Ernest Skalski: Jak się polepszy, to…

09.12.2018

Bardzo mi się nie podoba numer, który wyciął pan Grzegorz z panią Kamilą & consortes.

Do wygrania wyborów potrzebna jest koalicja co najmniej dwóch różnych i różniących się partii, połączonych wspólnym, nadrzędnym celem, wygrania wyborów. Jak składa się z dwóch, trzech, czterech partii, to ma odpowiednią ilość klubów w Sejmie. I już bardziej się w tej koalicji zespalać nie ma potrzeby. Przestaje to wtedy być koalicją, a staje się jedną partią. Koalicja wyborcza ma wystawić wspólną listę, z ustalonymi w procesie rokowań, kandydatami ustawionymi na kolejnych miejscach i już!

Tak pomyślana, funkcjonowała do niedawna Koalicja Obywatelska, złożona z Platformy i Nowoczesnej, osłabionej po numerze jaki, dokonując rozłamu, wyrządził jej założyciel, Petru i po wpadce z radnym Kałużą. A szło tej koalicji ostatnim czasie niezgorzej.

Zobaczmy:

Badanie IBRIS z ostatnich dni pokazuje, że PiS miałby swoje 38 procent głosów, w wyborach parlamentarnych, ale nie dałoby mu to absolutnej większości – hurra! – bo 50 procent uzyskałaby maksymalnie zjednoczona opozycja. Spójrzmy na dane w sondażu IBRIS, w rozbiciu na poszczególne ugrupowania– to pierwsza liczba. Druga to wynik późniejszego o kilka dni sondażu Onetu.

Uwzględniamy tylko partie wyraźnie opozycyjne w wobec PiS. Nie uwzględniamy partii-wizji Biedronia. Sumujemy opozycję w zestawie koalicji-minimum, bez Razem i Biedronia, bo ich udział w takiej koalicji jest bardzo problematyczny. W wersji IBRIS jest to 48 procent, w wersji ONET – 46,7 procent głosów. Toże krasiwo.

Mnie też, szanowni państwo oponenci, nużą te ciągłe liczby, ale w wyborach nie ma od nich ucieczki. Nawet gdy wyniki sondaży są obarczone ryzykiem błędu w okolicy trzech do czterech procent i gdy wyniki wyborów mogą się różnić od sondażowych, to przeważanie jedne i drugie są zbliżone i powinny być podstawą planowania politycznego. Z uwzględnieniem trendów, które w ostatnich dnia okazały się korzystne dla opozycji. Sondaże pokazują, że poparcie dla PO wzrosło w krótkim okresie po wyborach samorządowych. A po trzech latach od wyborów 2015 roku, PiS znalazł się defensywie wizerunkowej.

W tej sytuacji zamieszanie na linii PO – N szkodzi koalicji – opozycji, nie pomaga Platformie i udowadniać tego chyba nie trzeba. Trzeba natomiast zastosować technikę znaną jako damage control, w której pierwszym ruchem powinno być niedopuszczenie do powiększania się szkody. Nawet jeśli wymaga to sporego samozaparcia się i powstrzymania odruchu natychmiastowej reakcji. Jest to jeden z podstawowych warunków profesjonalizmu w polityce i w biznesie.

Wygląda na to, że Katarzyna Lubnauer spełnia ten warunek. Nie udaje, że nic się nie stało, bo stało się i robienie dobrej miny do złej gry byłoby naruszeniem innej ważnej zasady damage control: nie zaprzeczać, nie mataczyć, nie szukać wybiegów, bo i tak się wyda i będzie gorzej.

Szefowa poszkodowanej .N, otwarcie wypowiadając bardzo ostre zarzuty, nie zrywa kontaktów, zapowiada rozmowy ze Schetyną i nie opuszcza koalicji. I chyba opanuje takie pomysły, pojawiające się w Nowoczesnej.

Czy skandal ten przyschnie, przestanie być istotny po jakimś czasie, czy będzie jątrzył, rozrastał się, tego z góry nie można przewidzieć. Lepiej, żeby Nowoczesna opanowała zrozumiałe odruchy i nie pogarszała swojej sytuacji, wychodząc z koalicji. Oznaczałoby to osłabienie całej opozycji, a dla N znalezienie się na marginesie, na którym funkcjonują PSL i SLD.

PSL i – w mniejszym stopniu – SLD bliskie są krawędzi pięciu procent i mogą stracić reprezentację parlamentarną. Wejście do koalicji wyborczej jest dla nich gwarancją, że tak się nie stanie i szansą, że będą w koalicji rządzącej, jeśli opozycja wygra. Szansę na wygranie z PiS ma jedynie Koalicja Obywatelska poszerzona o PSL i SLD. Rozpatrywany lewicowy blok; PSL i SLD, plus jakaś lewicowa drobnica, może uchronić jego członków przed wypadnięciem z Sejmu, lecz utrzyma podział głosów opozycji. Nawet gdyby cała ta opozycja łącznie zdobyła więcej głosów niż PiS, to pozostanie on przy władzy.

