Jerzy Łukaszewski: Kto ty jesteś? Jaki znak twój?8 min czytania

()

 

2018-06-02.

Mam na wykładach słuchacza, o którym wiem, że słuchając mnie cierpi.

Nie to, żebym mówił niewyraźnie, nie. Faflunię nie bardziej, niż przeciętny zblazowany wykładowca, odróżniam „tą” od „tę” i nawet „bohater” mówię przez samo „h”.

Chodzi o przekazywane treści. I tu już może zacznę serio.

Pierwsze zastrzeżenia pojawiły się kiedy oświadczyłem, że nie będę szczegółowo zajmował się opisami heroicznych bojów naszych przodków i nie opowiem jak to jeden pan trzymanym w prawej ręce pod kątem 97 stopni mieczem wyklepanym z dwóch rodzajów stali (twardej i miękkiej) urżnął drugiemu panu głowę oddzielając ją od tułowia, który to tułów oblał się 3,47 litra posoki koloru marchewkowego, a następnie jej reszta została wyciśnięta w trakcie ćwiartowania.  Bardziej interesuje mnie dlaczego to zrobił.

Odmowa opowieści o wielkości naszych przodków, która według niego polegała właśnie na machaniu tymże mieczem, zrobiła na słuchaczu przykre wrażenie.

Zaczął coś podejrzewać…

Potem było już tylko gorzej.

Przychodził także na wykłady z cyklu „Historia w Biblii” i to tam po raz pierwszy ujawnił swój sprzeciw.

Za którymś razem podszedł do mnie i oświadczył, że więcej przychodził nie będzie, ponieważ „opowiadam kłamstwa”.  Z dalszej części wypowiedzi wynikało, że opowiadam bzdury o jakichś „autorach i redaktorach” Biblii, a przecież „każdy wie, że Biblię zesłał pan Bóg”.

Mamusia nauczyła mnie zachowywać się w towarzystwie dlatego powstrzymałem wrodzoną złośliwość i nie zapytałem w jakiej oprawie. Twardej, miękkiej czy może w półskórku? Klejona? Szyta?

Myśl, że Biblia może być dziełem rąk ludzkich wstrętna mu była niesłychanie.

Szczerze mówiąc byłem nieco zdumiony słysząc, jak dorosły (bardzo) człowiek w XXI wieku może wysuwać tego rodzaju zastrzeżenia. Zacząłem więc dyskretnie obserwować tego pana i zdumienie moje rosło (wciąż rośnie) ze spotkania na spotkanie.

Kiedy mimo wszystko pojawił się następnym razem oświadczył, że „przyszedł tu przypadkiem” czym uradował moje serce, łaknące humoru na co dzień jak kania dżdżu.  Chodził tym przypadkiem jeszcze parę razy i wysłuchiwał m.in. o tworzeniu się kanonu biblijnego przez długie wieki aż do „ostatecznego” w wersji katolickiej w 1546 roku (prawosławnego jeszcze później).

Tłumaczyłem słuchaczom mechanizm jego powstawania, który wyjaśniał te tak późne daty, ale nie powstrzymałem się, by nie rzucić w przestrzeń pytania, czy zgodnie z logiką tego mechanizmu do Biblii nie można by dziś czegoś dopisać?

Udzieliłem również odpowiedzi – z punktu widzenia historii, biorąc pod uwagę argumenty stojące za umieszczaniem w niej różnych treści w ciągu wieków –  nic nie stoi na przeszkodzie, aby dopisać. Było zresztą kilka grup wyznaniowych, które tak uczyniły (np. mormoni).

Wrodzona delikatność nie pozwoliła mi na wzmocnienie mojego pytania problemem: co się takiego stało, że od 1546 roku pan Bóg umilkł? Tego słuchacz mógłby nie przetrzymać, a sami państwo wiedzą, że na naszą służbę zdrowia możemy liczyć jedynie w ograniczonym stopniu.

