09.12.2018

Bardzo mi się nie podoba numer, który wyciął pan Grzegorz z panią Kamilą & consortes.
Do wygrania wyborów potrzebna jest koalicja co najmniej dwóch różnych i różniących się partii, połączonych wspólnym, nadrzędnym celem, wygrania wyborów. Jak składa się z dwóch, trzech, czterech partii, to ma odpowiednią ilość klubów w Sejmie. I już bardziej się w tej koalicji zespalać nie ma potrzeby. Przestaje to wtedy być koalicją, a staje się jedną partią. Koalicja wyborcza ma wystawić wspólną listę, z ustalonymi w procesie rokowań, kandydatami ustawionymi na kolejnych miejscach i już!
Tak pomyślana, funkcjonowała do niedawna Koalicja Obywatelska, złożona z Platformy i Nowoczesnej, osłabionej po numerze jaki, dokonując rozłamu, wyrządził jej założyciel, Petru i po wpadce z radnym Kałużą. A szło tej koalicji ostatnim czasie niezgorzej.
Zobaczmy:
Badanie IBRIS z ostatnich dni pokazuje, że PiS miałby swoje 38 procent głosów, w wyborach parlamentarnych, ale nie dałoby mu to absolutnej większości – hurra! – bo 50 procent uzyskałaby maksymalnie zjednoczona opozycja. Spójrzmy na dane w sondażu IBRIS, w rozbiciu na poszczególne ugrupowania– to pierwsza liczba. Druga to wynik późniejszego o kilka dni sondażu Onetu.
| PiS | 38 | 38,2 |
| PO | 31 | 30,2 |
| PSL | 7 | 4,5 |
| SLD | 6 | 8,2 |
| .N | 4 | 3,8 |
| Razem | 3 | 2,1 |
Uwzględniamy tylko partie wyraźnie opozycyjne w wobec PiS. Nie uwzględniamy partii-wizji Biedronia. Sumujemy opozycję w zestawie koalicji-minimum, bez Razem i Biedronia, bo ich udział w takiej koalicji jest bardzo problematyczny. W wersji IBRIS jest to 48 procent, w wersji ONET – 46,7 procent głosów. Toże krasiwo.
Mnie też, szanowni państwo oponenci, nużą te ciągłe liczby, ale w wyborach nie ma od nich ucieczki. Nawet gdy wyniki sondaży są obarczone ryzykiem błędu w okolicy trzech do czterech procent i gdy wyniki wyborów mogą się różnić od sondażowych, to przeważanie jedne i drugie są zbliżone i powinny być podstawą planowania politycznego. Z uwzględnieniem trendów, które w ostatnich dnia okazały się korzystne dla opozycji. Sondaże pokazują, że poparcie dla PO wzrosło w krótkim okresie po wyborach samorządowych. A po trzech latach od wyborów 2015 roku, PiS znalazł się defensywie wizerunkowej.
W tej sytuacji zamieszanie na linii PO – N szkodzi koalicji – opozycji, nie pomaga Platformie i udowadniać tego chyba nie trzeba. Trzeba natomiast zastosować technikę znaną jako damage control, w której pierwszym ruchem powinno być niedopuszczenie do powiększania się szkody. Nawet jeśli wymaga to sporego samozaparcia się i powstrzymania odruchu natychmiastowej reakcji. Jest to jeden z podstawowych warunków profesjonalizmu w polityce i w biznesie.
Wygląda na to, że Katarzyna Lubnauer spełnia ten warunek. Nie udaje, że nic się nie stało, bo stało się i robienie dobrej miny do złej gry byłoby naruszeniem innej ważnej zasady damage control: nie zaprzeczać, nie mataczyć, nie szukać wybiegów, bo i tak się wyda i będzie gorzej.
Szefowa poszkodowanej .N, otwarcie wypowiadając bardzo ostre zarzuty, nie zrywa kontaktów, zapowiada rozmowy ze Schetyną i nie opuszcza koalicji. I chyba opanuje takie pomysły, pojawiające się w Nowoczesnej.
