15.11.2018

Bliska jest mi koncepcja uniwersytetu wypracowana w połowie XIX wieku przez Johna Henry’ego Newmana (była to seria 13 wykładów wygłaszanych w latach 1852-58 w założonym wtedy Katolickim Uniwersytecie w Dublinie). Stawiał on na edukacyjny (nie badawczy) charakter uczelni. Newman uważał, że uniwersytet powinien dostarczać czystej wiedzy, wiedzy uniwersalnej, był przeciwnikiem uzawodowienia wykształcenia akademickiego.
Jego zdaniem: „sztuką uniwersytetu jest wdrażanie do życia w społeczeństwie, a jego celem jest przystosowanie do świata” (Newman 1990, s. 249). Ta idea wyrastała z ówczesnego europejskiego optymizmu i głębokiej wiary, że nauczyciele i studenci są częścią tej samej wspólnoty intelektualistów. Jedyna różnica między nimi, to stopień posiadanej wiedzy, który w procesie uczenia zostaje wyrównany.
Jego książka została przetłumaczona na język polski w 1990 roku przez ówczesnego profesora KUL-u Przemysława Mroczkowskiego, który był entuzjastą tej koncepcji wychowania akademickiego. Jego zdaniem: „na pewno niemało pożytku można oczekiwać z zapoznania się z rozwiązaniami odnośnych problemów proponowanych przez jednego z największych nowożytnych myślicieli angielskich i europejskich” (Newman 1990, s. 76). Nie był to optymizm uzasadniony. Reforma uniwersytetów zaproponowana pod koniec drugiej dekady XXI wieku w Polsce, a zwłaszcza osobny status przyznany dziedzinie teologii (rozumianej w polskim kontekście jako teologii katolickiej) jest zaprzeczeniem idei uniwersytetu zaproponowanej przez Newmana.
W moim przekonaniu główny zrąb koncepcji Newmana zachowuje swoją wartość, gdyż jest ona zakorzeniona w samych początkach uniwersytetu jako miejsca zdobywania uniwersalnej wiedzy. Można powiedzieć, że tak było i tak bywa jeszcze dzisiaj oraz, że tak powinno być w przyszłości.
Pomysły Newmana były związane z jego działalnością w ramach ruchu oksfordzkiego, który jak wiadomo poszukiwał wspólnych korzeni anglikanizmu i katolicyzmu, co doprowadziło go do konwersji na katolicyzm w latach 40-tych XIX wieku.
Ten kontekst idei uniwersytetu jest o tyle istotny, że pozwala nam nakreślić genealogię intelektualną Newmanowskiej idei uniwersytetu z jednej strony, ale też wskazać na trwałość pewnych intuicji; poczynając od początków chrześcijaństwa, ale też ich ufundowania w tradycji biblijnej, greckiej i rzymskiej. Jednak znacznie ciekawszą i istotniejszą lekcją, jakiej udziela Newman jest twórcze podejście do zastanej tradycji i jej włączanie w odmienny kontekst kulturowy.
Należy od razu podkreślić, że idea otwartego uniwersytetu katolickiego nawet w środowisku angielskich konwertytów na katolicyzm budziła ogromny sprzeciw, a sam Newman był podejrzewany i oskarżany o herezje, które dopiero kapelusz kardynalski, przyznany mu pod koniec życia w 1879 rozwiał ostatecznie. Jednak ten opór przed liberalną edukacją i osobliwy kompleks antymodernistyczny przetrwał do dzisiaj w katolicyzmie, a zwłaszcza w katolickiej teologii.
Ale wracajmy do edukacji liberalnej. Jej niedościgłym ideałem pozostaje dla mnie Erazm z Rotterdamu, a zwłaszcza jego Enchirydion, czyli znakomicie przełożony jeszcze w latach 60-tych minionego wieku przez profesora Juliusza Domańskiego Podręcznik żołnierza Chrystusowego nauk zbawiennych pełny. Czekam z niecierpliwością na nowe wydanie z ogromnym, erudycyjnym wstępem, który na razie znamy tylko z wersji francuskiej, jaka się ukazała w Wydawnictwie Brill, w 2016 roku. Erazm to oczywiście pełnia szczyt edukacji renesansowej, o której z taką pasją pisał przed laty Eugenio Garin.
