Andrzej Markowski-Wedelstett: Z ziemi angielskiej…19 min czytania

()

 

 

 

 

2018-08-04.

…do polskiej

Dopiero na tle mądrości społeczeństwa jakże jaskrawo ukazuje się głupota jego władz –
czego rezultatem jest zawsze krzywda suwerena.

I znowu mamy sierpień. Już siedemdziesiąty czwarty po tamtym. Jak zwykle o tej porze roku i wtedy w parkach, na elewacjach wielu stołecznych budynków, dawniej rządowych i administracyjnych, zajętych przez władze okupacyjne, a zwłaszcza na ścianach podwarszawskich osiedli niskiej zabudowy, gorzały potęgującą się purpurą przebarwiające się z zieleni dzikie winorośla i bluszcze. Jaskrawy ten kolor wzmacniała tego miesiąca, tamtego roku, czerwień krwi, płynącej po ulicach i na barykadach stolicy, umęczonych czteroletnią okupacją hitlerowską i mordowanych jej mieszkańców. Letnie słońce upalnego lata w przerażeniu umykało za rozpościerające się zasłony gęstych dymów z setek podpalanych i bombardowanych domów. Rozsądek, ale i możliwość istnienia wszelkiego stworzenia był niweczony przez zgiełk krzyżujących się strzałów, krzyków zabijanych, wybuchów i walących się kamienic.

Kolejny i nie ostatni raz, niestety, suweren narodu nad Wisłą dał się podejść swoim przywódcom. Zwiedzeni manipulacjami politycznych zaledwie graczy wycierających sobie gęby wzniosłymi hasłami, nabrzmiałymi banalnymi treściami, wzajemnie przeciw sobie intrygujących, nieźle egzystujących w Londynie w bezpiecznej odległości od krajowego piekła po przeprowadzce przez Zaleszczyki, podnieśli warszawiacy gołe właściwie pięści przeciw wprawdzie z już przetrąconym kręgosłupem, ale jeszcze uzbrojonemu po zęby i licznemu w stolicy Polski garnizonowi znienawidzonego wroga. Rozpoczęli na barykadach krwawą kolektę, za profity której później, przez lata całe fetuje się owych wodzów zamiast ich potępić i przykryć hańbiącą niepamięcią za bezmyślność i za zbrodnię na mieście i jego bezbronnej ludności. Mało było minionej, propagandowo wzniecanej na ich cześć chwały, ciągle kolejne władze Polski, z prawa i lewa, retuszując własne nieudacznictwo i oszukaństwa nie tylko gloryfikują tamtych nieudaczników. Także ich dzieci, choć jak jabłka od gnijącej jabłoni spadłe nam do ojczyzny, niezbyt hojnie genetycznie, więc przez naturę wywianowane rozsądkiem i honorem – twierdząc delikatnie – również Rzeczpospolita Prawa i Sprawiedliwości (sic!) nagradza zaszczytami i apanażami, nawet – mimo ich kompletnego braku przydatności i zdolności do wykonywania powierzonych zadań…

W Londynie wiedziano doskonale, z opracowań przygotowawczych czynionych w kraju, że powstanie w Warszawie, w tamtym czasie, poza zagładą miasta nie może przynieść wolności. I ja mam taką wiedzę, z „pierwszej ręki”, od członka delegatury, czyniącego w zakresie swojej specjalności planowanie logistycznych możliwości zbrojnej walki. Nie mogło być skutecznego wsparcia ze strony aliantów (z zachodu i wschodu), nie było broni… A mimo to padł rozkaz: walczyć. Jedynym orężem, jakim mogli polscy londyńczycy wesprzeć powstańców, były modlitwa i wiara we względną w skutkach, słynną polską fanfanoradę… „Broń zdobędziecie na wrogu!” – szła zachęta z Londynu.

