Marek Jastrząb: Kisiel, jedyny taki weredyk

 

2018-06-30.

Pisać o pisarzu, to syzyfowe zadanie. Z reguły niewdzięczne, bo – stronnicze. Tym bardziej o nim. O człowieku, który przez długie okresy życia ma zakaz publikowania swoich utworów literackich i kompozycji muzycznych, nad którym ciąży klątwa wzmożonej cenzury.

Truizmem jest powiedzenie, że co pisarz, to osobowość; niekiedy silna, niekiedy nie. Są niezłomni, dysponujący odwagą cywilną, mający ugruntowane zapatrywania i są ugodowcy, zamulacze, i wsteczniacy posiadający paskudnie tępe przekonania, poglądy uzależnione od wiaterków historii. Stefan Kisielewski należy do bezkompromisowych i całym sobą płaci za to wysoką cenę.

Radiowa Dwójka zaprezentowała jedną z jego pięciu powieści (Widziane z góry). Nadano ją w wyśmienitej interpretacji Jerzego Stuhra. Podzielona na 49 odcinków, stanowi ucztę dla znękanych uszu. Jednak słuchając jej, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że została stworzona w innym rytmie niż dzienniki, w odcieniach nie tak nerwowych i radykalnych, a bardziej kontemplacyjnych. Autor zdaje sobie sprawę: fabułą nie rządzi pośpiech, a treść decyduje o formie.

Co innego dziennik, emocjonalny, skrótowy zapis faktów i spostrzeżeń sporządzonych pod presją chwili, na gorąco, podczas codziennego użerania się z partyjnymi matołami i przymusowych randek z cenzurą, a co innego powieść, gdzie można pozwolić sobie na szerszy oddech, głębsze zastanowienie, opisowy malunek pejzażu, psychologiczny portret, rozbudowę atmosfery; publicystyka, to streszczenie, romans, to rozwinięcie.

Ale woli uprawiać publicystykę. W niej, a zwłaszcza w politycznych felietonach dopatruje się dobrych stron swojego pisania. W nich dostrzega sens. Jednak wie, że sens uprawiania publicystyki jest wtedy, gdy ma ona odbiorcę i autor może liczyć na rezonans. A od czasu nazwania gomułkowskiej ekipy dyktaturą ciemniaków, niszczono go prasowym milczeniem. Początkowo cenzurowały go partyjne myszołowy, w późniejszym okresie dołączyli do stada gnębicieli bojaźliwi obrońcy praworządności z Tygodnika Powszechnego.

Pisze zatem poza PRL, omijając polityczny parnas bęcwałów w walonkach, drukuje u Giedroycia, w zaciszu paryskiej kultury, po zaściankowej prasie, w małonakładowych, emigracyjnych gazetkach wystrzyżonych z krajowej rzeczywistości. Jest mało słyszalny, a jeszcze mniej – rozumiany. Z kim by nie gadał, wszędzie jest sam: traktowany pobłażliwie przez przyjaciół z opozycji, a przez wrogów z aparatu – jak niebezpieczny pieniacz na furiackich papierach; wszystkim obcy z powodu swojej przenikliwości, wypowiada i o jednych i drugich sądy ostre, bezwzględne, budzące namiętny sprzeciw. I nie tylko o ludziach jest złego zdania, bo i na temat państw wyraża się krytycznie: z uporem przechodzącym w manię twierdzi, że Zachód nie rozumie Wschodu i jest wobec niego nieustraszenie uległy.

Jego teksty nigdy nie są letnie, a zawsze kontrowersyjne. Przepojone polemicznym żarem, pisane z ogniem, nie odnosiły spodziewanego skutku. Choć niekiedy jest to ogień przygaszony nazbyt przedłużającym się stresem; rosnącym poczuciem klęski, bezskutecznym mówieniem do głuchych, pisaniem w kagańcu, tłumaczeniem ażurowym umysłom tej prawdy, że są zniewolone, zeżarte korozją pamięci.

Ma wrażenie daremności pisania swoich tekstów, adresowania ich do ludzi ogarniętych przez samo nakręcające się psychozy, żyjących pośród obłudy, przeinaczeń i zakłamanej historii, kreatur pogodzonych ze swoim egoizmem, wegetujących z nawyku do śniętego spokoju, zadowalających się złudzeniami, minimalną stabilizacją i kluczeniem pomiędzy świeczką, a ogarkiem. Wtedy z dzienników przebija gorycz, smutek niespełnienia. A także towarzyszy im zwiększająca się świadomość przemijania lat spędzonych na daremnym OCZEKIWANIU. Na co? Choćby na społeczne refleksje i normalne życie, swobodę wypowiedzi, brak paszportowych dylematów czy zaspokojenie głodu nieskrępowanych podróży.