Czuję się jego osobistym dłużnikiem, bo pomógł mi zrozumieć, już w czasie moich studiów nad historią jezuitów, niebezpieczeństwa tkwiące w wychowaniu poddanemu presji ideologicznej. Garin pisał: „Edukacja jest liberalna, gdyż jest edukacją ludzi wolnych i czyni ich wolnymi” (Garin 1976, s. 203). Natomiast jeśli chodzi o wychowanie jezuickie to sprawa wygląda, zdaniem Garina zgoła inaczej:
Szkoła jezuicka uznaje tylko jeden typ człowieka i ma tylko jedno precyzyjne zadanie; nie ma w niej tej stałej troski o wolność; ale dominuje w niej zasada autorytetu. Nie chodzi o pomoc by człowiek stał się wolny i by sam wybierał; wybór już został dokonany. Chodzi o to by żołnierz Kościoła został doskonale uzbrojony i przysposobiony (Garin 1976, s. 203).
Trzeba jednak dodać, że to zmagania z ograniczeniami dziedzictwa jezuickiego otworzyły mnie na jego związki właśnie z humanizmem erazmiańskim. Nawiasem mówiąc, nie musiałem niczego odkrywać; są to bowiem sprawy dobrze znane historykom zakonu. Pisał o tym już w lachach 80-tych Mark Rotsaert, wskazując na dług zaciągnięty przez Loyolę wobec Enchiridiona w jego klasycznych Ćwiczeniach duchownych. Również studia Johna O’Malley’a nauczyły mnie przezwyciężania nazbyt schematycznych osądów przeszłości. Myślę, że nie unieważniając istotnych ustaleń Garina, można też powiedzieć, że wspólne dla Erazma i Loyoli było pojmowanie „intelektualnego uposażenia” jako narzędzia kształtującego pełną osobowość. Dzisiejszy historyk antycznego dziedzictwa mówi już w tytule swojej książki o Filozofii jako ćwiczeniu duchowym. Przyznaję, że takie rozumienie tradycji humanistycznej jest mi bliskie.
Od kilkunastu lat śledzę z bliska meandry uniwersyteckiej edukacji w USA, która (zwłaszcza katolicka), o czym mało kto wie, wiele zawdzięcza również polskim jezuitom, z których jeden. Franciszek Dzierżyński, został wręcz nazwany „patriarchą amerykańskich jezuitów”. Stało się tak głównie dzięki przeniesieniu klasycznego modelu edukacji z Połocka, gdzie na początku XIX wieku jezuici posiadali Akademię, do Ameryki Północnej.
Dzisiejsza sytuacja jest podobna do naszej, czyli jest to stan permanentnego kryzysu i poszukiwania nowej formy obecności w kulturze i w społeczeństwie. Uchwycił ten stan znakomicie Allan Bloom w książce Umysł zamknięty. O tym, jak amerykańskie szkolnictwo wyższe zawiodło demokrację i zubożyło dusze dzisiejszych studentów. Nie musimy podzielać politycznych poglądów Blooma i jego nazbyt surowej diagnozy dotyczącej kultury amerykańskiej, by się zgodzić, że odejście od wykształcenia humanistycznego poważnie ją zubożyło.
Już dzisiaj jednak dostrzegam niepokojące pęknięcia w tej idei, przede wszystkim związanej z komercjalizacją i parametryzacją procesu edukacji. Ta pierwsza prowadzi do utowarowienia wiedzy (by użyć terminu marksistowskiego), a w konsekwencji do alienacji zarówno uczących jak i uczonych, a ta druga – do poddana wysiłku nauczycieli akademickich kryteriom zewnętrznym wobec uniwersytetu. I jedno i drugie prowadzi do głębokich patologii życia akademickiego.
Nie jest to tylko polski fenomen; został on nazbyt gorliwie przejęty z Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych. Po zmianie systemu politycznego w 1989 roku polskie uniwersytety uległy daleko idącej degradacji, a status nauczyciela akademickiego dramatycznie się obniżył. Jedyny środek zaradczy widzę w przywróceniu uniwersytetom należnej im autonomii i odejście od prób ich upolitycznienia.
Bliskie są mi idee, które w przeszłości zostały wypracowane poza szacownymi murami uniwersytetów lub w ośrodkach marginalizowanych, a często wbrew dominującym na nich poglądach. Taki był los przedstawicieli radykalnej reformacji w Polsce braci polskich zwanych też arianami lub socynianami. Przyznaję, że w ostatnich latach to właśnie ich idee, antycypujące w wielu punktach europejskiej oświecenie są mi coraz bliższe; by wspomnieć polską tradycję braci polskich z Janem Crellem (tolerancja religijna) czy Samuelem Przypkowskim (radykalizm społeczny) na czele.