Czy skandal ten przyschnie, przestanie być istotny po jakimś czasie, czy będzie jątrzył, rozrastał się, tego z góry nie można przewidzieć. Lepiej, żeby Nowoczesna opanowała zrozumiałe odruchy i nie pogarszała swojej sytuacji, wychodząc z koalicji. Oznaczałoby to osłabienie całej opozycji, a dla N znalezienie się na marginesie, na którym funkcjonują PSL i SLD.
PSL i – w mniejszym stopniu – SLD bliskie są krawędzi pięciu procent i mogą stracić reprezentację parlamentarną. Wejście do koalicji wyborczej jest dla nich gwarancją, że tak się nie stanie i szansą, że będą w koalicji rządzącej, jeśli opozycja wygra. Szansę na wygranie z PiS ma jedynie Koalicja Obywatelska poszerzona o PSL i SLD. Rozpatrywany lewicowy blok; PSL i SLD, plus jakaś lewicowa drobnica, może uchronić jego członków przed wypadnięciem z Sejmu, lecz utrzyma podział głosów opozycji. Nawet gdyby cała ta opozycja łącznie zdobyła więcej głosów niż PiS, to pozostanie on przy władzy.
Naturalnym liderem koalicji jest Grzegorz Schetyna. Są jednak argumenty przemawiające za tym, aby w przypadku przystąpienia do koalicji PSL, został nim, więc również kandydatem na premiera, Władysław Kosiniak– Kamysz. WKK w tej sytuacji zapowiada odrębność, ale obawy PSL przed zdominowaniem w KO, powiększone po incydencie z Nowoczesną, powinny w poważnym stopniu się zmniejszyć, jeśli lider partii zostałby liderem opozycji, z perspektywą bycia szefem rządu.
Grzegorza Schetyny nie zna (we wrześniu) 6 proc. badanych, lidera PSL – 33. Do Schetyny 45 procent całości badanych nie ma zaufania, a ma je 23 procent. Kosiniakowi – Kamyszowi ufa 29 procent badanych, a brak zaufania deklaruje 16 procent. Jeśli będzie miał dobrą kampanię, to łatwo będzie zbudować jego dobry wizerunek wśród nieznającej go jednej trzeciej społeczeństwa.
Opozycja nie może sobie pozwolić na walki wewnętrzne. Grzegorz Schetyna powinien zostać na czele Platformy, największej i najważniejszej części opozycji. Wielkoduszny gest w stosunku do PSL poprawi wizerunek jego i całej opozycji.
A jeśli w 2019 roku PiS, zdobywając ponownie mniej głosów niż partie opozycyjne łącznie, pozostanie przy władzy, to liderzy opozycji, którzy nie przyczynili się do zawarcia koalicji, zostaną na pewno rozliczeni przez swoje partie. Dotyczyć to będzie przede wszystkim Schetyny.
Wyniki wyborów na prezydentów miast mogą skłaniać partie do spróbowania swoich szans w wyborach do europarlamentu i tworzenia koalicji dopiero na bazie uzyskanych wyników. Zdecydowanie większą korzyść jednakże zapewni im wystartowanie już jako koalicja w tych wyborach i odniesienie w nich znaczącego sukcesu. W tym celu przy tworzeniu koalicji potrzebne jest dokonanie procentowego podziału mandatów i ew. stanowisk rządowych, korzystnego dla mniejszych ugrupowań, kosztem Platformy.
Optymalnym rozwiązaniem byłoby wejście w rok 2019 dużej koalicji już z ogłoszonym programem i pokazanie, że nie jest to koniunkturalny twór, powołany w ostatnim momencie przed wyborami.