To, że Powstanie Warszawskie trwało aż dwa miesiące, zdarzyło się tylko za sposobnością bohaterskiej postawy i słynącej specjalności suwerena. Polak potrafi! Oczywiście hojną zdolnością i umiejętnością suwerena zawartą w tym haśle są słabo obdarzani jego kolejni wodzowie. Oni, w zdecydowanej większości, kierując się najczęściej politycznym oportunizmem, hipokryzją, walką o władzę, fałszem i pospolitym, niskim chciejstwem odrzucają rozumienie znaczenia kunsztu umiejętności przewidywania i uczciwego z niego, możliwego w danych okolicznościach korzystania. Bóg, honor, ojczyzna! A gdzie człowiek?

Warto więc przypomnieć jedną z wielu historii okupacyjnej Warszawy, kiedy to pozostawieni samym sobie zwykli Warszawiacy zostali zmuszeni do przejmowania narodowych, ale przede wszystkim swoich spraw we własne ręce.

W chwili wybuchu wojny Józef Kapler, rocznik 1914, mieszkał w Piastowie. Pracował wtedy w zakładach metalowych Jarnuszkiewicza, na Grzybowskiej 26, produkujących urządzenia i elementy wyposażenia szpitali i gabinetów zabiegowych. Był mistrzem narzędziowni. Po ogłoszeniu mobilizacji zgłosił się do 15 batalionu łączności. Ten batalion był częścią 98 dywizjonu artylerii ciężkiej. Jego zadaniem było pilnowanie połączeń kabli telefonicznych.

Józef Kapler. Zdjęcie z końca lat czterdziestych XX w.

We wrześniu 1939 roku dużo się nie nawojował, ale prędko został ranny. Pociski niemieckie dopadły jego nogi i piersi. Po dwóch tygodniach leczenia wrócił do domu. Poznał Feliksa Zaborowskiego, wtedy ukrywającego się podporucznika WP. Zaborowski wciągnął pana Józefa do podziemnej roboty. Któregoś dnia, w pierwszych miesiącach 1940 roku, kolega z pracy Kaplera, Stanisław Dzienio, tokarz, dobrze go znający, odkrył przed nim konspiracyjne karty i wtajemniczył w swoją, tworzącą się dopiero działalność przeciwko okupantowi. Oczywiście stało się to po wyrażeniu zgody przez jego organizacyjnych zwierzchników. Dzienio otrzymał polecenie budowania na terenie zakładu sieci tzw. trójek. Miała to być straż ochrony polskiego potencjału przemysłowego, a jej członkowie mieli wykonywać robotę dywersyjną w stosunku do okupanta.

Józef Kapler został zaprzysiężony i przystąpił do tworzenia własnej trójki. Zaledwie po kilku dniach wejścia do tajnej organizacji wojskowej pan Józef stracił bezpośredniego dowódcę. Stanisław Dzienio poległ w jakiejś akcji zbrojnej. Automatycznie więc, dowódcą swojej trójki został pan Józef. Należy zaznaczyć, że na około ośmiuset pracowników zakładu większość była zorganizowana w trójkach, niektórzy należeli także do innych tajnych struktur wojskowych, a na pewno byli jeszcze i tacy, choć nie związani z formą trójek, którzy czynnie udzielali się w jeszcze bardziej wyspecjalizowanych komórkach dywersji, na terenie miasta lub kraju. Obowiązywała jednak konspiracja, o takich funkcjach nie rozmawiało się nawet z najbliższymi.

Pod koniec 1942 roku Feliks Zaborowski z innym, też ukrywającym się oficerem WP, kapitanem Janem Sadowskim, kawalerem orderu Virtuti Militari, jako przedstawiciele tworzącej się nowej organizacji wojskowej zaproponowali Kaplerowi wejście do tego systemu walki zbrojnej. 11 listopada został zaprzysiężony. Stał się członkiem 7 kompanii Kedywu.