Wyników kolejnych obserwacji może nie powinienem ujawniać, bo są dość obrzydliwe i ewidentnie kłócą się z wpojonym mi poczuciem estetyki, ale trudno – zacząłem to polecę dalej.

Spotykam tego pana także w inny dzień kiedy to wychodzi wraz z wykładowcą (to ważne) z zajęć pt. „Teologia praktyczna”. Prowadzi je ksiądz, z którym zawsze witamy się z uśmiechem i sympatią (dostarczył mi parę razy super ciekawych materiałów do moich zajęć). Pewnie dlatego nigdy nie poprosiłem go o odpowiedź na nurtujące mnie pytanie: czy istnieje także teologia niepraktyczna? (pana prof. Obirka serdecznie przepraszam, upały powodują, że głupstwa plączą się laikowi po głowie)

Otóż wspomniany słuchacz, na oko ze dwa razy starszy od wspomnianego księdza sprawia na mnie w tych momentach wyjątkowo przykre wrażenie.

Drepcze przy boku duchownego zgięty niemal w pół, ze wzrokiem wpatrzonym w księżowskie oblicze, z tak służalczym uśmiechem, tak pochłonięty chłonięciem każdego jego słowa i tak wrogo nastawiony do każdego, kto ów proces unicestwiania własnej godności zakłóca, że człowiek najchętniej odwróciłby się, żeby na to nie patrzeć.

Kiedyś chyba nie wytrzymam i poproszę sympatycznego księdza, by zdradził mi co przekazuje mu ów słuchacz z moich zajęć.

A może nie, bo ksiądz nie wydaje się być zażenowany dość szczególnym przylepkiem u boku, więc może mu taka sytuacja odpowiada?

Na zajęciach z historii Polski także bywał (i nie twierdził, że przypadkiem), ale już przestał, bo ze mną „nie da się rozmawiać”.

Stwierdził to wielokrotnie więc dał sobie spokój.

Rzecz polegała na tym, że kiedy mówiłem o czymś, co niekoniecznie pokrywało się z jego waleczno patriotycznymi poglądami, zabierał głos w dyskusji mówiąc z odpowiednio dobraną miną „ – Tak, tak, a przecież wszyscy wiemy jak to NAPRAWDĘ  było”. Poproszony o tę „prawdę” milczał uśmiechając się znacząco dając wszystkim do zrozumienia, że nie każdy jest godzien by ową poznać.

Raz kiedy odezwał się, że „czytał gdzieś zupełnie co innego na temat, który omawiałem, poprosiłem go o źródło jego rewelacji. Wtedy właśnie uznał, że ze mną „nie da się rozmawiać”.

I ostania rzecz. Owego słuchacza poznałem kilka lat temu kiedy poproszono mnie o zastępstwo za wykładowcę, który ze względów zdrowotnych nie był w stanie dokończyć rozpoczętego cyklu.

Zastępowałem go ze trzy – cztery miesiące, nie więcej.

Po kończącym cykl wykładzie zjawił się przede mną właśnie ten pan i w towarzystwie miłej pani wręczył mi prezent od słuchaczy z podziękowaniami.

Byłem lekko zszokowany, nieprzyzwyczajony do takich pożegnań, tym bardziej, że – jak mówiłem – byłem z nimi krótko i na zastępstwie.

Otóż ów słuchacz urządził zbiórkę wśród bywalców zajęć, za którą kupiono komplet pióro i długopis w pudełku z … wygrawerowanymi podziękowaniami i moim pięknym nazwiskiem!

Nie wiedziałem jak się w tej sytuacji zachować, byłem naprawdę skonsternowany. Z jednej strony widziałem jej niestosowność, z drugiej nie chciałem zrobić przykrości setce sympatycznych ludzi.

Ostatecznie komplet jest do dziś w moim posiadaniu i dziś nawet cieszę się, że jest. Stanowi bowiem materialny dowód na mentalność jakiejś części naszego społeczeństwa.

