Ernest Skalski: Prywata, sabotaż, niegodziwość

4.02.2019

Tak sądzę i inaczej nie mogę.

Censeo sum: za mojego życia Polska przeżyła o wiele większe nieszczęścia niż władza PiS, lecz pod koniec drugiej dekady XXI wieku, ona jest największym naszym nieszczęściem. Kto z PT. Czytelników się z tym nie zgadza, może sięgnąć po ciekawszą od tego tekstu lekturę.

Czy ci, którzy się z tym poglądem zgadzają, widzą inną możliwość pozbawienia PiS absolutnej większości w Sejmie – bo do tego się wszystko sprowadza – niż zapewnienie innej sile politycznej większej ilości głosów?

To nie jest pytanie retoryczne, bo sporo jest takich, którzy to widzą. Niech powiedzą, jak to ma wyglądać przy istnieniu przelicznika d’Hondta.

Jak na razie, PiS ma przed sobą dużą szansę na wygranie wyborów europejskich, które z palcem w zadku mogłaby wygrać zjednoczona opozycja. Są nimi bowiem bardziej zainteresowani proeuropejscy miastowi niż prowincja popierająca PiS.

W obecnej sytuacji politycznej, w Polsce, Europie i w świecie, układ sił w Parlamencie Europejskim staje się coraz ważniejszy. Jeśli chcemy, by Europa nas chciała i broniła, jeśli chcemy współdecydować o jej losach, to musimy tam mieć przedstawicieli wnoszących wkład w umocnienie i rozwój UE. Nie mogą nas tam kompromitować antyeuropejscy sabotażyści, nieudacznicy, poszukujący tłustych posad po nieudanej karierze. A takich zamierza tam posłać PiS.

I nie do przecenienia jest znaczenie tych wyborów dla sytuacji politycznej w kraju i dla wyniku tych najważniejszych, do Sejmu i do Senatu. Sukces rodzi sukces, a porażka porażkę. Sukces opozycji podbudowałby jej obraz jako skutecznej siły, co zawsze przyciąga niezdecydowanych, te kilka procent decydujących o wyniku.

Taśmy Kaczyńskiego zachwiały jego partią, ale to nie jest nokaut. Wahnięcie w dół nie jest większe niż dwa procenty. PiS wychodził już z większych dołków.

Oczywiście, nie wiemy, co będzie dalej. Czy wpadki tej partii jakoś się skumulują w świadomości centrum elektoratu, czy będą nowe w czasie decydującym o wyborach? Nie wiemy też, czy nie podłoży się czymś opozycja, a jaka teraz jest — każdy widzi. W takiej sytuacji, kalkulując, trzeba się opierać na stałych elementach gry i właśnie pojawił się nowy taki element, który już nie zniknie w najbliższych miesiącach. To…

…Partia Roberta Biedronia, Wiosna.

Od połowy zeszłego roku dotąd ulokowałem w Studio Opinii siedem artykułów z opisem kalkulacji wyborczej opartej na przeliczniku D’Hondta. Dwa z nich mają nawet Biedronia w tytule, a wszystkie są o tym, że tylko zjednoczona opozycja w składzie PO, PSL, SLD i N (jeśli coś z niej zostało) ma szanse pokonać i odsunąć od władzy PiS. Różnicą głosów wynoszącą zaledwie kilka procent.

W tym układzie, każda nowa, lewicowa społecznie, liberalna obyczajowo, inicjatywa odbiera głosy Platformie i SLD. Teoretycznie, także partii Razem, ale praktycznie tam nie ma nawet co wziąć. Gadanie, że taka Wiosna przejmie choć trochę wyborców PiS to tylko gadanie, w które chyba sami gadający nie wierzą. Jeśli nawet przyciągnie trochę wyborców, którzy by na nic innego nie głosowali, to Prawu i Sprawiedliwości od tego nie ubędzie, a obskubanej przez „W” Platformie, czy wciąż jeszcze możliwej, koalicji nie przybędzie. Nie zagrozi to niczym dotychczasowej władzy. Nie przekreśli korzyści, jakie daje Kaczyńskiemu inicjatywa Biedronia z jego retoryką.

Jej podstawa to sfera szeroko rozumianego obyczaju. Ale jest i część ekonomiczno-społeczna. Wiele tego, lecz clou to obywatelska emerytura w wysokości 1600 złotych miesięcznie dla każdego, niezależnie od wszystkich innych świadczeń. Czyli p. Dominika Kulczyk i jej brat Sebastian też to mają dostawać.

Skąd na to wziąć? Z wyliczanki środków wybieram punkt: „Sprawna opieka zdrowotna – 10 mld zł więcej w gospodarce, 3,6 mld zł oszczędności dla budżetu”. To albo niechlujstwo w sformułowaniu, albo wariactwo. Na świadczenia zdrowotne Narodowy Fundusz Zdrowia ma w tym roku przeznaczyć 83,66 mld zł. I służba zdrowia jest, jaka jest. Żeby była, jak być powinna potrzeba dodatkowo dziesiątków miliardów. Albo ze zwiększonego wkładu podatników, albo kosztem innych pozycji w budżecie. Których? A Biedroń tak tę służbę usprawni – są budujące konkrety – że gospodarce zwróci się z niej tę dychę? I jak się ma do tego te 3,6 mld zł oszczędności dla budżetu?

Pisowskie 500+ na 3,6 mln dzieci to 21,6 mld rocznie. A jakiś, uważający się za ekonomistę współpracownik Biedronia poinformował, że na 1600+ (19,2 tys./r.) dla każdego z prawie 9 milionów emerytów potrzeba 7,4 mld. Złotych. Wystarczy!

Zresztą, Biedroń może obiecywać, co chce. Wie, że nie będzie z tego rozliczany, natomiast będzie mógł mówić, że taka by była emerytura i inne beneficja, gdyby on rządził.

Rządził to on nie będzie i to wie, ale „Choćby się ministra rangi nie dosłużył, co wypił, to wypił, co użył, to użył” (Boy-Żeleński, „Słówka”) Po Palikocie, Kukizie i Petru będziemy mieć kolejną nowalijkę w Sejmie. Po drodze objawił się Zandberg, lecz nie podskoczył aż tak wysoko, choć tylko przekroczywszy trzy procent głosów, załapał się na dotację i miał swoje piętnaście minut w polityce.

Biedroń na fali zainteresowania będzie kandydował do Parlamentu Europejskiego, ale odmówi przyjęcia mandatu. Może się naciąć, bo rozsądny wyborca, wiedząc to, nie powinien mu dawać głosu na zmarnowanie. A lider chyba nie liczy na rozsądnych.

Zabierając głosy PO czy koalicji, zmniejsza szanse na demokratyczne rządy i na realne procedowanie postulatów natury obyczajowej, tych, o które naprawdę mu chodzi. A w Sejmie nadal — przy jego pomocy — opanowanym przez PiS, będzie mógł występować, ile chce w interesie swych zwolenników. Żaden z jego postulatów nie będzie realizowany. A już widać, że Rydzyk wysoko ceni swoje poparcie i za rezygnację z obstrukcji przy pomocy swojej partyjki, PiS będzie musiał zapłacić kolejnymi ustępstwami w sferze polityki, gospodarki, oświaty i obyczajów. Może nawet całkowitym zakazem aborcji.

Biedroń, żeby się ulokować w Sejmie, oszukuje zatem swych zwolenników. Inna rzecz, że bycie takim oszukanym nie świadczy o rozumie politycznym, jeśli w ogóle

Sześć, z czymś tam, procent poparcia miał on jeszcze przed niedzielną imprezą. Skoczyło mu, zdaje się, do dziesięciu. Gdyby opozycja była już zjednoczona i jednolita… Nie powiem, że od wspólnych demonstracji KOD w 2016 – choć to była okazja – i gdyby miała już ogłoszony wyrazisty program, to Wiosna by bardzo niewiele jej wzięła, bo ludzie lubią siłę, determinację, jednym słowem, potencjał.

… ale w Grenadzie zaraza

Czy jest możliwa jakakolwiek koalicja? Trzeba zapytać: po co? Tylko po to, by odsunąć PiS od władzy i wrócić do tego samego bagna, w którym żeśmy tkwili?