I wtedy do rąk Kaplera trafiły trzy angielskie steny, automatyczne, wielostrzałowe pistolety, pochodzące z alianckich zrzutów. Kapler porównał tę znakomitą, nowiutką broń ze zgromadzonymi dotąd przez siebie, na ogół naruszonymi zębem czasu rewolwerami, pistoletami i karabinami. Jak wspomina, ten pomysł wpadł mu do głowy niemal w chwili wzięcia angielskiej broni do rąk. Obejrzał steny dokładnie, w całości i w poszczególnych ich, rozłożonych częściach. Nie miał wątpliwości. Zgłosił swoim wojskowym przełożonym, że podejmie się uruchomić produkcję absolutnie funkcjonalnych replik tej broni. W organizacji nastąpiła konsternacja i niedowierzanie. Zrazu jego propozycję skwitowano niezbyt eleganckim okrzykiem: „Czyś ty oszalał?!”

Kapler doskonale orientował się w możliwościach zakładu, w którym pracował, był również pewien własnych umiejętności i zdobytej wiedzy. Poza tym znał, dobrze skonsolidowaną organizacyjnie część załogi, grupę prawdziwych fachowców, pracującą na Grzybowskiej. Ich pomocą i zaangażowaniem mógł nie tylko poprzeć swój pomysł, ale i zrealizować związane z nim zamierzenia. Przemyślenia przedstawił dowódcom. Po ich przeanalizowaniu dali zgodę.

Pan Józef ochoczo, ale bardzo ostrożnie i w sposób dokładnie opracowany, była przecież wojna i czas największego terroru okupanta, przystąpił do wykonania zadania. Podejmował się bowiem rozwiązania tematu, jaki mógł jego samego, ale i jego rodzinę, a także wielu współpracowników i ich bliskich doprowadzić tylko do jednego końca: stryczka, gilotyny lub – w… najlepszym rozwiązaniu – kuli.

Najpierw zorganizował grupę koniecznych specjalistów w kilku zawodach. Zaprzysiągł ich i wtajemniczył w sprawę, w miarę fragmentarycznie, im mniej bowiem wiedziało się wtedy, tym mniej, w razie wpadki można było „wysypać”. Kapler był nie tylko w tej robocie koordynatorem, ale i zasadniczym realizatorem. Na podstawie oryginalnej konstrukcji angielskich stenów wykonywał rysunki techniczne i to tak, aby wyglądały jak najmniej… technicznie. Obmyślał sposoby konspirowania czynności i maskowania ubytków zasobów magazynu, który był przecież z niemiecką dokładnością ściśle reglamentowany z przeznaczeniem do zasadniczej produkcji zakładu. Był twórcą konstrukcji elementów tej broni z wykorzystywanych, istniejących w fabryce, gotowych materiałów, dostarczanych przez Niemców. Przykładem były korpusy stenów, polskich, jak zaczęto je nazywać, wykonywane z cylindrów hydraulicznych, z jakich oficjalnie produkowano podnośniki do stołów operacyjnych, albo trzony do iglic, „wykrawane” z elementów w kształcie kół o czterech zębach innych podnośników, kolejowych. W pokrewnych zakładach „Gerlacha” wykradano lufy do produkowanych tam przed wojną polskich, wielostrzałowych ręcznych pistoletów i dostarczano je panu Józefowi. Na Grzybowskiej cięto je na trzy części, steny bowiem miały krótsze lufy. Należało je także przekalibrować z 6,35 mm do średnicy 9 mm.

Po zarządzeniu, wydanym przez władze okupacyjne, nakazującym utworzenie na terenie zakładu Jarnuszkiewicza straży pożarnej, zorganizowano jej tam trzy oddziały, dyżurujące, na zmianę, po osiem godzin w ciągu każdej doby. Rozmyślnie członkami straży zostali przede wszystkim członkowie grupy pracującej przy produkcji polskiego stena. Mogli więc, tę dodatkową robotę wykonywać po zasadniczych godzinach pracy, wieczorami, a zwłaszcza nocami, w czasie których fabryka była minimalnie nadzorowana. Ale i w dzień, pod nie orientującym się okiem wielu majstrów, volksdeutschów, tajne fuchy też „szły” niezgorzej. W takiej, dziennej pracy, celował tokarz, żyjący i mieszkający jeszcze w początkach nowego stulecia w Warszawie, Henryk Łukaszewicz, ps. Edward, wykrawający z kół zębatych trzony do iglic.