A po wyborach? Historia pokazuje, że świetlana przyszłość zawsze okazuje się trudnym dniem dzisiejszym. Spójrzmy na Facebook i jeden z tamtejszych obrazów tego jutrzejszego „dzisiaj” (tekst napisała Anna Maria Żukowska, rzeczniczka SLD):
„Wyobraźmy sobie taką sytuację: powstaje szeroka Koalicja Obywatelska od lewa do prawa – od PSL–u, przez PO, nieistniejącą już, jako samodzielny byt, Nowoczesną, nieistniejący jeszcze Ruch Biedronia, Partię Razem, Zielonych i SLD. Wygrywa wybory. Uff, „pokonaliśmy PiS”. Schetyna zostaje premierem.
I co dalej? Teraz jest ten moment, zapowiadany zresztą przez wielu zwolenników Frontu Jedności Narodu, w którym następuje „a potem się kłóćcie do woli”. No to tak:– na pierwsze 100 dni rządu Razem i SLD oczekują od rządu progresywnych podatków i wyższej stawki godzinowej
– Fasadowa Nowoczesna żąda obniżki podatków i zajęcia się losem ciemiężonych przedsiębiorców (przywrócenia elastycznych form zatrudnienia)
– SLD, Razem i Zieloni domagają się natychmiastowej liberalizacji aborcji i wypowiedzenia konkordatu
– PSL chce utrzymania konkordatu i zachowania status quo w sprawie aborcji
– Nowoczesna z Biedroniem chcą, by kobieta musiała konsultować swoją decyzję dotyczącą ciąży z jakąś komisją
– Platforma chce obniżenia podatków, podwyższenia wieku emerytalnego i niezajmowania się sprawami które „dzielą Polaków”. Premier Schetyna wygłasza mocne orędzie, w którym mówi, że właśnie wreszcie udało się naród scalić i pogodzić, i apeluje do Polek i Polaków, by nie zajmowali się tematami ideologicznymi. „Teraz jest czas odbudowy państwa po PiS–ie, musimy się zająć przywróceniem demokracji i niezależnego sądownictwa, o sprawy takie, jak aborcja, spierać się będziemy mogli pózniej, teraz trzeba odbić z pisowskich rąk kluczowe instytucje demokratyczne: TK i SN. Musimy napisać specustawy, które to wszystko odkręcą”.
– Schetyna pisze specustawy, Duda, który jest prezydentem jeszcze przez rok, ich nie podpisuje. Ponieważ do Sejmu dostały się tylko dwa bloki: PiS i Anty–PiS, nie ma jak odrzucić prezydenckiego weta, bo d’Hondt spowodował, że opozycyjny klub PiS to 48% składu Sejmu. Duda nie podpisuje generalnie ŻADNEJ ustawy. Te mniej ważne kieruje od razu do wciąż obsadzonego nominatami PiS–u TK. TK je uwala (nie będzie przecież kręcił sobie sznura na własną szyję).
– Jest grudzień 2019 roku, trzeba uchwalić budżet. Jeśli nie uda się go przegłosować w Sejmie, to za 4 miesiące oznacza to koniec rządu Anty–PiSu i przedterminowe wybory, bo prezydent zarządzi skrócenie kadencji. No więc lewica chce w budżecie zwiększenia pomocy socjalnej dla emerytów i rencistów i obniżenia wydatków na zbrojenia, zamiast tego chce te pieniądze przekazać na oświatę. Nie zgadza się PO i N. W nocy 16 grudnia przychodzi do tzw. „Pieczary” Grzegorza Schetyny Kamila Gasiuk-Pihowicz i komunikuje mu, że albo ona zostaje premierem, albo ma w dupie budżet i ona i inni dysydenci z Nowoczesnej nie zagłosują za uchwaleniem budżetu. Schetyna każe jej wyp***, ale ona i jej frakcja nie przychodzą na głosowanie w sprawie budżetu. By się ratować, Schetyna zamyka wszystkie wyjścia z Sejmu, ale i tak nie ma wystarczającej liczby posłów, bo niektórzy skorzystali z metody opracowanej przy okazji głosowania nad projektem Ratujmy Kobiety i zacięli się w kiblu. Rządowi nie udaje się uchwalić budżetu. Prezydent Duda ogłasza skrócenie kadencji Sejmu i muszą się odbyć nowe wybory.EDIT: Jest jeszcze wersja nr 2: ponieważ w Sejmie klub PiS ma z powodu d’Hondta tylko 2 posłów mniej od rządzącego AntyPiS–u, PiS wyciąga Anty-PiS–owi troje posłów z 5 ławy poselskiej, obiecuje im ministerstwa, a współmałżonkom prezesa Orlenu, KGHM–u i ENEI, ci się zgadzają, bo właściwie to nie wyznają żadnej konkretnej idei, nie są ani prawicowi, ani lewicowi i PiS z powrotem przejmuje stery władzy w Polsce bez rozpisywania nowych wyborów.”
Co można powiedzieć o takiej prognozie? Że choć jest ona prawdopodobna, to nie jest prawdopodobne nagromadzenie się aż wszystkich tych nieszczęść. A przede wszystkim, że są sposoby, aby temu zapobiec, co nie znaczy, że na pewno będą one zastosowane. Wpierw jednak wygrajmy te wybory.
By to zrealizować utwórzmy tę koalicję. Możliwie szeroką, choć niekoniecznie z marginalnym planktonem, zaczadzonym ideologicznie. Trzeba by ją tworzyć szybko, żeby społeczeństwo miało się czas z nią zapoznać i z jej PROGRAMEM. Ważkim, konkretnym, porywającym, nikomu nie szkodzącym itp. W tym programie nie mogą się znaleźć postulaty, których członkowie koalicji nie mogą zaakceptować. Czyli członkowie koalicji muszą zaakceptować fakt, że w programie nie będzie wszystkich ich postulatów, które oni uznają za ważne.
Przykład; ok. 15 procent społeczeństwa jest za praktycznie całkowitym , zakazem aborcji. Ponad 40 procent jest za utrzymaniem obecnego stanu prawnego i mniej więcej tyle samo za daleko posuniętą liberalizacją. Postulat liberalizacji w programie podzieli tę większość, która zgodnie jest przeciw zakazowi i może przyczynić się do pozostawienia przy władzy PiS, wraz ze stała groźbą wprowadzenia zakazu.
Powinno być ustalone, że jest to program na pierwszą kadencję po wygranych – oby! – wyborach. Kadencję odbudowy demokracji. W kolejnych kadencjach, w warunkach demokracji, możemy się spierać o wszystko, wreszcie „kłócić do woli”.
Łatwo przewidzieć, że Duda sam, lub przy pomocy kantorku mgr. Przyłębskiej będzie obalał wszelkie ustawy. Będą stanowiły argument, żeby w następnym roku obalić Dudę.
No tośmy sobie pomarzyli.

Tak. Kadencja odbudowy demokracji. A moje marzenie to delegalizacja i osądzenie pis. Bo programy polityczne politycy zmieniają jak rękawiczki (jednorazowe).
