Arkadiusz Głuszek: To jest wojna. W tle disco polo i banjo

29.01.2019

Pewnie mało kto się spodziewał, że po upadku PRL, po wprowadzeniu demokracji parlamentarnej i zaspokojeniu podstawowych potrzeb egzystencjalnych, pojawią się zupełnie nowe problemy, których rozwiązywania dopiero trzeba się nauczyć. Dzięki pracy, demokracji, globalizacji i postępowi technologicznemu zmienia się świat wokoło. Ale nie dla wszystkich w tym samym stopniu.

Pojawiają się napięcia. Okazuje się, że wspólny język i religia przestają być wystarczającym spoiwem pomiędzy różnymi grupami społecznymi. Politycy, w gruncie rzeczy, robią, co do nich należy. Tak jest w systemach demokratycznych. Reprezentują grupę i jej interesy. Sami nie wymyślają wartości i potrzeb grupy, ale dbają za to o ich wyraziste wyrażanie. Problem pojawia się w momencie, w którym jakaś społeczność uświadamia sobie, że więzi kulturowe wewnątrz jej wspólnoty, są silniejsze od więzi pomiędzy nimi a resztą tzw. Narodu. Powoli upada mit wspólnej kultury narodowej. Dotychczas funkcjonująca szeroko rozumiana kultura narodowa zostaje zakwestionowana jako spoiwo społeczne. Rozpada się.

Jak widzimy, jest to proces gwałtowny. To jest wojna kulturowa. Nie wiemy, czy będzie to czasowy wstrząs, czy nastąpi trwały rozpad dawnej wspólnoty narodowej. I jakie będą konsekwencje. Czy wyłoni się nowy „naród disco polo” i zażąda niepodległości?

Inne kraje też mają swoje wojny kulturowe. Zadziwiająco podobne.

Zainspirował mnie rok 2016. Rok kampanii prezydenckiej w USA. Hasła, opinie w mediach społecznościowych, emocje na twarzach ludzi. Można sądzić, że zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Donald Trump wykorzystali bardzo podobne scenariusze, adresowali swoje programy do podobnych elektoratów. To czysty przypadek czy logika dziejów? Obydwaj panowie w trakcie swoich zwycięskich kampanii i później uruchomili procesy, które przykuwają uwagę swoim podobieństwem. Dawno niesłyszana agresja werbalna, megalomania i traktowanie państwa jak swoją własność, wzmocnienie siły instytucji religijnych, retoryka anty imigrancka, nieskrywane lekceważenie mniejszości (politycznych, etnicznych, wyznaniowych, seksualnych), jawny i podsycany konflikt z elitami mediów, kultury i nauki. A wszystko zwieńczone hasłem: Make America Great Again, które obecnie przybrało medialną formę MAGA. W polskiej wersji zostało to bardziej rozbudowane: wstawanie z kolan, upodmiotowienie Polski i zdemaskowanie „pedagogiki wstydu”. I w Polsce, i w USA po wyborach pojawił się gwałtowny opór społeczeństwa obywatelskiego.

Niedawno natknąłem się na dokument „Hillbilly” Sally Rubin i Ashley York z 2018 roku. To otwierająca oczy relacja z podróży reżyserek do ich rodzinnych stron.

Gościmy w domu dzieciństwa i młodości Ashley York. Słuchamy rozmów, opowieści i zaczynamy kojarzyć fakty zebrane z książek, mediów i podróży ostatnich 4 lat. Dolly Parton, ikona muzyki country, mówi o tym filmie: „Jestem szczęśliwa, widząc, że ktoś w końcu postarał się pokazać prawdziwą twarz naszej społeczności, a nie jej stereotypowy obraz wciąż obecny w głowach niektórych ludzi”. Artykuł Andrzeja Koraszewskiego opublikowany 19 stycznia 2019 na łamach Studia Opinii (Andrzej Koraszewski: Błąd sprzed 30 lat…) wskazał mi „polski trop” tej historii. Pomyślałem, że zestawienie zwycięskiego elektoratu z Polski i USA, ukazanie paraleli, może być interesujące.

