistości”.

W Polsce, dokąd te trendy zarówno muzyczne, jak i społeczne dotarły mieliśmy coś w rodzaju karykatury wydarzeń, bo dochodziła rewolucyjna czujność przed wpływami imperialistów. Dlatego kiedy już nie dało się zatrzymać fali muzycznej, nakłaniano przynajmniej zespoły do „świadomego wyboru”, co wyrażało się np. w nagraniu hymnu ZSMP przez „Czerwone Gitary” (dostępne na YT), albo „Wracajcie chłopcy na wieś” w wykonaniu „Niebieskoczarnych”.

Koniec lat 60tych to koniec ery hippies i koniec bogatego luzu w muzyce rockowej. Wytwórnie zdążyły się zorientować co się opłaci, a co nie, które zespoły sprzedają się najlepiej i zaczęły promować muzykę, która miała szanse przynieść im największe zyski.

Już na początku lat 70 zaczęło pojawiać się zjawisko (poza sztucznymi tworami w rodzaju punk rocka) powtarzania stylu, wszelkich ułatwień dla odbiorcy, co w efekcie doprowadziło do tego, co mamy dziś.

Dziewczynkę śpiewającą tak jak dziesiątki innych po pierwszym utworze oznajmia się „gwiazdą” i lansuje na wszelkie sposoby uruchamiając potężne możliwości współczesnej reklamy.

I stąd się bierze współczesny, ubogi rynek muzyczny.

Pamiętam jak pod koniec życia Krzysztof Penderecki wziął się za współpracę z pewną angielską grupą rockową, bo stwierdził, że nie ma nic bardziej wartościowego od eksperymentów w muzyce.

Wytwórnie mają inne zdanie.

Od wieków wiadomo, że kultura bez finansowania ma niewielkie szanse. Jednak czasem ma się wrażenie, że pieniądz w tej „współpracy” poszedł za daleko.

A rock and roll lat 60tych już na zawsze będzie legendą. Niedoścignioną, bo stworzoną w absolutnie wyjątkowym momencie historii.

To se ne wrati, ale wspomnieć miło …

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

9 komentarzy

  1. Kuba 23.04.2026 Odpowiedz
    • j.Luk 24.04.2026 Odpowiedz
      • Kuba 24.04.2026 Odpowiedz
        • j.Luk 24.04.2026
      • Darek 24.04.2026 Odpowiedz
  2. narciarz2 25.04.2026 Odpowiedz
    • j.Luk 25.04.2026 Odpowiedz
      • narciarz2 25.04.2026 Odpowiedz
  3. j.Luk 25.04.2026 Odpowiedz

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo