Po Amsterdamie najlepiej jeździć rowerem, a po Holandii pociągiem. Nie tylko dlatego, że – jak w każdym dużym mieście – jest problem z parkowaniem, ale wielość kanałów po prostu sprawia, że jazda samochodem jest w sposób naturalny utrudniona.
A kraj jest na tyle mały, że najdłuższe przejazdy nie przekraczają kilku godzin, a do miast w okolicach Amsterdamu dociera się dosłownie od kilkunastu do godziny. Tak właśnie po niespełna półgodziny znaleźliśmy się w Utrechcie.
No cóż – jako historyk pamiętałem przede wszystkim o zawartej w 1579 roku Unii Utrechckiej, która ograniczyła wpływy katolickiej Hiszpanii w Niderlandach w XVI wieku i ostatecznie doprowadziła je do podziału na protestancką Holandię i katolicką Belgię (choć nie do końca, bo jako mniejszość katolicy żyli w tym pierwszym kraju, a protestanci w tym drugim). Pamiętałem też, że wcześniej, bo w 1459 roku w Utrechcie urodził się Adriaan Florenszoon Boeyens, późniejszy papież Hadrian VI. W tym mieście biskupi starokatoliccy (no więc tych katolików musiało być sporo!) ogłosili „Deklarację Utrechcką”, w wyniku której powstała Unia Utrechcka Kościołów Starokatolickich. Należy do niej i Polski Kościół Starokatolicki i powstali w Polsce Mariawici.
Przypominam, że chodziło przede wszystkim o sprzeciw wobec kontrowersyjnego dogmatu nieomylności papieskiej ogłoszony na Soborze Watykańskim I w 1870 roku. Tak więc historycznie sporo się w tym mieście działo, jednak dla nas najważniejsze było miasto, jego ludzie i zabytki.
Niewątpliwie do całościowego wrażenia przyczyniła się nadzwyczaj słoneczny dzień (to nie jest oczywiste w Holandii), wielokolorowe kwiaty (to stały element pejzażu Holandii) i niezwykłe wprost nagromadzenie stylów architektonicznych. Poczynając od romańskiej krypty (wskazał nam ją kustosz zachęcając do obejrzenia przykościelnego ogrodu z drzewami figowymi) na najstarszym gotyckim kościele św. Piotra (protestanckim), gotyckiej katedry św. Marcina z olbrzymią dzwonnicą i kadłubem głównej nawy (duża część zawaliła się w czasie potężnej burzy w XIX wieku i nie została odbudowana.
Jako miłośnikom psów szczególne wrażenie zrobiła na nas kaplica dla psów (żona zrobiła zdjęcie; by nie było, że zmyślam, załączam). Przy okazji warto przypomnieć, że w malarstwie niderlandzkim XVI, XVI i XVII psy na obrazach przedstawiających wnętrza kościołów psy są stałym elementem, co oznacza, że nikomu nie przychodziło do głowy, by wzbraniać im wstępów do tych przybytków nie tylko modlitwy, ale i intensywnego życia towarzyskiego.
Szczególne wrażenie robi muzeum sztuki sakralnej w byłym klasztorze karmelitańskim św. Katarzyny (te muzea przyprawiają o ból głowy polskich fundamentalistów religijnych całkiem niesłusznie zresztą, bo gdzie jak gdzie, ale właśnie w muzeum człowieka ogarnia poczucie transcendentnego wręcz poczucia piękna), tuż obok gotyckiego kościoła pod tym samym wezwaniem kardynała Utrechtu (i kościołowi i kardynałowi poświęcę więcej uwagi niżej).
Właśnie w muzeum doświadczyliśmy niezwykłej serdeczności od jednego z pracowników, który zapytany o obraz Rembrandta powiedział, że jest przeniesiony do innej wystawy, która będzie otwarta za kilka godzin, ale jeśli chcemy go zobaczyć, to chętnie nam pokaże. Nie tylko pokazał, jak się okazało jeden z najwcześniejszych obrazów amsterdamskiego mistrza, ale objaśnił całą wystawę, którą zobaczyliśmy przed notablami Utrechtu.