Sądzę, że krótka charakterystyka amerykańskich wyborców Donalda Trumpa może być ciekawa dla Czytelników, którzy już we własnym zakresie porównają ich z polskimi. Skoncentruję się zatem na jednej społeczności. Jednej, ale bardzo ważnej.

Słowem-kluczem w tej historii jest „wieśniak” albo „burak z gór”. Albo w wersji amerykańskiej „redneck” lub „hillbilly”. Z czym mamy tutaj do czynienia? W oczywisty sposób z szyderstwem lub co najmniej lekceważeniem ludzi, którzy trzymają się swojego tradycyjnego sposobu życia i systemu wartości.   

Rednecks zamieszkują ogromny obszar interioru amerykańskiego, rozciągający się od stanu Wirginia na wschodzie aż po stan Nevada na zachodzie. Kolebką ich kultury, gwary i stylu życia były Appalachy. To wielki górski region, który powierzchniowo mógłby pomieścić dwie Polski. Nie są to góry w rodzaju Alp. To takie nasze Sudety albo Góry Świętokrzyskie. Appalachy stały się schronieniem dla irlandzkich i szkockich osadników, którzy uciekli z Wysp przed głodem, wojną i nieludzkim wyzyskiem w XVIII w. To właśnie ich potomków nazwano później hillbillies.

Hillbillies mają ciekawą i burzliwą historię, którą opiszę przy innej okazji. Interesujące jest, jak wielki wpływ mieli na rozwój Stanów Zjednoczonych i jak bardzo kręgi intelektualne Ameryki starały się tego wpływu nie zauważyć.

Hillbillies to społeczności związane przede wszystkim z gospodarką rolną lub wywodzące się z rolnictwa i w późniejszym okresie związane z przemysłem ciężkim, górnictwem i energetyką opartą na węglu, czyli ogólnie z gałęziami gospodarki, które już od dawna nie tworzą nowych miejsc pracy. Są przy tym zaorani przez wieloletnią biedę, słabiej wykształceni i dopiero od niedawna zaczynają powoli stawać na nogi.

Znajomi pochodzący ze wschodniego Tennessee opowiadali, że jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku bieda na wsi była tak duża, że będąc wówczas dziećmi, utykali zimą gazetami szczeliny w ścianach domów, żeby zatrzymać choć trochę ciepła. Nie było pieniędzy na opał. Dzisiaj jest lepiej, choć wciąż w niektórych regionach ponad połowa uczniów szkół podstawowych i średnich kwalifikuje się do otrzymania finansowanych przez państwo obiadów w szkolnych stołówkach. Do niedawna, w sezonie prac polowych, dzieci zatrzymywano do pracy w polu i nie posyłano do szkoły. Tak było jeszcze 30 lat temu. Teraz pewnie są to pojedyncze przypadki. Ale są, o czym świadczą wciąż, rygorystycznie przestrzegane, stosowne przepisy szkolne.

Hillbillies stworzyli spójną społeczność i charakterystyczną kulturę. Typowy hillbilly nosi brodę i tatuaże. Mówi charakterystyczną gwarą z południowym akcentem. Jeździ truckiem, czyli pick-upem i wozi ze sobą broń. Strzelbę i pistolet. Na co dzień nie dba o swoje ubranie robocze, w którym robi zakupy w supermarkecie, odwiedza bank, czy fast-food. Jednak po pracy z dumą wkłada skórzane kowbojskie buty i kapelusz. „Po pracy” oznacza weekend, ponieważ w tygodniu ludzie ci pracują od rana do późnego wieczora.

Hillbilly ceni życie rodzinne i w weekendy wybiera się w odwiedziny do rodziny albo na wycieczki do centrów rozrywki lub do miast-symboli jego stylu życia – na przykład Nashville, TN, gdzie funduje rodzinie luksusowy obiad, ponieważ lubi dobrze zjeść. Stek wołowy jest obowiązkowy. A na deser ciastko wielkości naszego małego tortu. Piwo jest podstawowym napojem. Po sutym obiedzie szklaneczka burbona i cygaro to zwieńczenie weekendowego relaksu. W tygodniu jednak jedynym pożywieniem jest lokalny fast-food.