Rozważania tej pani rzecznik SLD przypominają, jako żywo, stary dowcip o sekatorze – „…w d..ie mam wasz sekator!”. Sensem tych rozwazań jest to o czym pisujemy na SO od kilku lat. W skrócie lamentujemy nad tym, że:
– PO nie rozliczyła sie wewnętrznie i wobec swoich wyborców za okres kiedy sprawowała władzę; nie chodzi o sam fakt rozliczania, ale o to, że ciągle popełnia te same błedy z których była znana w okresie 2007-2015. Po pierwsze – doraźność zamiast programu, po drugie zaniechanie wszelkich reform, po trzecie reaktywność zamiast własnej drogi, etc., etc., po n-te w końcu – zgrani politycy, zamiast poważnych zmian kadrowych. Skutki są opłakane – Grzegorz Schetyna pytany od 2016 roku o koalicję odpowiada nieustannie „ona ma byc gotowa na wybory parlamentarne 2019”. Na razie utworzono na wybory samorządowe kadłubową Koalicję Obywatelską złożoną z 1,5 partii – trudno bowiem resztki Nowoczesnej uznać za partię pełnowymiarową. Tymczasem po 3 latach rządzenia pisowców i dość przeciętnym wyniku KO w wyborach samorządowych (wielkie miasta to raczej sprzeciw wobec dyktatury PiS, niż sukces KO) , okazuje się, że droga do stworzenia poważnej koalicji prodemokratycznej nadal jest długa i niepewna. Czego brakuje, na co nawet taki entuzjasta KO jak Pan Redaktor Skalski zwraca uwagę. Brakuje po pierwsze – minimum programowego, minimum operacyjnego i minimum kadrowego. Zamiast tego Schetyna z Gasiuk-Pichowicz zademonstrowali ruch, który obniza wiarygodność jakiegokolwiek porozumiewania sie koalicyjnego. Zgadzam sie z Panem Ernestem, że Katarzyna Lubnauer w tej sytuacji zachowała się racjonalnie i politycznie, co nie zmienia oceny samej hucpy. Damage cotrol zamiast poważnych prac koalicyjnych to nie jest budujący scenariusz. Musimy go jednak przerobić. Pomysł na premierostwo Władysława Kosiniaka Kamysza jest wart rozważań, ale jednak cały czas mówimy, że premierem powinien byc lider największej partii koalicyjnej. Pomysł na WKK jest zreszta pomysłem otoczenia Tuska i gdyby przeszedł pokazałby niesamowitą klasę Schetyny, którego ambicje osobiste cały czas są spychane na plan dalszy. Jeżeli do wyborów majowych nie będzie wielopodmiotowej koalicji opozycyjnej z PO, .N, SLD i PSL oraz z kimkolwiek innym kto zechce do niej przystąpić, to nici ze zwyciestwa opozycji w wyborach parlamentarnych jesienią. .
*
Czytając artykuł Ernesta Skalskiego zastanawiam się nad cierpliwoscią wyborców. Słyszą oni ciagle, że teraz trzeba odsunąć PiS i przywrócic instytucje demokratyczne a zatem problemy m.in. podatków, aborcji, zwiazków partnerskich, państwa świeckiego musza poczekac na kolejne kadencje. W ten sposób za 30 lat Polska będzie skansenem na skale światową, gdzie nie rozwiazuje sie problemów realnych a wydumane przez miejscowych troglodytów politycznych, o umysłowości prymitywa z pałą. Tak się nie da – kadencja przywracania demokracji musi uwzględniać postęp społeczny a nie konserwowanie ciemnogrodzkiego status quo. Inaczej nie pokonamy pisowskich najeźdzców wewnętrznych.
W ten sposób za 30 lat Polska będzie skansenem na skale światową,….PL jest już ostatnim skansenem katolickiego ciemnogrodu w Europie…
Dziękuję za rzeczowy komentarz, Panie Sławku.
Powtarzam za Panem: „…problemy m.in. podatków, aborcji, związków partnerskich, państwa świeckiego muszą poczekać na kolejne kadencje. W ten sposób za 30 lat Polska będzie skansenem na skalę światową…” Wszystkie te problemy są sporne, a wybory może wygrać tylko szeroka koalicja, w której są/będą dzielące ją te właśnie problemy. Łączyć zaś ją mają rudymenty demokracji, które nie oznaczają odtworzenia III RP.
Ich odtworzenie po wygranych wyborach to ciężka praca, z przeczekaniem wetowania Dudy i obstrukcji TK. Jeśli jednocześnie zajmiemy się sporami w sprawach m.in. podatków, aborcji, związków partnerskich, państwa świeckiego, to realizujemy upiorny scenariusz, który nam pokazała pani Żukowska. Niech ręka boska!
Może warto zapowiedzieć, że wybieramy Sejm – Konstytuantę, skupiony na tworzeniu zrębów V RP i może on, nie rozpraszając się, obskoczy zadanie szybciej niż w cztery lata.
