Agnieszka Wróblewska: Kompleksy hamulcem rozwoju

Jeśli skandale mogą być motorem dla postępu, jak głosił któryś filozof, to ja chciałabym puścić w obieg inną mądrość życiową: kompleksy i zawiść są hamulcem tego rozwoju.

Przyszło mi to do głowy przy okazji dorocznego święta, jakim jest masowy udział Polaków w pięknej, humanitarnej akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Akcja niesie samo dobro, a jednak dla panującej nam obecnie władzy jest nie do przyjęcia. Głównie dlatego, że jej twarzą jest Jerzy Owsiak, który nie kryje braku sympatii do PiS-u. Władza ciągle szuka na Owsiaka jakiegoś haka, wytacza mu procesy, szkaluje go i obrzydza, ale wszystko na nic — przegrywa z masowym poparciem ludzi i dla Akcji i dla jej bohatera.

Placówki dyplomatyczne dostawały od obecnego rządu polecenie, żeby nie wspierały zagranicznych sztabów WOŚP, posłowie PiS proponowali, żeby zwalniać z posady funkcjonariuszy publicznych, którzy angażują się w tę akcję itp. Wszystko na nic – finały akcji pokazują, że te ataki ze strony rządzących przynoszą odwrotny skutek – sumy wpłacane na leczenie rosną z każdym rokiem i przy takim poparciu społeczeństwa, jakie Owsiak ma, trudno przeciwnika uśmiercić.

Ale przemilczeć można. I podczas kiedy opozycyjne media „żyją Owsiakiem” od wielu tygodni, rządowe starannie ten temat omijają.

W naszym mocno podzielonym narodzie strona obecnie rządowa cierpi na brak t.zw. idoli. W sondażach poparcie ma, ale tak się składa, że rodacy z charyzmą, sławni w kraju i na świecie rzadziej są zwolennikami pisowskiej władzy. Niby to „lepszy sort” wygrał wybory, ale trudniej w tej większości znaleźć uznane gwiazdy i talenty z rozmaitych dziedzin nauki czy kultury. I raczej nie ich głosami udało się PiS-owi zdobyć poparcie większości narodu.

O ile jednak świat nauki i kultury jest bardziej niezależny od kaprysów władzy, o tyle inaczej wygląda los kadry kierowniczej w gospodarce państwowej. Na szczęście od upadku komuny minęło sporo czasu i od państwowej nomenklatury wolna jest już większość polskiej gospodarki. A co za tym idzie — od karzącej ręki państwa tak wiele już tam nie zależy. Majątek narodowy jest w znacznej części w rękach prywatnych i partyjnej nomenklaturze nie podlega. Ale tam, gdzie jeszcze ręka państwa sięga, nowa władza gorliwie to wykorzystała.

Przypadek pospiesznej wymiany dyrekcji w państwowej stadninie koni to tylko drobny, chociaż efektowny przykład czym się kończy zachłanny apetyt na stanowiska i co za tym idzie — wymiana kadr kwalifikowanych na „własne”. Stadnina miała pecha – doskonałą renomę na świecie, wielkie zyski na dorocznych aukcjach – to wydawał się łakomy a łatwy do połknięcia kąsek. Pierwsi poszli do odstrzału i nowa władza miała pierwsze zaskoczenie – łakomy kąsek okazał się niestrawny, atrakcyjne miliony uciekły sprzed nosa.

Fakt, że z końmi nie wypaliło, nie zniechęcił bynajmniej decydentów do kolejnych eksperymentów kadrowych. Ludzie bez stosownych kompetencji, ale za to swoi, zasiadają w kolejnych dyrektorskich fotelach państwowych. Wielu z nich tylko „na próbę”, biorą sute odprawy, bo szybko nadają się do wymiany.

Nie wiemy, ile ten eksperyment wszystkich nas kosztuje, ale wymownie świadczy o tym, jaką krótką ławkę kadrową mają obecni decydenci.

*

Jeszcze gorzej wygląda wymiana „nieswoich ludzi” na swoich w sferze nadbudowy. Tak się składa, nie przypadkiem zresztą, że znaczące w polskiej kulturze nazwiska, dorobek, jakim możemy się pochwalić, ludzie, których t.zw. świat podziwia i nagradza, stanowią w swoim – czyli naszym – kraju ciało obce dla obecnie panujących. Nie bez powodu zresztą — wielu z grona tych najlepszych jest w jawnej opozycji do tej ekipy.