I na koniec dwa kościoły. Jeden urokliwy neogotycki katolicki kościół z niezwykle barwnymi freskami przypominającymi krakowskie z kościołów Mariackiego i franciszkańskiej bazyliki i protestancki kościół gotycki tuż przy kampusie uniwersyteckim. Na koniec skorzystaliśmy z turystycznej atrakcji czyli godzinnej przejażdżki kanałami by tuż przed powrotem do Amsterdamu raczyć się wybornym tutejszym piwem i miejscowymi frytkami z kurczakiem. No i pozostały anegdoty o miejscowym kardynale, których nie mogę oszczędzić Czytelnikom SO.
Nasz przewodnik, wspomniany w pierwszym odcinku holenderskich impresji jezuita Paul Begheyn, na moją uwagę, że wasz kardynał jest konserwatystą, odpowiedział krótko, „He is not conservatist (it will be not so bad), he is simply stupid”. Rozmawialiśmy po angielsku, więc pozwoliłem sobie przywołać oryginalną frazę. Na takie dictum nie pozostało mi nic innego jak zamilczeć, no bo co tu komentować. A że tak jest w istocie można się przekonać dość łatwo przypominając główne „osiągnięcia” hierarchy przypominającego jako żywo jednego z polskich biskupów, który szczęśliwie przeszedł na emeryturę, choć niestety nie przestał się medialnie udzielać.
No więc pierwsze podobieństwo z abpem Henrykiem Hoserem (ur. 1942) jest takie, że obaj są lekarzami i ekspertami od spraw bioetyki. Choć kardynał Willem Jacobus (Wim) Eijk (ur. 1953) jest młodszy, to biskupem został wcześniej (w 1999, Hoser w 2005), jednak w biskupstwie odznaczyli się równie wybitnie. Hoser nieprzejednanym stosunkiem do ks. Wojciecha Lemańskiego, a Eijk zaraz po objęciu biskupiego stanowiska ograniczył rolę świeckich, co w kontekście holenderskim graniczy z duszpasterskim samobójstwem.
A potem podobieństwa są już całkowite – obsesja na punkcie gender, niechęć do papieża Franciszka i jawne głoszenie poglądów sprzecznych z wytycznymi obecnego papieża, choćby w sprawie implementacji wskazań Amoris laetitia, przy czym Eijk posunął się wręcz do porównania Franciszka do apokaliptycznego antychrysta. Niestety i ze szkodą dla Utrechtu trzeba dodać, że ich bojowy kardynał jest człowiekiem młodym i na emeryturę się raczej nie wybiera.
Co ciekawe, gdy Franciszek zaraz po wyborze wyraził chęć odwiedzenia Amsterdamu (miasto które szerokim łukiem omijał uwielbiający podróże Jan Paweł II), kardynał Eijk zdecydowanie tę podróż papieżowi odradzał. Jak pisali wtajemniczeni w sekrety umysły kardynała z Utrechtu powodem była obawa, że Franciszek nie zostanie przyjęty z wystarczającym entuzjazmem. Dziś powiedziałbym, że wręcz przeciwnie.
Jednak szczególnie rozbawiło mnie doniesienie jednego z fundamentalistycznych periodyków polskich, które z troską donosiło, co następuje:
„Rada Parafialna chce zamknąć katedrę w Utrechcie! To siedziba konserwatywnego kardynała Eijka. Rada parafii Świętego Zbawiciela w holenderskim Utrechcie planuje zamknięcie katedry św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Świątynia – jeśli Watykan wyrazi zgodę – zostanie zdesakralizowana i przekazana muzeum. Wśród powodów decyzji wymienia się kwestie finansowe. W sieci można jednak spotkać opinie łączące pomysł zamknięcia katedry z faktem, że jest ona siedzibą kardynała Willema Eijka. Z oświadczenia Rady Parafialnej z 27 maja wynika, że powodem decyzji jest finansowy deficyt wspólnoty katolickiej w Utrechcie. Dlatego też zdecydowano się na zamknięcie jednego z trzech kościołów. Padło akurat na… katedrę-siedzibę kard. Eijka. Rada chce, by nową siedzibą metropolity został kościół św. Augustyna –mniejszy, tańszy w utrzymaniu i – zdanie autorów pomysłu – we wszystkim lepszy od kościoła św. Katarzyny. Propozycja ma jednak krytyków. Ich zdaniem mniejsza świątynia nie sprawdzi się jako siedziba ordynariusza”.