Hillbilly jest wiernym kibicem swoich ukochanych drużyn footbolowej, koszykarskiej i basebolowej. Jest absolutnie zafascynowany motoryzacją i nie wyobraża sobie życia bez wyścigów NASCAR. Jest gotowy wydać całą swoją pensję na bilet na wyścigi w Daytona. Bardzo popularny jest też żużel.

Hillbilly kocha banjo i swoją narodową muzykę – country (notabene, w profesjonalnym środowisku muzycznym zwaną muzyką hillbilly) i nie przepuści żadnej okazji, żeby dostać się na koncert i potańczyć.

Jest wielu sławnych muzyków country, jednak ikoną tego stylu jest Dolly Parton, która ma swoje miasto – Dollywood u podnóża Smoky Mountains (południowa część Appalachów). To cel wakacyjnych pielgrzymek hillbillies.

Religia jest bardzo ważna w życiu hillbilly. Poza uczestniczeniem w nabożeństwach niedzielnych bierze czynny udział w życiu społeczności swojego kościoła. Jedno popołudnie w tygodniu pracuje na jej rzecz jako wolontariusz. Jego kościół to jeden z tzw. christian churches, czyli kościołów protestanckich, ale tutaj w odmianie południowej. Reprezentują one tzw. prywatną formę protestantyzmu, czym różnią się od bardziej uniwersalistycznego publicznego protestantyzmu, typowego dla północnych stanów.

Co ciekawe, hillbillies nie wydają się żyć całkowicie zgodnie z przykazaniami. Odsetek rozwodów jest bardzo wysoki, związki kazirodcze powyżej przeciętnej, a dzieci powszechnie odwiedzają w weekendy jednego ze swoich rodziców, który żyje w nowym związku. Normą jest posiadanie co najmniej dwójki dzieci ze wskazaniem na troje, a najlepiej czworo. Niezwykle rzadko spotyka się małżeństwa z jednym dzieckiem, ale to zazwyczaj rodziny … ekspatów z Europy.

Hillbilly poluje. W sezonie łowieckim poluje na jelenie, króliki, indyki, oposy, wiewiórki. Trzeba przyznać, że nie jest to jedynie sport dla zabijania. Jest to raczej tradycyjny sposób robienia zapasów na zimę, ponieważ mięso upolowanych zwierząt jest porcjowane i przechowywane w domowych zamrażarkach. Część mięsa jest suszona. Tak powstają owe sławne jerky. To niemal rodzinna aktywność, ponieważ do polowań przyuczane są też małe dzieci. Można mieć licencję już od 12 roku życia. Domy hillbillies ozdobione są trofeami, głowami jeleni i innych zwierząt. Broń jest wszechobecna. Na pytanie, ile sztuk broni posiadają, rzadko usłyszymy precyzyjną liczbę. Pojawia się wahanie i próba zgadywania – 20? 30? Stosunkowo rzadko już widzi się osoby chodzące z pistoletem w kaburze przy pasie. Jest to efekt wprowadzania coraz większej ilości publicznych miejsc gun free.

Hillbillies powszechnie wierzą w duchy. Jest to zresztą ich ulubiony temat rozmów towarzyskich. Nietrudno w miasteczkach znaleźć „nawiedzony domy”, które można zwiedzać za opłatą. Nietrudno się też domyślić, kto ma być odbiorcą ostatniego zalewu filmów i seriali o „żywych trupach”. Fox TV ma swoją publiczność, która najwyraźniej nie ma nic przeciwko fake news. Alternatywna rzeczywistość nie przeszkadza hillbillies.

Wszem wobec powtarzam, że hillbillies, pośród których mieszkam w ostatnich 4 latach, to wyjątkowo mili i przyjaźni ludzie, otwarci wobec nieznajomych, i którzy na każdym kroku oferują pomoc. Moja żona doświadczyła czegoś, co z naszej polskiej perspektywy jest niemal abstrakcją: młody człowiek zatrzymał swój samochód i w bardzo miły sposób zaoferował zmianę przebitej opony w samochodzie, na autostradzie, z dala od ludzkich siedzib i w deszczu, pomimo protestów żony, która czekała na pomoc drogową, wymienił ją, pobrudził swoją białą koszulę i do tego grzecznie i cały czas z uśmiechem na ustach, odmówił jakiejkolwiek zapłaty. Wyglądało to na „dobry uczynek”. Codzienne życie wśród tych ludzi jest prawdziwą przyjemnością.