Gdy udało się panu Józefowi zgromadzić gotowe, wszystkie elementy do trzech stenów, oprócz luf, postanowił sprawdzić ich działanie. Lufy nie były wykończone, ponieważ ciągle jeszcze nie było urządzenia do ich wewnętrznego gwintowania. Przestrzelenia trzech egzemplarzy dokonał pan Józef przy użyciu luf oryginalnych, zdemontowanych uprzednio z przechowywanej broni angielskiej. Pierwsze strzały polskich stenów padły w zakonspirowanym bunkrze.

Dopiero po tej, znakomicie udanej, pierwszej demonstracji nowej broni, Kapler wpadł na pomysł konstrukcji gwinciarki do luf. Również uległy pewnej modyfikacji, w stosunku do oryginalnych, niektóre detale pistoletu, dodając mu większej sprawności. W późniejszej ocenie fachowców, steny z poprawkami pana Józefa były lepsze od angielskich. Natomiast gwinciarka wzbudziła wśród wtajemniczonych nie tylko podziw dla jej twórcy, stanowiła bowiem bardzo proste i nieskomplikowane w konstrukcji i wyglądzie urządzenie, ale i, bywało, wzbudzała wesołość: nie jeden raz, ten, czy inny majster – Volksdeutsch – potykał się o nią, nie domyślając się w najmniejszej mierze, do czego może służyć… Nie chowało się jej, stała w miejscach ogólnie dostępnych.

Jak produkcja polskich stenów dobrze była zorganizowania i w jakim stopniu można było polegać na złożonej sobie w tajnej organizacji przysiędze przez towarzyszy walki świadczy brak jakiejkolwiek poważnej wpadki. Owszem, zdarzyła się, jedna, ale czy tę historię można nazwać wpadką? W czasach okupacji za tym pojęciem na ogół kryła się śmierć, a w najlepszym przypadku obóz koncentracyjny.

Ten dzień był taki, jak każdy inny, przeciętny dzień okupacyjnej szarości, zatłoczony głównie myślami o sposobach przeżycia. W zakładach Jarnuszkiewicza praca toczyła się jak zwykle ospale, w towarzystwie stuku urządzeń i sporadycznych, przytłumionych smutkiem rozmów. W późniejszych godzinach popołudniowych, w luźniejszym niż zwykle czasie pracy, pan Józef, ukrywając w kieszeniach kilka wytoczonych części do stenów, przeszedł do kuźni, gdzie zamierzał wykonać proces ich zahartowania.

– Rozpaliłem koksowe palenisko – wspominał po latach. – Po odpowiednim rozgrzaniu koksu wstrzymałem dopływ powietrza, podsycającego ogień, wyjąłem z kieszeni jeden element i wrzuciłem go w żar. Stałem i obserwowałem czerwieniejącą stal… Nagle, kątem oka, zauważyłem stojącego za mną kierownika wydziału mechanicznego, Daneckera. Był to Volksdeutsch, a na dodatek teść gestapowca, który nazywał się Braun. Gdy spostrzegł, że go dojrzałem, zawołał: „Dosyć tego! Widzę, że jakieś fuchy tu robisz! Idę do dyrektora, żeby wyrzucić cię z pracy!”. Wprawdzie odszedł, ale w wyjściu z hali zatrzymał się i zdawał się na mnie czekać. Zahartowałem tylko ten jeden element i postanowiłem wyjść z kuźni. Gdy przechodziłem obok kierownika, stanął na mojej drodze. „Oddaj mi to” – powiedział. Odpowiedziałem krótko, że nie dam. I poprzez narzędziownię i inne pomieszczenia, przejściami, wyznaczonymi przez naszą organizację jako ewakuacyjne w przypadku zagrożenia, dobiegłem do telefonu. Zadzwoniłem do swojego człowieka, Porębskiego, pracującego w administracji, z zapytaniem, czy może mnie natychmiast przyjąć dyrektor zakładu. Okazało się, że dyrektora nie było. Porębski obiecał zawiadomić mnie o jego powrocie, jak tylko się zjawi. Stojąc obok telefonu, przez prześwity między maszynami, widziałem Deneckera wchodzącego do biura dyrektora. Jego groźba nie była więc rzucona na wiatr. Po krótkiej chwili, niezadowolony wyszedł. Po jakimś czasie – opowiadał Kapler – otrzymałem od Porębskiego telefon z oczekiwaną przeze mnie wiadomością. Mijając niepostrzeżenie kantor Daneckera śpiesznie udałem się do biura dyrektora. Musiałem być u niego przed kierownikiem. Po zwięzłym przywitaniu się, od razu, niemal na wstępie powiedziałem: panie dyrektorze, w imieniu Polski melduję panu, że na terenie tego zakładu produkujemy broń. Zdumiałem się, gdy usłyszałem jego odpowiedz: „Tak, wiem” – brzmiała.

