05.09.2018

Z pewnym opóźnieniem odnotowuję ważną wizytę i jeszcze ważniejszy wykład w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku. Nie byłem, bo nie mogłem, ale chciałem, bo warto było. To głos Kościoła katolickiego, który jest mi bliski. A rzecz działa się 30 sierpnia tuż przed rocznicą napadu przez Niemcy na Polskę 1 września 1939 roku.
Dla przypomnienia odnotowuję za biuletynem KAI: „Solidarność – pojęcie kluczowe dla przyszłości Europy i świata” – to tytuł wykładu, który w ramach cyklu „Etyka Solidarności. Refleksja w rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych” wygłosił kard. prof. Reinhard Marx, arcybiskup Monachium i Fryzyngi, przewodniczący Konferencji Episkopatu Niemiec.
Kard. Marx to członek dziewięcioosobowej Rady Kardynałów służącej pomocą papieżowi Franciszkowi i jeden z jego najbliższych doradców. Kard. Marx jest zwolennikiem integracji europejskiej. Głośnym echem odbiła się jego książka „Kapitał. Mowa w obronie człowieka” (2009). Pełnił funkcję przewodniczącego Komisji Konferencji Biskupów Unii Europejskiej COMECE (2012–2018).
Dziennikarz „Wyborczej” relacjonował i przypomniał najciekawsze słowa niemieckiego hierarchy:
Unia Europejska to największy pokojowy projekt w historii Europy. To, że państwa Unii zrezygnowały z części swojej suwerenności na rzecz tej wspólnoty, nie było czymś niepatriotycznym. Wręcz przeciwnie, był to wyraz patriotyzmu – na rzecz pokoju i solidarności. Kościół chrześcijański nie może stać po stronie nacjonalizmu.
Dziennikarz Maciej Sandecki, nie bez racji dodawał „Jego wykładu słuchali polscy biskupi, dla części których słowa o uchodźcach czy osobach LGBT mogły być kontrowersyjne”.
A o czym był wykład? Otóż, znowu odwołuję się do dziennikarskiej relacji:
W swoim prawie półtoragodzinnym wykładzie kardynał Marx poruszył bardzo wiele wątków dotyczących współczesnych problemów Europy, świata i Kościoła. Przytaczał cytaty z Biblii, encyklik papieży Jana Pawła II i Franciszka, a także z… Karola Marksa.
Bardzo mnie to ostatnie odwołanie zaciekawiło. O ile mnie pamięć nie zwodzi, polscy biskupi nie zwykli odwoływać się do klasyka myśli ekonomicznej. Sądzę, że dla kardynała Marxa nie tylko podobieństwo nazwisk jest istotne. Nie bez powodu uchodzi za liberała i lewaka w Kościele katolickim i być może dlatego właśnie Franciszek wybrał go na bliskiego współpracownika.
Oto dalsze tematy jakie poruszył w wykładzie: potrzeba solidarności w dobie dzisiejszego zglobalizowanego kapitalizmu. Jest to ważne jego zdaniem:
Bo w tym świecie zglobalizowanego kapitalizmu obserwujemy proces desolidaryzacji – społecznej, politycznej, ekonomicznej i ekologicznej. Skutki społeczne to nierówności dochodowe. Musimy je przełamywać, bo wszyscy wzajemnie siebie potrzebujemy. Skutki polityczne to kryzys demokracji. Demokracja jest dziś w defensywie, co dla chrześcijan powinno być znakiem ostrzegawczym. Podstawą demokracji jest wolność i odpowiedzialność, a te wartości są także podstawą chrześcijańskiego świata. Demokracja to nie są tylko wybory co cztery lata, ale także etyka dialogu i nie narzucanie innym własnej religijności i stylu życia. To napięcie między wolnością i odpowiedzialnością.
Jak mi opowiedział telefonicznie Przyjaciel, szczególnie gorąco przyjęte zostały uwagi kard. Marksa o UE. Oto co miał do niej do powiedzenia niemiecki hierarcha:
Unia Europejska to największy pokojowy projekt w historii Europy i świata. – To, że państwa Unii zrezygnowały z części swojej suwerenności na rzecz wartości całej tej wspólnoty nie było czymś niepatriotycznym. Wręcz przeciwnie, był to wyraz patriotyzmu – na rzecz obrony pokoju, współpracy wspólnoty europejskiej i solidarności. Słusznie mówi papież Franciszek, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za cały świat, bo ten świat nie został dany jakiemuś jednemu narodowi, tylko wszystkim ludziom. Dlatego trzeba prowadzić politykę wspólnotową, bo nie wygra ten, kto zagarnie jak najwięcej dla siebie i otoczy się murem. Trzeba mieć zawsze na uwadze interes wszystkich ludzi. Gdzie w XXI wieku powinien być Kościół chrześcijański? Na pewno nie po stronie nacjonalizmu.
No. może wystarczy.