Wspomnieć też chciałbym Barucha Spinozę i jego radykalną krytykę religii, utożsamiającą ją z zabobonem. Jego Traktat teologiczno-polityczny, opublikowany anonimowo z obawy przed krytyką teologów w 1670 roku, już kilka miesięcy później wywołał lawinę gwałtownych reakcji, w których powtarzały się oskarżenia o bluźnierstwo i formalny ateizm. Zapewne jednym z powodów oburzenia, jakie wzbudził Traktat teologiczno-polityczny, było utożsamienie przez Spinozę religijnych praktyk z zabobonem i wskazanie na ich źródło – uczucie strachu. Jak pisał we wstępie do swego dzieła:
„Tak dalece ogłupia ludzi strach, że on jest właśnie przyczyną, która zabobon rodzi, zachowuje i żywi.
(Spinoza 2003, s. 76).
Poza tym główne zło związane z religią upatrywał w lekceważeniu, a nawet w pogardzie z jaką traktowany był rozum:
Gdym te rzeczy sobie rozważył, mianowicie, że światło naturalne nie tylko jest w pogardzie, lecz i ulega potępieniu przez wielu jako źródło niemoralności, a ludzkie wymysły uchodzą za boskie nauki i łatwowierność jest w cenie wiary […] postanowiłem po namyśle zabrać się do nowego, nieuprzedzonego i niezależnego zbadania Pisma św. i nie przyjmować w nim nic ani nie uznawać za jego naukę, czego bym nie wyprowadził z niego samego w sposób jak najjaśniejszy (Spinoza 2003, s. 79).
Tak więc Spinoza dokonał rozdziału religii i rozumu, i postawił radykalną tezę, że te dwie sfery ludzkiej aktywności powinny być jasno oddzielone: „stawiam twierdzenie niezachwiane, że ani teologia nie powinna służyć rozumowi, ani rozum teologii” (Spinoza 2003, s. 259). Dla Spinozy był to sposób na oczyszczenie religii z narosłych wokół niej przesądów, zwłaszcza z powodu zbytniej wagi, jaką ludzie zwykli przywiązywać do urzędów kościelnych i do samych duchownych. Opór, z jakim ta propozycja spotkała się ze strony współczesnych Spinozie, sprawił, że jego główne dzieło Etyka, w którym utożsamił religię z moralnością i tytułową etyką właśnie, wydano już pośmiertnie. Jej recepcja wskazuje, że ostrożność filozofa była w pełni uzasadniona.
Podobnie jak Spinoza, Feuerbach formułował swoje poglądy na religię w radykalnym sporze z dominującymi wówczes strukturami politycznymi i religijnymi. Mówił zresztą o tym już w pierwszym wykładzie: „Pozostawałem bowiem nie tylko w ustawicznej wewnętrznej opozycji wobec systemu politycznego tych czasów, lecz również w niezgodzie panującymi systemami idei, a więc z oficjalnymi systemami filozoficznymi i religijnymi” (Feuerbach 1953, s. 9). Zresztą do Spinozy Feuerbach wyraźnie nawiązuje, dodając, że to nie tylko strach, ale i głupota połączona z niewiedzą jest źródłem przesądu: „Przesąd jest człowiekowi wrodzony, jak to już twierdził Spinoza. A źródłem i siłą przesądu jest potęga niewiedzy i głupoty, która jest największą potęgą na świecie, potęga strachu lub poczucia zależności, a wreszcie moc wyobraźni” (Feuerbach 1953, s. 244). Jednak najbardziej radykalnym zwrotem, jakiego dokonał niemiecki filozof, jest sprowadzenie teologii do antropologii:
Doktryna moja głosi, że teologia jest antropologią, tzn. w przedmiocie religii, który nazywamy po grecku theos, a w naszym języku bogiem, nie wyraża się nic innego, jak tylko istota człowieka, albo inaczej: bóg człowieka jest tylko ubóstwioną istotą ludzką, a zatem historia religii albo – co na jedno wychodzi – historia boga jest tylko historią człowieka; jak bowiem różne są religie, tak różni są bogowie, a religie są tak różne, jak różni są ludzie
(Feuerbach 1953, s. 25).