Naturalnym liderem koalicji jest Grzegorz Schetyna. Są jednak argumenty przemawiające za tym, aby w przypadku przystąpienia do koalicji PSL, został nim, więc również kandydatem na premiera, Władysław Kosiniak– Kamysz. WKK w tej sytuacji zapowiada odrębność, ale obawy PSL przed zdominowaniem w KO, powiększone po incydencie z Nowoczesną, powinny w poważnym stopniu się zmniejszyć, jeśli lider partii zostałby liderem opozycji, z perspektywą bycia szefem rządu.

Grzegorza Schetyny nie zna (we wrześniu) 6 proc. badanych, lidera PSL – 33. Do Schetyny 45 procent całości badanych nie ma zaufania, a ma je 23 procent. Kosiniakowi – Kamyszowi ufa 29 procent badanych, a brak zaufania deklaruje 16 procent. Jeśli będzie miał dobrą kampanię, to łatwo będzie zbudować jego dobry wizerunek wśród nieznającej go jednej trzeciej społeczeństwa.

Opozycja nie może sobie pozwolić na walki wewnętrzne. Grzegorz Schetyna powinien zostać na czele Platformy, największej i najważniejszej części opozycji. Wielkoduszny gest w stosunku do PSL poprawi wizerunek jego i całej opozycji.

A jeśli w 2019 roku PiS, zdobywając ponownie mniej głosów niż partie opozycyjne łącznie, pozostanie przy władzy, to liderzy opozycji, którzy nie przyczynili się do zawarcia koalicji, zostaną na pewno rozliczeni przez swoje partie. Dotyczyć to będzie przede wszystkim Schetyny.

Wyniki wyborów na prezydentów miast mogą skłaniać partie do spróbowania swoich szans w wyborach do europarlamentu i tworzenia koalicji dopiero na bazie uzyskanych wyników. Zdecydowanie większą korzyść jednakże zapewni im wystartowanie już jako koalicja w tych wyborach i odniesienie w nich znaczącego sukcesu. W tym celu przy tworzeniu koalicji potrzebne jest dokonanie procentowego podziału mandatów i ew. stanowisk rządowych, korzystnego dla mniejszych ugrupowań, kosztem Platformy.

Optymalnym rozwiązaniem byłoby wejście w rok 2019 dużej koalicji już z ogłoszonym programem i pokazanie, że nie jest to koniunkturalny twór, powołany w ostatnim momencie przed wyborami.

A po wyborach? Historia pokazuje, że świetlana przyszłość zawsze okazuje się trudnym dniem dzisiejszym. Spójrzmy na Facebook i jeden z tamtejszych obrazów tego jutrzejszego „dzisiaj” (tekst napisała Anna Maria Żukowska, rzeczniczka SLD):

Wyobraźmy sobie taką sytuację: powstaje szeroka Koalicja Obywatelska od lewa do prawa – od PSL–u, przez PO, nieistniejącą już, jako samodzielny byt, Nowoczesną, nieistniejący jeszcze Ruch Biedronia, Partię Razem, Zielonych i SLD. Wygrywa wybory. Uff, „pokonaliśmy PiS”. Schetyna zostaje premierem.
I co dalej? Teraz jest ten moment, zapowiadany zresztą przez wielu zwolenników Frontu Jedności Narodu, w którym następuje „a potem się kłóćcie do woli”. No to tak:

– na pierwsze 100 dni rządu Razem i SLD oczekują od rządu progresywnych podatków i wyższej stawki godzinowej
– Fasadowa Nowoczesna żąda obniżki podatków i zajęcia się losem ciemiężonych przedsiębiorców (przywrócenia elastycznych form zatrudnienia)
– SLD, Razem i Zieloni domagają się natychmiastowej liberalizacji aborcji i wypowiedzenia konkordatu
– PSL chce utrzymania konkordatu i zachowania status quo w sprawie aborcji
– Nowoczesna z Biedroniem chcą, by kobieta musiała konsultować swoją decyzję dotyczącą ciąży z jakąś komisją
– Platforma chce obniżenia podatków, podwyższenia wieku emerytalnego i niezajmowania się sprawami które „dzielą Polaków”. Premier Schetyna wygłasza mocne orędzie, w którym mówi, że właśnie wreszcie udało się naród scalić i pogodzić, i apeluje do Polek i Polaków, by nie zajmowali się tematami ideologicznymi. „Teraz jest czas odbudowy państwa po PiS–ie, musimy się zająć przywróceniem demokracji i niezależnego sądownictwa, o sprawy takie, jak aborcja, spierać się będziemy mogli pózniej, teraz trzeba odbić z pisowskich rąk kluczowe instytucje demokratyczne: TK i SN. Musimy napisać specustawy, które to wszystko odkręcą”.
– Schetyna pisze specustawy, Duda, który jest prezydentem jeszcze przez rok, ich nie podpisuje. Ponieważ do Sejmu dostały się tylko dwa bloki: PiS i Anty–PiS, nie ma jak odrzucić prezydenckiego weta, bo d’Hondt spowodował, że opozycyjny klub PiS to 48% składu Sejmu. Duda nie podpisuje generalnie ŻADNEJ ustawy. Te mniej ważne kieruje od razu do wciąż obsadzonego nominatami PiS–u TK. TK je uwala (nie będzie przecież kręcił sobie sznura na własną szyję).
– Jest grudzień 2019 roku, trzeba uchwalić budżet. Jeśli nie uda się go przegłosować w Sejmie, to za 4 miesiące oznacza to koniec rządu Anty–PiSu i przedterminowe wybory, bo prezydent zarządzi skrócenie kadencji. No więc lewica chce w budżecie zwiększenia pomocy socjalnej dla emerytów i rencistów i obniżenia wydatków na zbrojenia, zamiast tego chce te pieniądze przekazać na oświatę. Nie zgadza się PO i N. W nocy 16 grudnia przychodzi do tzw. „Pieczary” Grzegorza Schetyny Kamila Gasiuk-Pihowicz i komunikuje mu, że albo ona zostaje premierem, albo ma w dupie budżet i ona i inni dysydenci z Nowoczesnej nie zagłosują za uchwaleniem budżetu. Schetyna każe jej wyp***, ale ona i jej frakcja nie przychodzą na głosowanie w sprawie budżetu. By się ratować, Schetyna zamyka wszystkie wyjścia z Sejmu, ale i tak nie ma wystarczającej liczby posłów, bo niektórzy skorzystali z metody opracowanej przy okazji głosowania nad projektem Ratujmy Kobiety i zacięli się w kiblu. Rządowi nie udaje się uchwalić budżetu. Prezydent Duda ogłasza skrócenie kadencji Sejmu i muszą się odbyć nowe wybory.

EDIT: Jest jeszcze wersja nr 2: ponieważ w Sejmie klub PiS ma z powodu d’Hondta tylko 2 posłów mniej od rządzącego AntyPiS–u, PiS wyciąga Anty-PiS–owi troje posłów z 5 ławy poselskiej, obiecuje im ministerstwa, a współmałżonkom prezesa Orlenu, KGHM–u i ENEI, ci się zgadzają, bo właściwie to nie wyznają żadnej konkretnej idei, nie są ani prawicowi, ani lewicowi i PiS z powrotem przejmuje stery władzy w Polsce bez rozpisywania nowych wyborów.”

Co można powiedzieć o takiej prognozie? Że choć jest ona prawdopodobna, to nie jest prawdopodobne nagromadzenie się aż wszystkich tych nieszczęść.  A przede wszystkim, że są sposoby, aby temu zapobiec, co nie znaczy, że na pewno będą one zastosowane. Wpierw jednak wygrajmy te wybory.

By to zrealizować utwórzmy tę koalicję. Możliwie szeroką, choć niekoniecznie z marginalnym planktonem, zaczadzonym ideologicznie. Trzeba by ją tworzyć szybko, żeby społeczeństwo miało się czas z nią zapoznać i z jej PROGRAMEM. Ważkim, konkretnym, porywającym, nikomu nie szkodzącym itp. W tym programie nie mogą się znaleźć postulaty, których członkowie koalicji nie mogą zaakceptować. Czyli członkowie koalicji muszą zaakceptować fakt, że w programie nie będzie wszystkich ich postulatów, które oni uznają za ważne.

Przykład; ok. 15 procent społeczeństwa jest za praktycznie całkowitym , zakazem aborcji. Ponad 40 procent jest za utrzymaniem obecnego stanu prawnego i mniej więcej tyle samo za daleko posuniętą liberalizacją. Postulat liberalizacji w programie podzieli tę większość, która zgodnie jest przeciw zakazowi i może przyczynić się do pozostawienia przy władzy PiS, wraz ze stała groźbą wprowadzenia zakazu.

Powinno być ustalone, że jest to program na pierwszą kadencję po wygranych – oby! – wyborach. Kadencję odbudowy demokracji. W kolejnych kadencjach, w warunkach demokracji, możemy się spierać o wszystko, wreszcie „kłócić do woli”.

Łatwo przewidzieć, że Duda sam, lub przy pomocy kantorku mgr. Przyłębskiej będzie obalał wszelkie ustawy. Będą stanowiły argument, żeby w następnym roku obalić Dudę.

No tośmy sobie pomarzyli.


Print Friendly, PDF & Email

11 komentarzy

  1. emwe 2018-12-09
  2. slawek 2018-12-09
    • jacekm 2018-12-12
  3. Ernest Skalski 2018-12-09
  4. slawek 2018-12-10
  5. Mr E 2018-12-10
  6. igorowa 2018-12-10
  7. Stary outsider 2018-12-10
  8. PIRS 2018-12-10
  9. andrzej Pokonos 2018-12-11
  10. Mr E 2018-12-11
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com