Chętni mogą sięgnąć do samego wykładu na stronie ECS:
Europejskie Centrum Solidarności
No Description
Niebawem będzie tam do wysłuchania sam wykład, na razie jest kilka zdjęć i informacja o wydarzeniu. Warto zobaczyć i przeczytać choćby po to, by zdać sobie sprawę, że katolicyzm nie kończy się na wzajemnych hołdach składanych sobie przez polskich polityków i polski kler. Jak się okazuje, tym razem dobre rzeczy przychodzą z Niemiec, a dokładniej ze stolicy Bawarii – Monachium, gdzie rządy sprawuje kardynał Marx. Nomen omen.
PS.
Okazało się, że to tylko mój komputer blokował dostępny nie tylko wykład kardynała, ale i całe sprawozdanie z tego ciekawego wydarzenia trwającego ponad dwie godziny. Po wysłuchaniu wszystkich wystąpień postanowiłem jednak dodać kilka zdań bo poczucie straty jest mniej dojmujące. Poczułem się niemal tak jakbym tam był. No więc kilka słów zachęty. Najpierw powitania wygłoszone przez dyrektora ECS Basila Kerskiego, potem ciekawe wystąpienie abp Leszka Sławoja Głódzia. Zderzenie stylu i treści dwóch hierarchów jest wprost dojmujące. Głódź nigdy nie był bohaterem mojej bajki, ale w tym zestawieniu z Marxem wyszedł nie tylko blado, ale wprost groteskowo. To też tłumaczy dlaczego polski i niemiecki katolicyzm jest dzisiaj tak różny. Ale konkretne wnioski może przecież wyciągnąć każdy.
I ostatnie zdanie. Gospodarzem był metropolita gdański, ale to jednak gość z Niemiec zdaje się zrozumiał na czym polega dziedzictwo solidarności. Głódź żyje wspomnieniami, Marx stara się zmieniać rzeczywistość. To zresztą jak najlepsza tradycja marksistowska.
A może jeszcze jeden dodatek. Marx mówił bardzo wiele o doświadczeniu polskiego sierpnia 1980 roku i roli jaką w nim odegrał Kościół. Jego zdaniem Kościół potrafił być znakiem nadziei. Myślę, że to bardzo ważne. Zastanawia mnie – dlaczego świadkowie, aktorzy tamtych wydarzeń, są tak dyskretni w ocenie roli kościoła katolickiego, w tym konkretnych ludzi, biskupów, księży? Przecież w Gdańsku był wtedy ks. Henryk Jankowski (dziś kościół św. Brygidy otoczony na zewnątrz i wewnątrz jego pomnikami), ksiądz i od 1982 biskupp Tadeusz Gocłowski. Jaka była ich rola? Ta faktyczna, a nie plotkarsko-towarzyska (to o Jankowskim). Zwłaszcza po 1984, gdy Gocłowski został metropolitą. Pytam – bo zastanawiam się: czy gdyby w 2008 jego następcą został ktoś inny niż abp Leszek Sławoj Głódź – być może relacje między politykami a Kościołem w Gdańsku w ostatnich 10 latach wyglądałyby inaczej? Nie mówiąc już o serii odejść z kapłaństwa księży, którzy nie mogli się pogodzić z feudalnymi i wysoce moralnie dwuznacznymi stosunkami panującymi obecnie w diecezji Głódzia.
Myślę sobie, że muszę przeczytać wspomnianą na początku książkę kardynała Marxa „Kapitał. Mowa w obronie człowieka” wydaną po polsku w 2009 roku; bo, jak mi się wydaje, będzie dobrym dopełnieniem wykładu.

Cyt. “(…) w dobie dzisiejszego zglobalizowanego kapitalizmu.”
.
Tak to zazwyczaj ujmujemy, lekko się dystansując. Globalizm jednak dawno przekroczył sferę kapitału w tradycyjnym tego pojęcia rozumieniu. Dziś nie ma żadnego samodzielnego zawodu, nie mówiąc o jakimkolwiek aspekcie nauki, które by nie miał GLOBALNYCH aspiracji. Lokalność się zupełnie nie liczy. Lokalność to tylko prowincjonalność, która może jedynie mieć wartość sentymentalną.
.
Głos kardynała Marxa nie współbrzmi z głosem polskiego “kościoła”.
Czy ten głos jest reprezentatywny dla niemieckiego Kościoła?
Tego akurat nie wiem.
Czy jego głos może mieć jakikolwiek wpływ na polski fundamentalizm?
Według moich ocen: NIE.
Czy jest mi bliski?
Odpowiem pytaniem na pytanie: a jakie to ma znaczenie?
Możemy się pięknie różnić. Dla mnie katolicyzm nie ma związku z Polską i polską religijnością, która jest formą egzotycznej i chwilowej kombinacji kiepskiej teologii i równie fatalnej polityki. Powtarzam głos kardynała Marxa to głos Kościoła katolickiego, który jest mi bliski, podobnie jak mi jest bliski papież Franciszek. I zapewne to nie przypadek, że z europejskich hierarchów właśnie Marxa Franciszek wybrał. Polscy hierarchowie to kwintesencja miernych, ale wiernych karierowiczów. Nawet jeśli jednostki zachowały resztki godności i niezależności myślenia to trudno tu o jakieś punkty odniesienia. Ten katolicyzm jest mi zupełnie obcy. Pewnie dlatego z zainteresowaniem witam każdy głos, który uzmysławia istnienie alternatywy do tego, co się dzieje nad Wisła przynajmniej od lat 60-tych, a co ma słaby związek z tym, co się dzieje z katolicyzmem na świecie.