Można więc powiedzieć, że dla Feuerbacha spór o status religii i doświadczenia religijnego staje się bezprzedmiotowy, gdyż traci ona rację istnienia. A stąd już tylko krok do tego, by utożsamić człowieka z bogiem, a raczej boga, stworzonego przez człowieka na swój obraz, przywrócić do jego pierwotnego stanu – człowieczeństwa:
Nie bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje, jak mówi Biblia, lecz człowiek stworzył boga na swoje podobieństwo, jak to wykazałem w Istocie chrześcijaństwa. A więc i racjonalista, tzw. chrześcijanin myślący, racjonalny, tworzy swego boga na podobieństwo swoje; żywym prototypem, oryginałem racjonalistycznego boga jest racjonalistyczny człowiek
(Feuerbach 1953, s. 211).
Myślę, że właśnie do tej tradycji nawiązuje w swojej książce Cyprian Mielczarski, Retoryka, prawda, polityka. Od starożytności do współczesności, której główne tezy są mi bardzo bliskie. Wspomnę o dwu, szczególnie jak sądzę istotnych w kontekście rozważań na temat miejsca i roli uniwersytetu we współczesnej kulturze. Pierwsza to zachęta do krytycznego podejścia do zastanych tradycji czy wielkich narracji: „Lektura dawnych ‘wielkich ksiąg’ i studia nad tradycją kulturową mają głęboki i uniwersalny sens, jeśli ich treść traktować będziemy jako wytłumaczenie ewolucji naszej cywilizacji” (Mielczarski 2017, s. 236). A druga, zresztą bardzo ściśle łącząca się z tą pierwszą, to wskazanie na kontekstowy charakter naszych najgłębszych przekonań:
Prawdziwie istotne jest kształcące pytanie, dlaczego ludzie w określonym miejscu i czasie ulegają różnym ideom i tendencjom, które uważają za prawdę. Udzielanie odpowiedzi w tych kwestiach powinno być rzeczywistym celem twórczej edukacji liberalnej, ponieważ tylko takie nauczanie może dostarczyć wiedzy na temat rzeczywistych motywów i przyczyn określonego postępowania człowieka.
(Mielczarski 2017, s. 242).
I już na koniec chciałbym wspomnieć o roli przyjaźni w życiu uniwersyteckim. Znaną jest przyjaźń Johna Henry’ego Newmana z Ambrożym St. Johnem, z którym razem zostali konwertytami na katolicyzm. We wspólnym mieszkaniu w Oratorium w Birmingham spędzili 32 lata, tj. do 1875, kiedy Ambroży zmarł. Newman bardzo przeżył śmierć przyjaciela. W homilii pogrzebowej porównał swoją żałobę do żałoby męża lub żony.
Szkoda, że kler katolicki tak rzadko mówi i pisze o wadze przyjaźni.
Inny przykład, już polski to trwająca pół wieku przyjaźń Stefana Swieżawskiego z Karolem Wojtyłą, którą dokumentuje opublikowana w 2002 korespondencja. Widać z tych listów, jak inaczej mógł wyglądać dzisiaj katolicyzm i wychowanie seminaryjne. gdyby przyjaciel uważniej wczytywał się w porady recenzenta swojej habilitacji.
Literatura:
- Allan Bloom, Umysł zamknięty. O tym, jak amerykańskie szkolnictwo wyższe zawiodło demokrację i zubożyło dusze dzisiejszych studentów, przekł. Tomasz Biedroń, Poznań 1997.
- Erazm z Rotterdamu, Podręcznik żołnierza Chrystusowego nauk zbawiennych pełny, przeł. Juliusz Domański, Warszawa 1965.
- Erasmus Roterdamus, Enchiridion militis christiani. Opera Omnia Desiderii Erami Roterdami, ordo V, t. VIII Juliusz Domański (red.), Leiden-Boston 2016, s. 1-305.
- Ludwig Feuerbach, Wykłady o istocie religii, przeł. E. Skowron, W. Witkicki, Warszawa 1953.
- Eugenio Garin, L’educazione in Europa 1400-1600. Problemi e programmi, Bari 1976.
- Pierre Hadot, Filozofia jako ćwiczenie duchowe, przekł. Piotr Domański, Warszawa 2003.
