Notatki z podróży

 

2018-07-15.

Diabeł mnie podkusił, żeby pojechać do Krakowa…

Wysiadam z autobusu na jednym z osiedli, a tu z ogromnego banera – z uśmiechem dobrotliwie pobłażliwym – patrzy na mnie prof. Ryszard Legutko, wiceszef polskiej grupy EKR, czyli Europejskich Konserwatystów Reformatorów. W skrócie nazwy ugrupowania zabrakło spójnika ‘i’, a więc nie są to zwykli konserwatyści, którzy coś zachowują, lecz konserwatyści-reformatorzy, czyli rewolucjoniści.

Plakaty z profesorem – małe, średnie i duże – atakują zewsząd; z wielopiętrowych bloków, kamienic czynszowych, a nawet zza winkla (na ul. Mogilskiej). Patrzący z nich filozof ogłasza, że przyszła pora reformować Unię. Wprawdzie ma za sobą dwie kadencje robienia w niej porządku, ale na razie pokazywał opozycji, jak się ‘donosi na Polskę’ (za ‘sfałszowane wybory’) i organizował ‘wysłuchania’ (w sprawie smoleńskiej, braku wolności mediów). Pogroził też palcem paru możnym tego świata, a kiedy nie w smak były mu argumenty przeciwników, wychodził – jak przystało na dżentelmena – z ręką w kieszeni. Wprawdzie wybory do europarlamentu za kilka miesięcy, ale Kraków już dzisiaj powinien wiedzieć, na kogo ma głosować i, że profesor nie odpuści, zanim nie przerobi Unii na nasze kopyto. Przez dwa dni pobytu w mieście naliczyłem 50 banerów z profesorem-europosłem (lub na odwrót), ale znajomi mówią, że jest ich wielokrotnie więcej.

*

Aby nie dać się zwariować jego spojrzeniu, tym razem uległem podszeptom anioła i wybrałem się do Wiednia. Jedzie się tam z Katowic przez Czechy, czyli Morawy i z okien pociągu można wiele zobaczyć. Najpierw, że pola nie leżą odłogiem, tylko są obsiane rozmaitym zbożem tudzież kukurydzą (też zboże!). Ludzie podróżują wyłącznie koleją i rowerami. Na stacjach i stacyjkach spory ruch pociągów, w tym wyprodukowanych przez polską pesę. Dworce są otwarte, kasy biletowe czynne; wszędzie działają tzw. rampy, na których do wagonów towarowych przeładowuje się drewno, dowożone wprost z lasów. Nikomu nie przychodzi tu do głowy, aby 40-tonowym ciągnikiem wjechać na drogę szybkiego ruchu lub autostradę i ją rozjeżdżać. W Czechach większość towarów wozi się koleją!

Ponieważ pociąg do Wiednia jedzie szybko (szybciej niż na niektórych fragmentach naszej CMK), nie mogłem się zorientować, czemu służą wielopiętrowe, przeszklone i zadaszone budowle w kształcie sześcio- albo ośmiokątów, stojące przy dworcach? Przyjrzałem im się dopiero jak pociąg stanął – otóż są to parkingi dla rowerów, z wewnętrzną windą! Czesi, naród praktyczny, mając jedną z najlepszych (w tej części Europy) fabryk samochodów, jeżdżą koleją i rowerami, które zostawiają w tych parkingach. Pytam młodej Czeszki, czy ma samochód? Po co? Nie potrzebuje; wystarczy jej rower – jest tańszy i zdrowszy.

*

Nie wiadomo kiedy przekroczyliśmy granicę z czesko-austriacką; w Austrii porządek na polach jest większy niż w Czechach; królują uprawy słonecznika. Po raz pierwszy widziałem je w takiej ilości oraz jak o różnych porach dnia wędrują za słońcem. Zrozumiałem zachwyt Van Goga kwiatem tej rośliny… Północna Austria to teren równinny i suchy, ale nikt tu się nie martwi o zbiory (jak w Polsce), ponieważ woda – zapewne ze studni głębinowych – zrasza wielkie połacie upraw. U nas, choć susza z roku na rok dotyka coraz większe obszary, państwo ma pieniądze na odwierty geotermalne w okolicach Torunia. Rolnik może, co najwyżej starać się o odszkodowanie lub upust z podatku gruntowego…

