
19.08.2018
Z Londynu widziane
No i oto wreszcie daliśmy światu twarde dowody na to, że Polska od zachodniej granicy ku wschodniej, od gór do morza zrekonstruowanym ale jednak folklorem stoi. Folklorem militarnym również, a ten przecie bezapelacyjnie jest i zabawnym, i groźnym jednocześnie dzieckiem folkloru politycznego.
Ten zaś, jeśli nie jest równolatkiem polityki jako dziedziny życia społecznego, to niewątpliwie jest jej bratem bliźniakiem, tym urodzonym ciut później. Mamy zatem jak na dłoni spróchniałe rozgałęzienia unerwień pokracznego tworu partyjno–państwowego balansującego na skraju osuwającej się skarpy demokracji.
Od wielu już miesięcy świat z niedowierzaniem odbiera z Polski płynące sygnały o wstecznym społeczno–politycznym upojeniu mieszkańców tego czasami dla nich trudnego do zlokalizowania na powierzchni globu kraju. A w zasadzie o amoku znikomej części jego populacji kontrolowanej i zaganianej przez dobrze dokarmianą, wytresowaną sforę prowadzoną na smyczy rękami i według widzimisię lokalnego pseudo demiurga. Oraz szamotaninie niezgadzającej się z wymuszanym kierunkiem i zasadami zdrowej części społeczeństwa, czasami rozpaczliwie protestującego, czasami oczekującego ościennej prawno–administracyjnej pomocy.
Zrazu zjawisko odbierano przez pryzmat folklorystyczny ze skłonnością do ludyzmu, by z biegiem wydarzeń, po coraz częściej pojawiających się ekscesach, nawet na arenie międzynarodowej, zarzucić tę diagnozę skłaniając się ku bardziej prawdopodobnej, tej świadczącej o istnieniu agresywnej, zrakowaciałej tkanki niszczącej organizm macierzysty.
Powiało chłodem w układach międzynarodowych. Uderzyła w lament opozycja. W kraju co niektórzy nowi prominenci sporadycznie dostawali gęsiej skórki. Inni się rozjuszali. Niemniej zaczęto przebąkiwać o potrzebie zamydlenia bystrych zagranicznych oczu wykazaniem, że to, co się dzieje, to tylko ukłon w stronę tradycji ludowych i wartości narodowych. A przy okazji połechtania konsolidującej naród patriotycznej dumy. Ktoś odkurzył starorzymski okrzyk „Chleba i igrzysk!”.
I nawet do tych najbardziej uwstecznionych dotarło, że to jest dobre, to się może udać. Że za pierwsze z żądań już z powodzeniem robi program 500+ i wszystkie pomniejsze plusoprogramy, a drugie jest – zrządzeniem losu – w zasięgu szpotawej łapy.
O folklorze politycznym, nawet w zawężeniu do jednego kraju i niedługiego odcinka czasu, można by tomy napisać. W przypadku Polski pierwszych dekad trzeciego tysiąclecia niewątpliwie sypnęłoby doktoratami i habilitacjami – temat to obszerny, wciągający, czasem niewiarygodny, bywa – zabawny. Materiały źródłowe w zasięgu ręki 24 godziny na dobę. Tak krótkim, jak ten, tekstem przytoczyć można zaledwie kilka najbardziej charakterystycznych przykładów:
- Oto ustawodawczy magiel z miernym powodzeniem pozorujący dzienną parlamentarną normalność, skupiony na nocnej masowej produkcji brudnych legislacyjnych knotów;
- Oto jeden z jego parlamentarnych prawoskrętnych automatów, ten akurat – gastronomiczny, napędzany ekologicznymi sałatkami, a produkujący niestrawne steki inwektyw i wulgaryzmów;
- Oto naczelny balon państwa o wątpliwej jakości lustrzanym odbiciu, lewitujący z byle okazji samozachwytem, z zapamiętaniem godnym lepszej sprawy szlifujący doskonałość własnego autografu i grymasów beztwarzy, w czym dawno pozostawił w tyle mistrza Jasia Fasolę;
- Oto nie-boski jurystyczny ojciec chrzestny, wspomagany watahą przybocznej gwardii szemranych rzezimieszków, uzurpujący sobie nieomylność i moc Gromowładnego, jednym strzeleniem palcami niszczący prawo a wskrzeszający bezprawie;
- Oto małpi gaj ministerstwa przegranej wojny, gdzie prawem kaduka wycina się w pień najbardziej doświadczoną kadrę dowódczą, gdzie z prawie już żyletkowej postaci reanimuje się fregaty i okręty podwodne, oraz zamalowuje kolorem khaki ubytki pancerzy archiwalnego uzbrojenia. Gdzie niedoposażona i niedoszkolona piechota pyrga terytorialnie per pedes, a lotnictwo bazuje na tysiącu niewidzialnych (an)dronów. Gdzie nazwanie funkcjonujących tam klaunów i ożywionych manekinów szwejkami byłoby potwarzą dla Jaroslava Haška i jego dobrego wojaka;
- Oto makiaweliczny, jakby człekopodobny cień o bezgranicznej władzy, felinolog behawiorysta i posiadacz trupy niespotykanych pacynek, z sadystyczną lubością poddający społeczeństwo doświadczeniom kocich igraszek ze złapaną myszą.