Dopiero po tym incydencie Kapler się dowiedział, że dyrektor, Gustaw Rothert, pochodzenia niemieckiego, mający za żonę Szwajcarkę, sam związany był z tajną, polską organizacją wojskową, a jego dwaj synowie walczyli przeciw Niemcom w partyzantce.

Pan Józef, po wojskowemu opowiedział o incydencie w kuźni, dowodząc, że Denecker nie mógł domyślić się, jakie było przeznaczenie hartowanego kawałka stali. Dyrektor zadecydował, po namyśle i już po ponownym zgłoszeniu się w jego biurze kierownika wydziału z donosem, przeprowadzenie oficjalnego dochodzenia, ukierunkowanego na mało ważną fuchę i ukaranie Kaplera za tę czynność karą pieniężną. Wyznaczoną kwotę należało wpłacić na dowolne cele charytatywne. Pan Józef zaniósł pieniądze do szpitala maltańskiego, gdzie leczeni byli, m. in. jeszcze polscy żołnierze września. Jak wspominał, pokwitowanie, które przedstawił, bardzo się Deneckerowi nie podobało…

Produkcja polskiego stena trwała do czasu powstania warszawskiego w 1944 roku. Ambicją konstruktora tej broni było wyprodukowanie jej w ilości 220 sztuk. 200 egzemplarzy miał otrzymać Kedyw. Pozostałą ilością chciał Kapler dozbroić swoją kompanię w Piastowie. Steny wynosili z zakładu w częściach, kolejno, członkowie grupy produkującej tę broń, stopniowo, ale niezbyt przemyślnie, może dlatego właśnie taki „transport” okazał się najbezpieczniejszy.

Polski Sten Józefa Kaplera

W chwili wybuchu powstania, w piastowskim bunkrze było już zmagazynowanych sześć sztuk kompletnych stenów, w tym trzy oryginalne, z angielskich zrzutów. W ostatniej chwili, przed godziną „W”, jeszcze panu Józefowi udało się wynieść z Grzybowskiej osiem ostatnich egzemplarzy. Te pistolety przenosił hurtem, osobiście, w sposób wprost bezczelny. W zarzuconym na plecy worku, najpierw pieszo przeniósł je do kolejki EKD, po przejeździe w odkrytym wagonie znowu pieszo, od stacji. Tak więc do jego oddziału trafiło czternaście stenów.