*

Wiedeń jest czysty i pięknie odnowiony za unijne pieniądze. Wiedeńczycy mówią, że ich władza zachowuje się nieprzyzwoicie, ponieważ Austria, największy beneficjent unijnych funduszy, teraz odwraca się od Unii, wchodząc alians z rządami populistów z Czech, Słowacji, Węgier i oczywiście Polski…

Miasto przypomina Kraków, wszak zostało przez nas ocalone przed Turkami, a poza tym cesarz Franciszek Józef I podobno bywał w Krakowie; stąd podobieństwo architektury i ulic – także z nazw, tyle że po niemiecku… Można tu zjeść ‘sznycel wiedeński’, który jest naszym kotletem schabowym i sztukę mięsa w sosie chrzanowym z jabłkami. Obsługa w hotelach i restauracjach słowiańska, azjatycka i afrykańska, ale nikogo nie biją z powodu koloru skóry czy niezrozumiałego języka. Hotel, gdzie mieszkałem, miał załogę z Iranu, czyli Persji. Wobec mnie – białego zachowywała się grzecznie, ale bez strachu i służalstwa. Na każdym kroku słyszy się język rosyjski i wszyscy – także kolorowi – na gwałt uczą się rosyjskiego. Austria była jedynym krajem wyzwolonym przez Armię Czerwoną, z której Rosjanie się wycofali. Gdyby chcieli wrócić, lepiej się z nimi dogadać, a nie rzucać przeciw nim ‘leśne wojsko’. Na budynkach nie ma bannerów – z wizerunkiem ich młodego prezydenta, czy profesorów-europosłów. Jest więc miło i przytulnie, jak u „babki-Austrii”.

*

Wiedeń ma nowy Dworzec Główny (Hauptbanhoff), który jest przestronny, czysty i wygodny – przypomina skrzyżowanie dworca z galerią, zupełnie jak w Krakowie (znowu nas podpatrzyli). Wybudowano go z perspektywą, że będzie służył przynajmniej pół wieku i nie zatka się z byle powodu. Odchodzą stąd pociągi do wszystkich metropolii dawnego cesarstwa Habsburgów, z Krakowem włącznie; ruch jest ogromny, ale nie uciążliwy. Co chwilę przyjeżdżają pociągi z całej Europy – czyste, schludne, kolorowe; podobnie jak ich lokomotywy. Na tle tej palety barw zwracają uwagę monotonią i szarością polskie składy firmy Intercity. Smutek, który jest cechą charakterystyczną ofiar historii, poznać wszędzie nawet po kolorze wagonów i lokomotyw.

*

Wracam więc z Wiednia szarym pociągiem, którym w sobotę podróżuje mnóstwo młodych rodaków pracujących w stolicy Austrii. Nie są zainteresowani rozmową ze współpasażerem, ponieważ pochłania ich komputer. Do rozmowy skłonna jest Polka, która wsiadła w Zebrzydowicach. Jedzie do Warszawy; wspomina dzieciństwo i młodość, kiedy w tej części Śląska było mnóstwo połączeń kolejowych – teraz nieczynnych albo rozebranych (w Zebrzydowicach rdzewieje konstrukcja służąca Straży Granicznej i celnikom). Pani zapewne ma do czynienia z oświatą; ubolewa nad reformą szkolną, która spowoduje, że młode pokolenia otrzyma edukację ze skansenu, nijak nie przystającą do pędzącego naprzód świata. Opowiada też, jak z ‘symbolem nienawiści’, czyli z białą różą uczestniczyła w miesięcznicach smoleńskich, i o zatrzymaniach dokonywanych ‘po uważaniu’, albo na ‘chybił trafił’. Żałuję, że muszę wysiąść w Katowicach, pani jedzie dalej…

*

Po powrocie do Krakowa znowu patrzy na mnie profesor L., którego jeden z felietonistów porównał do prof. Filutka z dawnego „Przekroju”. I tu muszę zaprotestować; tamten maleńki uczony miał wytworne maniery, był dowcipny i nie miał zamiaru niczego reformować.

J S

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Obirek 2018-07-15
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com