Tak czy inaczej to nie jest kwestia 30 lat. Teraz to idzie szybciej.
Tylko wygrajmy już te cholerne wybory!
Mnie nie trzeba przekonywać, że najbliższe wybory będą dotyczyć rzeczy najważniejszych – wyboru Sejmu – Konstytuanty do budowy fundamentów V RP na gruzach zniszczonych fundamentów III RP. Trzeba przekonać wyborców. To, naturalnie że pisze o tym Redaktor Skalski, jest ważne i bardzo potrzebne. Tyle tylko, że to właśnie powinni wyborcom powtarzać od 3 lat szefowie i działacze PO – począwszy od Grzegorza Schetyny. To właśnie powinno być juz od dłuzszego czasu przedmiotem partnerskich rozmnów rzeczonej PO ze wszystkimi prodemokratycznymi siłami politycznymi. Albo takich rozmów nie ma, albo komunikacja zawodzi. Dopóki ich nie będzie, słuszne stwierdzenie „Tylko wygrajmy już te cholerne wybory!” pozostanie zaklęciem zbliżonym do rosyjskiej ruletki, zamiast być przedmiotem systematycznej, politycznej pracy. Ale może chociaż poufne rozmowy się toczą?
Z jednej strony przytoczony komentarz pani rzecznik nie jest pozbawiony sensu. Jest niestety całkiem realny.
Nieprawdopodobnoe nagromadzenie nieszczęść? Czemu nieprawdopodobne? Ponad połowa już jest faktem. Duda jest prezydentem, TK jest opanowany, PiS będzie miał (na dzień dzisiejszy wszystko na to wskazuje) koło 200 mandatów i nie pozwoli odrzucić weta. Ewentualne spory już teraz mozna przewidzieć…
Z drugiej strony – jaka jest alternatywa?
Załóżmy, że nie pójdzie do wyborów Zjednoczona Koalicja, ale powiedzmy dwa bloki. Katolicko-ludowy i centrolewicowy. I wspólnie zdobywają odpowiednia ilośc mandatów by odsunąć PiS od władzy.
Czy cokolwiek się w opisanym scenariuszu zmienia? Otóż nic!
Nadal prezydent może wetować i odsyłać do TK, nadal uchwalenie budżetu jest problematyczne, nadal będą spory koalicyjne!
Także jedyny sens tej „przepowiedni” to przestroga, by zawczasu dogadać się co do warunków brzegowych i postarać się zneutralizować tyle zagrożeń ile się da.
Natomiast niespecjalnie bym się bał ewentualnych kolejnych przedwczesnych wyborów w przypadku nawet niemozliwości uchwalenia budżetu.
1. Przegrane wybory mogą zdemobilizować PiS i utrwalić ruchy odśrodkowe.
2. Jedna z najistotniejszych rzeczy, jakie się zmienią natychmiast i to z racji ustaw przegłosowanych przez PiS, to przejęcie władzy nad prokuratuą i zwierzchnictwo nad sądami przez KO.
Nie wyobrażam sobie, że zwłaszcza w prokuraturze wszyscy są szczęśliwi z posodu działań Ziobry. W tej chwili mają gwarancję ukrócenia kariery, jeśli zamanifestują niezadowolenie. Natychmiast po powołaniu nowego rządu, a co za tym idzie przejęciu zarządu nad prokuraturą przez KO wszelkie bariery i zahamowania znikną. Gnebieni będą chcieli się odegrać. Karierowicze bez kręgosłupa odwrócą się o 180 stopni i tym gorliwiej będą oskarżać swoich poprzednich politycznych mocodawców. Szambo, które wybije, nawet jeśli PiSu nie zatopi, to będzie kolejnym podowem do tarć wewnątrz obozu obecnej władzy. Żeby tę łódż uratować będzie trzeba pozbyć się balastu, jakim zapewne stanie się frakcja ziobrystów, tarcia wewnątrz PiS sie nasilą….