I mnóstwo, mnóstwo innych miejsc i sytuacji jakby stworzonych dla niezrównoważonych wyrośniętych chłopczyków i dziewczynek, traktujących ojczysty kraj jak gigantyczną piaskownicę, w której wściekłe przeciąganie liny, podstępne niszczenie cudzych osiągnięć i sypanie piachem w oczy to norma, a spory rozstrzygane bywają według zasady Kalego.
Mistrzowie lapsusów, beneficjenci nieuctwa, ambasadorzy szkół i uczelni ze wstydem przełykających fakt ich kształcenia. Wytrawni globtroterzy obarczani zbędnymi lub nie do wykonania misjami i pochłaniacze uciech w rajach turystycznych – za nie swoje, oczywiście, pieniądze. Asceci kościółkowi wyłącznie w świetle sprzyjających im kamer, poza nimi przekazujący sobie znak niepokoju.
Folklor polityczny jest reprezentatywny głównie dla politycznego planktonu chełpiącego się tym, że jest mądrzejszy od wieloryba. Lecz wcześniej czy później trafi na swego płetwala i pokierowany drogą przez fiszbiny Temidy skończy jako zbędny produkt przemian społecznych o niewdzięcznej nazwie i odrzucającym zapachu.
A wspomniane igrzyska? Te się też odbyły, a jakże.
Pogoda i nastroje tego dnia dopisały. Kilkumiliardowoletnie słońce prażyło od góry tysiącletni sznur prężących muskuły wojów, rycerzy, żołnierzy i kogo tam jeszcze, zasłużenie lub nie, dorwało to pospolite ruszenie. Pląsało utrudniającymi widzenie refleksami na wypucowanych na tę okazję detalach uzbrojenia. Lud się cieszył dodatkowo uszczęśliwiony zachwytem dzieci. Pierwsi sekretarze wszystkich szczebli promienieli nadoptymizmem, a w czerepach aż im zabulgotało na widok VIP–owskich nówek na nieboskłonie. Fachowcy zaś od wojskowości smętnie kiwali głowami.
No a szpiedzy? Tym razem nie musieli się fatygować, bowiem nad wszystkim unosiła się patriotyczna woń starzyzny i rekonstrukcji. Było jak Bozia przykazała, ta okołotoruńska: ludycznie, patriotycznie, bogobojnie. Ale kudy tym igrzyskom do tych w Moskwie, Pekinie czy Pjongjangu. Nawet na niedawnych obchodach tylko 100-lecia RAF–u było co oglądać na londyńskim niebie. Na warszawskim, kryjąc wstyd pod osłoną nocy, jedyną godną uwagi atrakcją był deszcz Perseidów.
Nie moje małpy, nie mój cyrk, można by skwitować popularnym powiedzeniem. Lecz nie, nie teraz i nie w tej sprawie. Małpy, prawdę mówiąc – nie moje, ale już cyrk – tak, jak najbardziej mój! Pomimo że istniejący jako współwłasność. I mam prawo być zdegustowany tym, co rozwydrzone małpy w nim wyprawiają. I mogę mieć ochotę tę menażerię rozpędzić na cztery wiatry, by nie być narażonym na poszturchiwanie, obrzucanie skórkami od bananów, czy moralnymi fekaliami.
Jak tego dokonać, to zupełnie inna bajka. Podpowiedź z życia wzięta: satyrycznie, raz na ludowo.
Oj da–na da–na da–na
Du da–na dę–ty
Przed Trybunałem Stanu
Pójdzie mu w pięty.
WaszeR Londyński