Dlaczego opisywana broń nazywała się „polski sten”? Przed wybuchem wojny fabryka Jarnuszkiewicza otrzymała zamówienie na kasetki pieniężne dla wojskowych płatników. Na ich wiekach wybijano godło polskie, orła oraz litery WP. W ten sposób znakowało się wojskową własność. Stemple z tymi znakami, udało się Kaplerowi ukryć. Po przystąpieniu do produkcji pistoletów maszynowych, jak znalazł… Na włazie do magazynka, po jednej jego stronie bito właśnie tego orła, litery WP i dodatkowo PM – pistolet maszynowy. Po stronie przeciwnej wybijano kolejny numer… Porucznik Zaborowski wpadł na ciekawy pomysł: ponieważ pierwszy sten był gotowy 12 grudnia 1942 roku, więc ten egzemplarz ocechowano numerem A01204201, drugi A1204202 itd…

Pod bezpośrednim nadzorem Kaplera wyprodukowanych zostało sto dziesięć pistoletów. Ponad sześćdziesiąt stenów zmontowali jego koledzy, sami, już w czasie pierwszych dni powstania. Produkcję przerwano po wyparciu powstańców przez łotewskie oddziały z terenu zakładu Jarnuszkiewicza. Wznowiono tę pracę wprawdzie na ulicy Chmielnej, w technikum kolejowym, niestety, przyrząd do gwintowania lufy pozostał na Grzybowskiej i ostatnie pistolety były już tylko replikami nieużytecznymi.

Kompletnych polskich stenów zmontowano ogółem 187 egzemplarzy.

Należy wspomnieć, że broń ta znakomicie sprawdziła się w walkach ulicznych. Jej celność skuteczna dochodziła do 500 metrów. Magazynek mieścił 32 pociski kalibru 9 mm. Amunicja pochodziła ze zrzutów alianckich, albo była zdobywana z niemieckich transportów. Przykładem było zdarzenie sprzed powstania. Syn jednego z kolegów pana Józefa, najstarszego w grupie produkującej steny, Dionizego Waleszkowskiego, brał udział w takiej akcji na ulicy Wrzeciono. Z kilkoma towarzyszami zaatakował niemiecki samochód, jak doniósł wywiad AK, przewożący amunicję. Zamachowcy trafili na skrzynie zawierające właśnie pociski 9 mm, nadające się do stenów. Młody Waleszkowski wyszedł z tej akcji z postrzałem w brzuch. Nie wiadomo, czy przeżył.

Czternaście stenów przeznaczonych dla kompanii w Piastowie nie doczekało się właściwego zastosowania w czasie powstania. Ta podwarszawska miejscowość została naszpikowana uzbrojonymi po zęby, znacznymi niemieckimi oddziałami pancernymi. Oddział Kaplera, w związku z tym, otrzymał rozkaz, aby tam nie rozpoczynać walki. Przeciwko Niemcom mogło w Piastowie stanąć około dwustu, bardzo słabo uzbrojonych powstańców. Dowództwo obawiało się przede wszystkim masakry miejscowej ludności cywilnej.

Grupa pracowników zakładu Jarnuszkiewicza, bezpośrednio zmobilizowanych do produkcji polskich stenów liczyła 26 osób. Poza Józefem Kaplerem, w tej odpowiedzialnej i bardzo niebezpiecznej działalności brali udział: dawny porucznik, dowódca 7 kompanii w Piastowie, pod koniec XX w. pułkownik w stanie spoczynku WP, Sadowski, i jego zastępca, Zaborowski. Wilk, zastępca Kaplera, razem z Gwiazdeckim spotykali w punkcie kontaktowym, na ulicy Towarowej, przedstawicieli Kedywu, tam ustalali, gdzie dostarczać kolejne egzemplarze stenów.

Wspomniany wyżej Waleszkowski, pseudonim „Tata”, ślusarz. Drożdżyński, tokarz, z podległym sobie Łukaszewiczem, najzdolniejszym z tej grupy, toczyli trzony i iglice. Pawlak był uniwersalnym frezerem i tokarzem. Augustyniak znajdował się w brygadzie Waleszkowskiego. Kędzior pracował na prasie, spod jego ręki wychodziły wszelkie potrzebne wypraski, najczęściej, na potrzeby stenów pracował nocami. Dywizjusz i Ciężkowski byli spawaczami. Kulikowski wykańczał roboty ślusarskie. Sałek był u Kaplera w warsztacie narzędziowni, wykonywał prace wykończeniowe niektórych prostszych detali.