Co kieruje człowiekiem, który wyczynia takie rzeczy w stosunku do ludzi, od których przecież nie zależy nic co go dotyczy? Rozumiałbym gdybym był (lub ów ksiądz) jego przełożonym w pracy, wtedy uznałbym go za podróżnika sempiternalnego, obrzydliwego, ale ostatecznie jakoś tam rozumiałbym jego postawę. Ale tu? Niezwalczona potrzeba posiadania kogoś, przed kim się będzie płaszczył? Jakaś szczególna odmiana masochizmu? Diabli wiedzą.

Widząc jego oczy płonące szczęściem kiedy ksiądz raczy się do niego odezwać – martwię się.

Przecież on nie jest jedynym egzemplarzem tego gatunku. Bezgodnościową służalczość wobec jednych osób doskonale łączy z agresją wobec innych, nie podzielających jego wiernopoddańczości wobec wybranych przez siebie (całkowicie dobrowolnie) idoli.

Zawsze w takich momentach opadają mnie wątpliwości, czy wolność, o której tyle się mówi, o którą walka powszechnie uznawana jest za coś pozytywnego, naprawdę jest ludziom tak bardzo potrzebna? Przynajmniej niektórym ludziom.

Ilu ich jest? Biorąc pod uwagę słupki poparcia dla naszych katolickich bolszewików u koryta, całkiem sporo.

W dyskusjach rodzinno-politycznych zawsze tłumaczę, że mnie nie zdumiewa fakt, iż jeden czy drugi polityk z tego grona zachowuje się jak cham, idiota, cynik czy  kłamca. Np. ten

Piotrowicz przyłapany, kiedy cytował fikcyjną książkę jak historyczny dokument. „Co w tym złego?”

Poseł PiS na spotkaniach z wyborcami przytaczał tekst „Instrukcja Carycy Katarzyny II”. Cytowany dokument ma mieć 200 lat i według Piotrowicza, idealnie oddaje on realia europejskiej polityki. Okazuje się jednak, że słowa „instrukcji” pochodzą z książki Waldemara Łysiaka.

„Co w tym złego?”  Zwracam uwagę, że ten element traktuje własnych wyborców jak idiotów, a oni to łykają jak  gęś kluski. A ich to nie obraża!

Niepojęte!

Tacy zawsze byli i będą, tłumaczę. To statystyka społeczna i nie ma co się obruszać.

Natomiast fakt, że takie egzemplarze znajdują popleczników, ba – wręcz wyznawców, zawsze przyprawia mnie o mrowienie w różnych częściach cielesnej powłoki.

Bo to jest zwyczajnie niebezpieczne. Dla ciebie, dla mnie, dla nas wszystkich.

Jedni mówią o mentalności folwarcznej, inni posuwają się dalej mówiąc o Polakach jako tych, którzy tylko pod batem zachowują się właściwie.

Jak jest naprawdę?

Nie tak dawno @Hazelhard proponował rozpoczęcie rozmów. Polaków z Polakami.

Najchętniej wziąłbym w tym udział, ale przyznam, że mam pewne obawy.

Jeśli gołym okiem widzę, że nie da się uzgodnić nie nawet tematu, ale SPOSOBU  rozmowy, to jakie to wszystko ma szanse?

Coraz częściej natomiast pytanie rzucane czasem przez moją starszą siostrę „po cholerę było w takim razie tę komunę obalać?” odbieram jako retoryczne…

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

16 komentarzy

  1. PIRS 02.06.2018
  2. wejszyc 02.06.2018
  3. j.Luk 02.06.2018
    • wejszyc 02.06.2018
    • A. Goryński 03.06.2018
      • wejszyc 03.06.2018
  4. PIRS 02.06.2018
  5. wsc 02.06.2018
  6. j.Luk 02.06.2018
    • slawek 03.06.2018
  7. PK 03.06.2018
  8. Magog 03.06.2018
    • PK 06.06.2018
  9. slawek 03.06.2018
  10. hazelhard 04.06.2018
  11. PIRS 06.06.2018