Skazany na życzliwą izolację, zmęczony szarpaniną z karłowatymi ludźmi, od których zależy los jego publikacji, wieczny frustrat, sceptyk, cynik i pesymista w jednej osobie, boleśnie odczuwa zmarnowany czas. Jako niespokojny, polemiczny, zadziorny duch i moralizator z powołania, stale popada w twórcze wahania: męczą go rozterki co do wartości swoich dzieł. Broni się przed krasomówczym hamletyzmem i jałowym pustosłowiem, a dostrzegając śmieszność swojej sytuacji, jest wobec niej – ironiczny; kpinkuje z siebie, bo ma uczucie, iż jest jak skryba bez pióra, inkaustu i kałamarza, muzyk bez słuchu i weny, krótko mówiąc: gaduła ukarany milczeniem.

Ratuje się ucieczką w zjadliwy chichot ze wszystkich, którzy wrobili go w ten pasztet. Chroni za parawanem szyderstwa. Opędza przed napadami wściekłości, ponieważ dostrzega absurd pisania do szuflady i chodzenia na kompromisy, groteskę komponowania pod pseudonimem, jałowość poruszania tematów zabronionych, zawartości z góry i od początku do końca lądujących w koszu na prawdę.

Dziennik jest niewyczerpaną kopalnią wiedzy o postaciach, z którymi się spotyka. O ludziach reprezentujących różne dziedziny kultury. Muzykę, prozę, poezję, filozofię, publicystykę. Mówi w nim o znanych i nieznanych wydarzeniach przytaczając fakty z przemijającej epoki. Starczy wymienić kilku: Bacewicz, Penderecki, Lutosławski, Miłosz, Kołakowski, Słonimski, Iwaszkiewicz, Putrament, Gombrowicz, Bartoszewski, Gołubiew, Eile.

Jak umie, tak pisze, a że umie doskonale, to pisze z werwą, przekornie i błyskotliwie, z miażdżącą inteligencją, nie patyczkując się doborem słów, nie stroniąc od kolokwializmów, cytatów i przysłów, unikając ekwilibrystyki znaczeń; prosto z mostu. Dzienniki powstają w ukryciu, w zeszytach, z myślą o późniejszej książce, o druku w sprzyjających warunkach. I myśl ta jest motorem, siłą napędową tworzenia zapisu. Jest też jedyną sposobnością pozostawienia po sobie świadectwa pełniejszego niż doraźna, mocno ocenzurowana bazgranina w reżimowych gazetach, gdzie musi się powściągać, ważyć słowa, mówić szyfrem. Nie dlatego, by kogoś nie urazić, ale dlatego, by nie zamknąć sobie drogi do dalszych wypowiedzi.

Natomiast w dziennikach nazywanych przez niego żółciowymi, pozwala sobie na swobodę ciętych sformułowań, puszcza się na hazard politycznych spekulacji, intymność zwierzeń i nieskrępowane osądy. Częstokroć brutalne, niezasłużone, szczere do przesady, sprawiające przykrość ludziom, z którymi ma do czynienia na co dzień. Nie oszczędza w nich nawet przyjaciół i, pomimo przykrych doświadczeń, wciąż nie potrafi powstrzymać się przed wyrażaniem swojego zdania. Wynikają z niecierpliwości, rozczarowań i rozgoryczeń. Są więc dla niego zastępczą formą istnienia, ucieczką przed postępującymi, fizycznymi degradacjami wieku, odtrutką na prowadzone, podwójne życie z cenzurą, artystyczną rekompensatą za osobiste niepowodzenia i zachodzące w nim, biologiczne procesy. W nich jest oswobodzony od tombakowych i zezowatych myśli.

A jednocześnie te niesprawiedliwe opinie o przyjaciołach zdają się sprawiać mu radość, bo jako waleczna istota lubi się przekomarzać. Lubi czytać ich rozjuszone repliki. Na przykład zaczepiony przez niego Tyrmand odpowiada zgryźliwym opisem jego postaci i charakteryzuje go jako zapijaczonego niechluja z fryzjerskim wąsikiem. Na co dokumentnie uszczęśliwiony Kisiel wyraża się o nim z wielką czułością. Z czego płynie wniosek, że kruk krukowi nie nasobaczy pod ogon.

Na kartach dzienników porusza temat własnej jesieni życia. Powraca do tego wątku bardzo często, wręcz natrętnie, co jest w miarę zabawne, zważywszy, że o swojej rychłej śmierci i starczej demencji mówi w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat, a czeka go jeszcze dwadzieścia wiosenek z dużym hakiem. Ma też częste chwile zwątpienia: odmawia talentu własnej muzyce i powieściom, uważając je za przeciętne. Narzeka z tego powodu i złorzeczy, że zamiast poświęcić się zdolnościom publicystycznym, trwoni energię na przygody z pitoleniem. Lecz wbrew temu, jak nisko ceni swoją beletrystykę, dzieła jego przetrwają modne normy cudacznego stylu i szybko wrócą do łask.

Marek Jastrząb

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com