Panie Profesorze, jeżeli mamy “się różnić pięknie” i twardo – wbrew stwierdzeniu Norwida, to zwrócę uwagę, że (jak dla mnie) cały cytat z wypowiedzi kardynała Marxa (zaczynający się od słów “Unia Europejska to największy pokojowy projekt (…)”) jest w wymowie racjonalny, ale w warstwie użytej argumentacji dość idealistyczny.
Doceniam wymowę, i też bywam czasami marzycielem.
O tyle też ten cytat jest mi bliski.
.
Żeby jednak poczuć twardo grunt pod stopami, to raczej powinno się powiedzieć, że projekt unifikacji europejskiej jest warunkiem koniecznym przetrwania Europy jako niezależnej formacji kulturowej, sięgającej korzeniami cywilizacji łacińskiej.
Był historycznie okres niezależności plemiennej, potem okres niezależnych księstw tworzących zręby struktur państwowości, wreszcie okres imperiów.
Ten cykl się częściowo powtarzał.
W obecnej dobie globalizmu, gdzie wyrosły nowe ponadpaństwowe struktury korporacji międzynarodowych, państwowość to już archaiczny przeżytek, a idea niezależności państwowej to niebezpieczny zabobon – zwykły przesąd przyjmowany na wiarę.
Skoro mnie Pan zachęca do trzymania się twardego gruntu to może pomyślmy o alternatywie wobec projektu UE, który podobno się na naszych oczach rozpada. Moim zdaniem to właśnie brak zrozumienia podstawowej idei państw samodzielnych połączonych ideą unijną daje szansę przetrwania UE. Dodam nawet, że tylko ona może ukrócić zapędy domorosłych dyktatorów a la Orban i Kaczyński. Do tej pory średnio się to udawało, bo właśnie tak skrajnie pojęty interes „dyktatorków” był nie do pomyślenia. Teraz już jest i jestem pewien, że liderzy Unii, w przeciwieństwie do polskiego przysłowia, po szkodzie okażą się mądrzejsi. Tak jak w USA. Mimo szaleństw i nieprzewidywalności Trumpa struktury państwa federalnego zrzeszającego różne stany jak na razie skutecznie bronią się przed ostateczną destrukcją. Pańskie wyobrażenie o nieuniknionym konflikcie wyobrażonych „nowych ponadpaństwowych struktur korporacji międzynarodowych” i równie abstrakcyjnych państw jest sztuczny. Tak naprawdę jedno bez drugiego nie może istnieć. Od mądrości jednych i drugich zależą wzajemne korzyści a nie permanentny konflikt.
Cyt>>Pańskie wyobrażenie o nieuniknionym konflikcie wyobrażonych „nowych ponadpaństwowych struktur korporacji międzynarodowych” i równie abstrakcyjnych państw jest sztuczny<<
.
Konflikt to rzeczywiście za mocno powiedziane. Przyznam, że sam do dosadnych określeń drugą częścią swojego komentarza sprowokowałem. Sięgając zatem po bardziej wyważone słowa można powiedzieć, że zawsze chodzi jedynie o siłę wywieranych wpływów, w rezultacie zaś o stan równowagi, względnie dominacji.
Przy globalnej, silnie powiązanej gospodarce światowej, wspólnie kształtowanej (na drodze licznych porozumień jej głównych podmiotów) polityce finansowej, struktura organizacyjna pojedynczego (przeciętnego) państwa nie ma szans się od tego rodzaju wpływów izolować, by jednocześnie nie dać się finansowo i gospodarczo zmarginalizować.
W tym sensie organizacja państwowa jako umowny gwarant niezależności, to iluzja, której dalej podtrzymywać się nie da. Globalizacja uświadamia, że chcąc chociażby pośrednio współuczestniczyć przy stole międzynarodowych porozumień, najpierw należy się zadeklarować jako lojalny uczestnik jednej ze struktur uznawanych za istotny (o światowym znaczeniu) podmiot. Europa ciągle taką pozycję utrzymuje i podzielam pogląd, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż z popełnionych błędów wyciągnie odpowiednie wnioski, tyle tylko, że już w zawężonym gronie.
.
Odniesienie do korporacji, jako ponadpaństwowych struktur, traktowałem bardziej symbolicznie jako znamię epoki. Korporacje (a przynajmniej każda z nich w ograniczonym zakresie zmonopolizowanego rynku) posiadają już potencjalnie wpływami wykraczającymi w kształtowaniu potrzeb społecznych poza możliwości konkurencyjnych (pojedynczych) struktur państwowych. Tego rzeczywiście nie trzeba traktować jako trwałe wpisanego konfliktu, gdy jest się uczestnikiem struktur, z którymi korporacje muszą się liczyć.
W związku z tym Pański kontr-komentarz muszę uznać za trafny.