Bracia Olczykowie byli w zakładzie magazynierami, oni wykradali potrzebny materiał na produkcję pistoletów. U nich także przechowywano gotowe egzemplarze broni, już po jej przestrzeleniu i ocechowaniu godłem i kolejnym numerem. Każdy pistolet był osobiście przestrzeliwany przez pana Józefa, już na terenie zakładu, wewnątrz pieców do wypalania farby, kryjącej elementy zasadniczej produkcji. Zamknięty w piecu Kapler oddawał strzały pojedynczo i seriami, z krótkiej odległości do drewnianego pieńka.

Porębski był łącznikiem w biurze dyrektora Rotherta. Krawczyk, majster odlewni, m. in. zmieniał średnice rur, potrzebnych do właściwego wykonania detali. Kolasa, ślusarz. Rusznikarzem był Grabiec, zginął w powstaniu. Krótko przed powstaniem dołączył do grupy Matutat. Człowiek ten mieszkał na terenie zakładu. Nie był kooptowany do organizacji. Był spokrewniony, przez żonę, z kierownikiem wydziału mechanicznego, Volksdeutschem Deneckerem. Którejś nocy naszedł Kędziorę, wykrawającego akurat na prasie obudowy spustów do stenów. Domyślił się przeznaczenia wypadających z maszyny wyprasek, ale wystraszonemu Kędziorowi zastrzegł, że jest Polakiem i nikomu o niczym, co widział, nie powie. Obecny tej nocy w zakładzie Kapler, po zgłoszeniu mu przez presera o incydencie zagroził Matutatowi i jego rodzinie śmiercią w przypadku podzielenia się, przypadkiem zdobytą wiedzą z kimkolwiek. Matutat złożył akces do współpracy z tajną organizacją. Został zaprzysiężony. Okazał się nie tylko przyzwoitym człowiekiem, ale i, niebawem, bohaterem. Zginął w pierwszych dwóch godzinach walk powstańczych. Postawa jego ostatnich chwil życia stała się wzorem dla innych. Został pośmiertnie przedstawiony do dekoracji orderem Virtuti Militari.

Zespół Józefa Kaplera. Fotografia z lat siedemdziesiątych. Siedzą, od lewej: Feliks Zaborowski, Jan Sadowski, Józef Kapler. Stoją, od lewej: Władysław Augustyniak, Mieczysław Olczyk, Mieczysław Sałek, Henryk Łukaszewicz, Stanisław Zięba–Chrzanowski.

Najgroźniejsze represje w stosunku do twórców polskiego stena rozpoczęły się dopiero po wyzwoleniu. Bunkier w Piastowie „wpadł” 22 lipca 1945 roku po rozpracowaniu oddziału AK pana Józefa przez skądinąd znanego w tamtych czasach pułkownika Różańskiego. Zakonspirowana drukarnia ciągle bowiem pracowała, tym razem wydając teksty, informujące o nadchodzącej nowej okupacji. W więzieniu znalazł się dowódca grupy, J. Sadowski. Józefa Kaplera uratował ówczesny wicepremier Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, Stanisław Mikołajczyk, wysyłając go na tzw. Ziemie Odzyskane w celu zabezpieczania, pozostawionego przez Niemców majątku, a także organizowania aprowizacji dla Warszawy. Ale choć uniknął więzienia i tak przeszedł surową, typową powojenną drogę Akowca.

Ostatnim miejscem pracy pana Józefa były zakłady im. Nowotki. Tam, z prof. Mikuckim współpracował m. in. przy oprzyrządowaniu czołgów. Zgłosił wiele wynalazków i usprawnień. Do końca długiego życia, dzięki dobremu zdrowiu, był czynnym działaczem organizacji kombatanckich.

 

Andrzej Markowski-Wedelstett

Wspomnienie na podstawie rozmowy jego autora z Józefem Kaplerem przeprowadzonej w roku 1999. Fotografie ze zbioru bohaterskiego żołnierza AK.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. Leszek 05.08.2018