Także ewentualne wcześniejsze wybory mogą przynieść straty przede wszystkim samemu PiSowi – tak się wydaje.
Więc najważniejszym problemem dla Koalicji (czy przed, czy powyborczej) jest niepokłócenie sie przez pierwszy rok – do czasu nowych wyborów prezydenckich. By potem jak najszybciej poprawić funkcjonowanie państwa (moim zdaniem najlepiej więcej władzy i pieniędzy zostawć w samorządach). W kazdym razie tu wracamy do tego, co piszą Sławek i redaktor Skalski:
Trzeba wyaracować formułę współpracy. Najlepiej taką, gdzie ugrupowania wchodzące w skład KO nie tracą swojej tożsamości. Tu największa rola jest PO. PO musi ustąpić miejsca, jesli chce faktycznie zaprosić do współpracy, jeśli głównym jej celem jest usunięcie PiSu. Pomysł z Kosniakiem-Kamyszem w roli premiera jest całkiem dobry.
I myślę, że nie byłby dla Schetyny tak kosztowny. Mam wrażenie, że GS wcale teraz nie mysli o funkcji premiera, meczących wyjazdach, spotkaniach itd. Myślę, że jemu bardziej odpowiadałaby funkcja „prezesa Polski”.
Pozdrawiam serdecznie
Bez osądzenia przestępców – w tym tych ,, konstytucyjnych” – przede wszystkim , żadne następne punkty wspólnego programu , nie mają jakiegokolwiek sensu .
Jestem niejako zawiedziony, że ani Autor, ani nikt z Komentatorów nie wspomniał, iż w KO jest również Inicjatywa Polska z panią B. Nowacką. Moje uznanie zyskała tym, że jako pierwsza przedłożyła dobro publiczne nad interes jej ugrupowania. W ramach koalicji będę głosował na jej kandydata/kę przynajmniej dopóki pis jest u władzy.
Na tej samej zasadzie nie mam wciąż zaufania do pani K. Lubnauer, pamiętając jej obszerny wywiad w rozmowie z POLITYKĄ, zaraz po objęciu schedy po R. Petru. Wprawdzie w sprawie koalicji zmieniła stanowisko – ale czy poglądy?
Mam też wrażenie, iż umyka świadomość, że jesteśmy na etapie mozolnego tworzenia koalicji wyborczej, a nie rządowej z programem gospodarczym i społecznym. Dla koalicji wyborczej wystarczającym spoiwem jest moim zdaniem usunięcie pis-u jako warunek konieczny do odzyskania państwa prawnego – i prawego. Widać, z jakim trudem do liderów partii i partyjek dociera fakt istnienia D’Hondta, i co z jego metody wynika.
Z czasem pewnie zrozumieją, że im mniej pis-u, tym znacznie więcej miejsca na scenie – dla nich. A może pomyślą i o tym, że tylko jedna, wielka koalicja miałaby szansę na wygranie wyborów z przewagą umożliwiającą postawienie prezydenta przed TS? Wówczas niestraszne byłyby żadne obstrukcje z tej strony.
A co później? Nie każdy „zwycięzca” musi wejść do rządu koalicyjnego tworzonego na zasadzie kompromisów. Ale to już inna bajka.
Ernest Skalski – Jedno zdanie wyłącznie dla Pana. Mam dla Pana na wirtualną Gwiazdkę wirtualny kask, żeby od tłuczenia w mur – przynajmniej głowa nie bolała. 🙂
Odniosę się do propozycji aby pan Kosiniak-Kamysz został premierem, cytując swoje zapiski z 2016 r.:
Rano w audycji Jacka Żakowskiego poseł Kosiniak-Kamysz, przewodniczący PSL, skrytykował ustawę „Za życiem” (4000 zł dla kobiety która urodzi niepełnosprawne dziecko). Powiedział: – To najbardziej prymitywna realizacja obietnicy złożonej przez premier Szydło.