Jest też łyżka dziegciu w tej beczce miodu. Gdyby moja żona była czarna, żaden biały hillbilly nie zaoferowałby pomocy. Ku-Klux-Klan został założony w Appalachach, w mieście Pulaski we wschodnim Tennessee. Przykro o tym wspominać.

Ci ludzie od samego początku spotykali się z lekceważeniem ze strony mieszkańców dużych miast, dużego biznesu, rządu federalnego, ale przede wszystkim mediów. I też do dzisiaj właściwie nie do końca zintegrowali się ze społeczeństwem amerykańskim. Smutno się robi, kiedy się ogląda sposób, w jaki ci ludzie byli portretowani w filmach i reportażach, jakie stereotypy krążyły i krążą na ich temat. To fakt, że ich ubiór, fryzury, tatuaże, męskie brody, biżuteria, czyli to co widać na pierwszy rzut oka, narzuca się swoją odmiennością. I ta ich gwara! W dwudziestowiecznych USA przez długie lata otwarcie mówiono o nich „white trash”. Tak! Dosłownie „białe śmieci”. Pikanterii dodaje fakt, że to nie była i nie jest społeczność wyłącznie biała. Mieszkają tam również czarni Amerykanie – tzw. Affrilachian.

*

I przyszedł rok 2016. Pojawił się Donald Trump. Pochylił się nad niełatwym życiem rednecks/hillbillies i dał konkretne obietnice: odbudowa górnictwa, nowe miejsca pracy w kopalniach, ochrona miejsc pracy przez zatrzymanie latynoskich imigrantów na południowej granicy. Obiecał nowe miejsca pracy i odrodzenie się klasy średniej. Ale co najważniejsze, coś, czego nikt im dotychczas nie obiecał, Donald Trump obiecał tym ludziom przywrócenie godności. Okazał szacunek dla ich ciężkiej pracy i dla ich odmienności. Trzeba było posłuchać jak do nich przemawiał. Serdeczny, empatyczny, dobry człowiek.

To było prawdziwe szaleństwo.

Rewolucja godnościowa. Przy okazji przywrócił im poczucie siły własnej wspólnoty. Pokazał wroga. Make America Great Again – zrównał Amerykę z ich światem. Oni uwierzyli, że są kwintesencją Ameryki, że USA to Appalachian. Nie obchodzi ich, że stanowią mniejszość w swoim kraju. Jeszcze za kadencji Obamy mądrzy ludzie, mieszkańcy opisywanego regionu, dzielili się ze mną w zaufaniu swoimi obawami o możliwy rozpad USA. Wówczas interpretowałem te słowa całkowicie na opak, że to postępowe stany Zachodniego Wybrzeża mogą chcieć secesji…

Prezydent Trump stara się spełnić obietnice wyborcze, wśród których budowa muru na granicy z Meksykiem zajmuje miejsce szczególne. To miał być znak firmowy tej prezydentury. Symbol izolacji, odgrodzenia się od złego świata zagrażającego wolności i stylowi życia … hillbillies. Trump zdaje się mówić: nie będzie mojego muru, nie będzie Ameryki. To jest język hillbillies. Cała Ameryka stała się ich zakładnikiem.

A w Polsce? Gdzie właściwie jest ten polski mur? Kto jest czyim zakładnikiem? Czy kraj stał się zakładnikiem prowincji? Czy to prowincja stała się zakładnikiem żoliborskiego intelektualisty, który ma ambicje stworzenia nowego polskiego człowieka?

Wydaje się, że jedyna siła, która jeszcze moderuje nastroje to strach, bowiem Polacy, dzięki historycznym doświadczeniom, chyba przeczuwają, że mają zbyt wiele do stracenia. Pomimo atrakcyjności disco polo.

Arkadiusz Głuszek

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com