Władze obecne, podobnie jak swego czasu komitety partyjne, arbitralnie zmieniają kierownictwo w teatrach czy muzeach. Mimo protestów i żelaznych argumentów przeciwko tym zmianom wyrzuca się ludzi „z nazwiskami” i światową renomą a mianuje na zwolnione miejsca z mniejszym dorobkiem za to swoich, dyspozycyjnych. I co gorsza, ta władza z kompleksem niekochanego dziecka, najbardziej lubi usuwać z drogi najbardziej znanych, nazwiska sławione i nagradzane w świecie. Robią to z naiwną wiarą, że dzięki tym manipulacjom urodzi się równie znana, a zarazem „ich” elita.

Obecny partyjny rząd, „zapomina” kim był Wajda, Jandzie obcina dotacje na prowadzenie teatru, niszczy dorobek teatru w Krakowie czy Wrocławiu, „poprawia” po linii partyjnej koncepcje muzeum, światowe sukcesy Pawlikowskiego czy Smarzowskiego w filmie łyka milcząco.

Ale najbardziej żałosny i dziwaczny jest właśnie stosunek zakompleksionej władzy do Wielkiej Orkiestry Jerzego Owsiaka. Tu już nie chodzi o elitarny teatr, o który walczą t.zw. elity, a więc całą sprawę można przemilczeć. W akcji Owsiaka bierze masowo udział społeczeństwo, także wyborcy PiS-u, ale że sam Owsiak nie jest „nasz”, a nawet wprost przeciwnie, piękną i masową akcję humanitarną trzeba było ocenzurować.

Jakie świadectwo wydaje sobie władza, która próbuje ignorować idolów swojego narodu? Śmiać się czy płakać, że kiedy nagrody i sławę na świecie zdobywają nasi, to rządowe media starają się to przemilczeć. Przywykliśmy, że takie chwyty stosuje się tam, gdzie panuje dyktatura, a tu jest podobno demokracja.

Wracam do swojej „złotej” myśli wyrażonej na początku – kompleksy klasy rządzącej potrafią skutecznie hamować rozwój społeczeństwa i kraju.

Sojusznika znalazłam w artykule politycznego komentatora Andrew Sullivana publikowanego na łamach „New York Magazine”. Według niego „demokracje upadają, kiedy stają się zbyt demokratyczne”. Autor uważa, że problem z demokracją nie polega na tym, że zawłaszczyły ją elity a odwrotnie – na tym, że oddały ją milczącej i niezbyt rozgarniętej większości. I że takie zjawisko, znane też pod nazwą populizmu, jest poniekąd procesem nieuniknionym.

Demokracja, jaką obserwujemy teraz w Polsce, różni się od „demokracji ludowej”, która towarzyszyła nam przez parę dziesięcioleci, ale też różni się od demokracji stosowanej w krajach zachodniej kultury parlamentarnej. Mamy sejm, jest w nim opozycja, są regulaminy itp. Pozory normalności są zachowane, ale jakieś pozory praktykowano także w minionej epoce jednopartyjnej. Teraz każdy mówi, co chce, jednak trudno mówić o kulturze parlamentarnej, kiedy „niewygodne” głosy posłów w dyskusji ogranicza się do 30 sekund, a posiedzenia Sejmu zwoływane są tylko trzy czy cztery razy w roku.

„Milcząca większość” w kraju nie domaga się poważnej debaty w parlamencie i na ich poparcie w wyborach to nie wpłynie. Obóz rządzący to wie. Sposób uprawiania przez nich parlamentaryzmu nie przesądzi o ilości oddawanych głosów. Głosy „milczącej i niezbyt rozgarniętej większości” zdobywa się przecież głównie przy pomocy rozdawania prezentów.

Mogą drugi raz wygrać, bo oprócz milczącej większości wyrosła już także kasta ludzi osobiście zainteresowanych trwaniem obecnego układu. Ale nie uda się Kaczyńskiemu osiągnąć celu, o jakim niewątpliwie marzy – wymienić narodową elitę na „swoją”. Wie, że z żonglowania stanowiskami nie da się ulepić „własnego” Wajdy, Owsiaka czy Smarzowskiego. Lubią mówić z pogardą o „nadzwyczajnej kaście”, która się panoszy i mąci, ale dużo by zapewne dali, żeby ta znienawidzona „kasta” dała im się uwieźć. Nic z tego – im bardziej „demokracja będzie demokratyczna”, w rozumieniu Sullivana, czyli im bardziej gorliwie władza będzie schlebiała szerokim masom, a ignorowała prawdziwe autorytety, tym bardziej będzie rósł dystans jaki ich dzieli od „nadzwyczajnej kasty”.

Agnieszka Wróblewska

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com