- Ignacy Loyola, Ćwiczenia duchowne, przekł. Jan Ożóg, Kraków 2000.
- Cyprian Mielczarski, Retoryka, prawda, polityka. Od starożytności do współczesności, Warszawa 2017.
- John Henry Newman, Idea uniwersytetu, przekł. Przemysław Mroczkowski, Warszawa 1990.
- John W. O’Malley, Introduction to: Collected Work of Erasmus, Spiritualia, Toronto 1988.
- Mark Rotsaert, Ignace de Loyola e les renouveaux spirituels en Castille au début du XVIe siècle, Rzym 1982.
- Baruch Spinoza, Traktaty, przekł. Ignacy Halpern-Myślicki, Kęty 2003.
- Stefan Swieżawski, “Chociaż oczy słabną, nie słabnie miłość Kościoła”. Korespondencja między Stefanem Swieżawskim a ks. Karolem Wojtyłą (Janem Pawłem II) z lat 1853-2001, w: Pełny wymiar. Listy przyjaciół, Tarnów, 2002, s. 249-379.

Szczególną wartość mają dla mnie takie wycieczki.
.
Kiedyś zastanawiałem się, spisując sobie notatki, nad znaczeniem inspiracji myśli. Zaskoczyły mnie dokonane porównania tekstów. To często te same myśli, tylko inaczej wyrażone. Ten historiozoficzny trochę namysł podpowiada istnienie pewnych prostych reguł. Odkrywczość często jest jedynie formą aktualizacji w zmieniającym się kontekście. Niestety mamy tendencję do nadwartościowywania tego, co nam współczesne. Ten egocentryzm mocno osadzony w czasie doraźnym jest stałą tendecją, i naszą słabością.
Chwilami znajduję powody by wątpić w “postęp”.
.
Przesadzam?
Profesor Przemysław Mroczkowski, pracował w KUL do 1963 roku czyli mniej więcej do wyczerpania zasobów studenckich, które wyschły na skutek polityki akademickiej władz PRL, które to dążyły do zmiany uniwersytetu (zasadniczo humanistycznego) w akademię teologiczną, czyli innymi słowy, szkółkę dla duchowieństwa płci obojga (przy czym siostry zakonne były i są tam „gorszym sortem”). Zatem albo przełożył tę książkę jako emeryt UJ w 1990, albo uczynił to wcześniej jeszcze gdy dojeżdżał z Krakowa do Lublina, chociaż nie wiem czy cenzura komuchów-wykształciuchów skłonna była wtedy puścić pracę Newmana o uniwersytecie, nawet w zaprzyjaźnionym wydawnictwie kierowanym przez Jacka Woźniakowskiego.
Oto co pisze wyrocznia współczesna czyli wikipedia: „Stopień doktora Mroczkowski uzyskał w 1947. Oba kierunki studiów dały młodemu uczonemu solidne podstawy do prowadzenia własnych badań, zaznajamiając go przede wszystkim z kulturą średniowieczną, której poświęcił się zwłaszcza w latach pięćdziesiątych. Za obiekt swoich analiz obrał twórczość mało znanego w Polsce Geoffreya Chaucera, najwybitniejszego poety dojrzałego średniowiecza angielskiego. Owocem tych studiów była praca Opowieści kanterberyjskie na tle epoki. Do problematyki średniowiecznej Mroczkowski powrócił w książce Katedry, łyki, minstrele, natomiast w kolejnych latach zajął się Szekspirem, pisząc monografię Szekspir elżbietański i żywy. Dziełem życia była dla Mroczkowskiego Historia literatury angielskiej, którą wypada uznać za najbardziej opiniotwórczy podręcznik dziejów brytyjskiej sztuki słowa. Mroczkowski był również tłumaczem. Przełożył między innymi Opowieść rycerza z Opowieści kanterberyjskich Chaucera i Piersa Plowmana Williama Langlanda. Przemysław Mroczkowski zmarł 12 lipca 2002”. Ja go poznałem jako starszego Pana, słuchałem kilku jego wykładów i zawsze podkreślano jego związki z KUL-em. On sam przyszedł do mnie, wtedy byłem rektorem Kolegium Jezuitów, by mnie zachęcić do wdrażania idei Newmana. Wikipedia o tym wymiarze jego zainteresowań nie wspomina bo pewnie nikt jej o tym nie powiedział. A ona wie tylko to, co jej powiedzą.