Polski komentator z troska dodaje: „Arcybiskupem holenderskiego Utrechtu jest prymas Holandii kardynał Willem Jaobus Eijk. Jego katolickie spojrzenie na rzeczywistość – szczególnie na kwestie moralne, bioetyczne i teologiczne – nie odpowiada części członków Kościoła. Niedawno hierarcha skrytykował niemiecki pomysł udzielania Najświętszego Sakramentu protestanckim współmałżonkom katolików. Jest również przeciwnikiem niekatolickich interpretacji Amoris laetitia, w myśl których rozwodnicy żyjący w cudzołożnych związkach mogliby przystępować do Stołu Pańskiego. Ponadto uznaje liberalnych teologów za winnych zapaści katolicyzmu w Królestwie Niderlandów. Kardynał swego czasu „podpadł” holenderskiej minister zdrowia, gdyż sprzeciwiał się tworzeniu ludzkich embrionów w celu dokonywania na nich testów „medycznych”.
Korzystając z okazji zapytałem miejscowych czy tak jest w istocie, dodając, że jestem z Polski, i że w polskich katolickich mediach wyczytałem tę wiadomość. Szczerze się zdumieli, choć wyrazili zainteresowanie takim pomysłem. Jednak w chwili obecnej nie widzą konieczności wcielania jej w życie.
Widać gorliwość polskich katolików sięga aż do Utrechtu i uprzedza ich własne troski. Następnym razem będzie o Haarlem, ale już bez polskich akcentów.
Stanisław Obirek

Prosimy o jeszcze…
Jest się czym zachwycać… fakt bezsporny…
Zwyczajni rentierzy..
>Do czasów powojennych Holandia zachowała pozycję trzeciego co do wielkości mocarstwa kolonialnego, panując nad rozległymi obszarami Holenderskich Indii Wschodnich, licznymi archipelagami Indii Zachodnich oraz Gujaną. Pozostałością dawnego imperium są współcześnie dwa holenderskie terytoria zamorskie posiadające autonomię wewnętrzną: Antyle Holenderskie i ArubaDobrobyt zastąpił tam Boga. Smutna historia Holandii, która kiedyś słynęła z wiary w Chrystusa.
Wielu katolików miało tylko społeczną więź z Kościołem, zamiast osobistej relacji z Chrystusem i przestało dostrzegać związek między wiarą w Niego i codziennym życiem – tak o przyczynach sekularyzacji w Holandii,
która zaczęła się jeszcze przed II wojną światową mówi w rozmowie z KAI kard. Willem Eijk, przewodniczący Holenderskiej Konferencji Biskupiej.<
W Polityce…..
https://wpolityce.pl/kosciol/270911-dobrobyt-zastapil-tam-boga-smutna-historia-holandii-ktora-kiedys-slynela-z-wiary-w-chrystusa
zapomniałem linka… przepraszam..
No właśnie, zupełnie przypadkowo przywołałem innych narzekających, którzy strzegą wiary w Utrechcie:-)
A tak na poważnie to niezwykle interesujące jak lękliwy sposób postrzegania rzeczywistości zdominował nie tylko polski katolicyzm. Właśnie zastanawiam się czy nie napisać czegoś większego (np artykuł do poczytnego tygodnika) o fundamentalizmie jako drodze donikąd. Ten wątek już się pojawił w maju gdy pisałem w SO o targach książki katolickiej. Chyba warto…
Dla każdego biskupa kurczenie się obszaru ongiś nieograniczonej władzy jest niezmiernie smutną historią. Przyjemniej byłoby być Księciem Kościoła niż sługą wyznawców Chrystusa…
I to są właśnie źródła lęków dla hierarchów, ale czego boi się wataha Oków, Guzów, Terlikowskich, Lisickich et consortes? Oni nic nie tracą tylko się nieustannie lękają o innych…
I to są właśnie źródła lęków dla hierarchów, ale czego boi się wataha Oków, Guzów, Terlikowskich, Lisickich et consortes? Oni nic nie tracą tylko się nieustannie lękają o innych…
coś mi się komputer zaciął i wysłał dwa razy to samo, przepraszam choć naturalnie nadal się zastanawiam nad źródłami mowy nienawiści w „miłosnych dyskursach” religijnych fundamentalistów.
Może i tam nie brakuje nawiedzonych, ale dyskrecja, w kwestiach religijnych, jest tym czego polscy wierni winni się uczyć.