Ewa Maziarska: Wiele lat temu…4 min czytania

()

 

2018-06-23.

Koniec szkoły. Zaczęły się wakacje. Moje wnuczki wyjechały z miasta. Żegnając się z nimi przypomniałam sobie o innych wakacjach przed trzydziestu siedmiu laty. I o wydarzeniach, których znaczenia wtedy nikt nie docenił…

Coś się święci…

Pełnia „Solidarności” w naszym kraju. Atmosfera spokoju. Zgody narodowej. Wiary w spokojną szczęśliwą przyszłość. Rok 1981. Lipiec. Początek wakacji. Dziewiąta rano. Robiłam sobie w kuchni poranną kawę, gdy przy wejściowych drzwiach odezwał się dzwonek. Otworzyłam. A tam stał mój dwudziestojednoletni syn, student hungarystyki na budapeszteńskim uniwersytecie, który, jak sądziłam, spokojnie spędza wakacje nad Balatonem. Był w samym podkoszulku, szortach i sandałach. Dygotał z zimna – twarz i ręce miał tak sine, że niemal niebieskie. Bo dzień był chłodny, jakieś 11 stopni C. Zamarłam ze zdumienia; skąd się tu wziął i dlaczego prawie goły? Ale zanim zadałam mu te pytania wepchnęłam go do łazienki pod gorący prysznic. I podałam ciepłe ubrania. Potem śniadanie.

I wreszcie mogło paść pytanie: co się stało?

– Z samego rana z domu zgarnęli mnie węgierscy ubecy. – usłyszałam – Zanim jeszcze zdążyłem się ubrać, tak jak stałem, wywieźli na lotnisko i wrzucili do samolotu. A do paszportu wbili mi pieczątkę z zakazem przekraczania węgierskiej granicy. – Przeraziłam się. – Cóż tak złego mogłeś zrobić, że zasłużyłeś aż na deportację? – Odpowiedź przeraziła mnie jeszcze bardziej: – Miałem kilka odczytów o Solidarności w naszym kraju. Poza tym popracowałem jako wychowawca i tłumacz na koloniach dla polskich dzieci. A wszystkie dzieciaki nosiły koszulki z logotypem Solidarności.

– To jakaś bzdura – wystękałam. – Chyba nie mówisz mi prawdy.

– Niestety, to czysta prawda, mamo – odpowiedział mój syn – Najpierw zatrzymano mnie w przeddzień deportacji. Przesiedziałem wiele godzin na węgierskim „odwachu”, gdzie usłyszałem, że oskarżają mnie o działalność antypaństwową. Czyli za publiczne mówienie o polskiej Solidarności i kolegowanie się z ludźmi z węgierskiej opozycji demokratycznej. W końcu wypuścili mnie na noc do domu . Ale jak widać tylko po to, żeby rano wyrzucić z Węgier. Wpadli do domu w chwili gdy się goliłem. Wyciągnęli mnie z łazienki w podkoszulku i szortach i w takim właśnie stroju zostałem wprowadzony do samolotu. Dla pasażerów to była niemała sensacja. Z lotniska w Warszawie przywieźli mnie pod dom swoim samochodem jacyś obcy ludzie.

Cała ta historia wydawała mi się zdumiewająca. I wręcz niewiarygodna. To chyba jakiś wybryk kilku węgierskich ubeków – sądziłam. Aby sprawę wyjaśnić, zadzwoniłam do zaprzyjaźnionego Węgra, który wówczas pracował w węgierskiej ambasadzie. Wysłuchał mnie uważnie i obiecał, że porozmawia o zdarzeniu nazajutrz, gdy nas odwiedzi. Rzeczywiście przyszedł. Powiedział że to nie był żaden wybryk służb. Na Węgrzech bowiem mówienie o polskiej Solidarności jest oficjalnie zakazane. Więc owszem, może pomóc mojemu synowi wrócić na studia do Budapesztu, tym bardziej, że wstawił się za nim osobiście sam rektor budapeszteńskiego uniwersytetu. Ale pod jednym warunkiem: że Wojtek napisze oświadczenie, w którym pokaja się za chwalenie Solidarności. Że napisze, iż o jej o prawdziwej, zbrodniczej działalności po prostu nie miał bladego pojęcia. Na taką propozycję oboje z synem osłupieliśmy. Oczywiście żadne takie oświadczenie nie mogło wchodzić w grę. Znajomy więc z wielkim żalem opuścił nasz dom.

Nadal trudno mi było przyjąć do wiadomości, że osiągnięcia Solidarności, dzięki którym zaczęliśmy w kraju swobodniej oddychać, może być – jak sądziłam – błędnie oceniane w zaprzyjaźnionym przecież kraju. Poprosiłam więc o spotkanie jednego ze znajomych mającego kontakty z osobami ze sfer rządowych i wojskowych. Miałam nadzieję, że rozmowa z nim uciszy mój niepokój. Niestety ów znajomy przeraził mnie jeszcze bardziej. Powiedział mi, że Solidarność zaczęła być traktowana jako organizacja wroga i antypaństwowa przez władze wszystkich sąsiednich krajów. Dlatego np. na naszych granicach konfiskowane są wszelkie polskie pisma. Nawet partyjna „Trybuna Ludu”. Ale najgroźniejsza była następująca informacja; pracownicy „demoludowych” ambasad i konsulatów zaczęli odsyłać rodziny do swoich krajów.

– Nie chcą, by ich rodziny oddychały naszą „solidarnościową” atmosferą, czy szykuje się jakaś wojna? – wystękałam. Mój rozmówca wykręcił się od klarownej odpowiedzi. Powiedział tylko: Idą ciężkie czasy – Czy napadną na nas radzieckie wojska – spytałam? – Coś ty – odparł. – A po co mają napadać. Przecież już u nas są. A poza tym czy nie mamy własnego wojska?

– A więc coś się jednak święci? – nie odpuszczałam.

– Idą trudne czasy. Ale to nic takiego. Uspokój się. I najlepiej ty ani twój syn nie wdawajcie w żadną polityczną działalność. To wszystko będzie dobrze.

I na tym skończyła się nasza rozmowa…

Ewa Maziarska

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.