Tego samego dnia Kosiniak-Kamysz wraz z całym klubem PSL głosował za przyjęciem ustawy.
I odnoszącą się do współpracy opozycji propozycję Marka Borowskiego, przedstawioną także w 2016 r.:
Trzeba się uzbroić w cierpliwość (…) ale nie czekać z założonymi rękami. To już kieruję raczej do moich upartyjnionych koleżanek i kolegów – to bardzo dobrze, że są razem, ale już trzeba zacząć przygotowywać wspólne stanowiska w formie projektów ustaw dotyczących kształtu państwa. Czy nawet jakichś drobnych zmian konstytucyjnych, np. w sprawie przyjmowania przysięgi od sędziów Trybunału. Teraz [opozycja] nie może. Ale powinna mieć pakiet uzgodnionych projektów. Na zasadzie: z tym idziemy do wyborów i to będziemy realizować. Służba cywilna, prokuratura, media, inwigilacja, Trybunał… Taki powinien być przekaz: regulujemy te kwestie nadbudowy, które tworzyły państwo z ukształtowanym trójpodziałem władzy, o wyraźnie zakreślonych kompetencjach, a także państwo sprawiedliwe i uporządkowane, dające szansę ludziom, niepartyjniackie właśnie. Bo wyciągnęliśmy wnioski z tych dwudziestu paru lat. (…) Przydałby się taki opozycyjny parlament, który działałby w formie cyklu konferencji i spotykał się np. w Sali Kolumnowej Sejmu i tam przeprowadzał debaty nad własnymi projektami ustaw. Tak jak należy: z udziałem organizacji społecznych, ekspertów itp. Za trzy lata taki pakiet byłby wspólny dla całej opozycji demokratycznej. To pokazałoby, że opozycja wyciąga wnioski z przeszłości. Bo wprawdzie rząd PO-PSL dość sprawnie przeprowadził walkę z kryzysem, ale inne obszary funkcjonowania państwa (wymienione już służba cywilna, prokuratura, media publiczne, sprawność sądów itp.) – to nieszczęście.
Może ktoś z Państwa zaobserwował jakiś postęp od tego czasu?
W tym momencie zgadzam się najbardIej z komentarzem @Starego Outsidera. Chodzi o postawienie wierchuszki PiS pod sąd. Czy w Polsce nie ma prawnika, który sformułowałby akt oskarżenia dla Kaczyńskiego za stworzenie i nielegalne wbrew zasadom państwa prawa kierowanie partią, rządem systemem prawnym i prezydentem? Podobne zarzuty można postawić członkom rządów PiSowskich w obecnej kadencji i dekadę temu. Przecież obecny osobnik prezydento podobny łamał konstytucję wielokrotnie bez zmrużenia oka i pomimo upomnień autorytetów prawniczych. To samo można zarzucić pani kierującej TK jak własnym kurnikiem… Jeśli opozycja może się zjednoczyć, to chyba właśnie pod hasłami odsunięcia PiSu i prezydenta od władzy. A nie po to, by walić głową w mur z powodu malowanego prezydenta.
@ Andrzej Pokonos,
Pewnie jest taki prawnik. Albo nawet wielu. Ale w tym momencie nie ma to sensu, bo prokuratura nie dopatrzy się znamion przestępstwa. Albo będzie badać dowody, jak filmiki z głosowania, na których ewidentnie widać głosowanie na dwie ręce, tak, żeby ich nie zobaczyć.
No ale po zmianie rządu i – co za tym idzie (zgodnie z prawem przygotowanym przez PiS) – przejęciem zwierzności nad prokuraturą przez nowego ministra sprawiedliwości, zmieni się to natychmiast.
Jak nie kto inny, to prokuratorzy karierowicze „bez kręgosłupa” wywindowani przez Zero Ziobrę sami zaczną oskarżać poprzednie władze, żeby zachować stanowsisko.