To ja dziękuję. Jeśli mielibyśmy dalej tkwić w konserwatywnej ściemie, gdzie państwo nie jest świeckie, gdzie zwykły człowiek nie jest zauważany, gdzie panują w dużej mierze korupcja i nepotyzm, naprawdę to nie ma sensu…

To Barbara Nowacka w roku 2017. Dwa lata wcześniej została liderem Zjednoczonej Lewicy (liderką? OK, jeśli Schetyna powie, że jest liderkiem). Jej ZL, z wynikiem 7,55 procent głosów, jako koalicja, nie przekroczył progu ośmiu procent i nie wszedł do Sejmu. W następnym roku Nowacka założyła stowarzyszenie Inicjatywa Polska. Z nim, w zeszłym roku, weszła do złożonej z Platformy i Nowoczesnej, Koalicji Obywatelskiej, nastawionej na odsunięcie od władzy PiS. Wynikałoby z tego, że zmieniła zdanie, a już na pewno, swoją sytuację, bo przy PO ma zapewnione wejście do Sejmu.

Jej Inicjatywa Polska jest ledwo zauważalna, ale liczy się rozpoznawalność samej Nowackiej i KO w swej pierwotnej formie mogła skorzystać wizerunkowo na jej obecności.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby w ostatnim czasie, może konkurując z Biedroniem, nie podjęła ona znaczącej części jego świeckich postulatów, przyjmowanych jako postulaty Platformy, do której się przyłączyła.

Odsunięcie PiS bezwzględnie wymaga od liderów opozycji jasnego odróżnienia tego nadrzędnego zadania od nawet ważnych, ale partykularnych celów i interesów ich ugrupowań oraz ich samych osobiście. Jeśli naprawdę chce się wygrać wybory, to w kampanii wyborczej wszystko musi służyć wygranej. I nie wolno robić niczego co tę szansę osłabia. Oznacza to, że trzeba jak najwięcej ludzi zjednywać i jak najmniej zrażać.

Faktyczny trójpodział władzy, niezależne sądownictwo, instytucjonalna ochrona obywateli i gospodarki przed politycznymi represjami każdej władzy, kompetentny aparat państwa, przywrócenie Polsce jej pozycji w Europie i świecie, rozsądna polityka energetyczna i ochrona środowiska, między innymi przed szaleńczymi inwestycjami PiS – to cele, które mogą zaakceptować prawie wszyscy poza zdecydowanymi zwolennikami PiS. Natomiast postulaty dotyczące; naprawy stosunków państwo – Kościół, nauki religii w szkołach, związków partnerskich mają co prawda coraz szersze poparcie, lecz to jeszcze nie znaczy, że już tylko radiomaryjny elektorat PiS jest im przeciwny.

Kościół i wszystko, co z nim związane, łączy się dla wielu nie tyle z wiarą ile z kulturą, w której żyły pokolenia, z atmosferą swojskości. Liczni ludzie mogą mieć do księży i Kościoła stosunek krytyczny, a źle przyjmują wszystko, co jakoś skierowane jest przeciw niemu. I bez wątpienia jest ich więcej niż tych, którzy nie zagłosują na coś, co pozbawione jest postulatów laickich. A gdy się walczy o każdy procent, zrażą one choćby pięcio- sześcioprocentowy elektorat PSL, bez którego w koalicji się nie wygra.

Kaczyński, przed wyborami, zamyka niektóre fronty. Nie eksponuje siebie, nie pokazuje Macierewicza, Pawłowicz i Tarczyńskiego, lawiruje w sprawie Europy, akceptuje orzeczenie TSUE, poświęca Chrzanowskiego i pozwala swoim krytykować Glapińskiego, odkłada podwyżki cen prądu i wpłaty na emerytury, wytrzymuje nieustanny nacisk Kościoła w sprawie zakazu aborcji. I przy tym niczego się nie wypiera.

Od działaczy opozycji nie wymaga się wyrzeczenia tych poglądów, które się nie znajdą we wspólnym programie wyborczym. Lecz jeśli nie chcą być tylko ich apostołami, lecz politykami z prawdziwego zdarzenia, to muszą wiedzieć, kiedy i co postulować i nie otwierać nowych frontów, ryzykując utratę przewagi na tym, który decyduje o całości. Jeśli to robią, to albo nie chcą dostrzec tego ryzyka, albo je świadomie wkalkulowują. Bo bardziej im zależy na wzmocnieniu swojej, przekładającej się na ilość ich mandatów, pozycji wśród tak samo myślących, niż na wynikach całej opozycji. Czyli na realnym przybliżeniu realizacji ich poglądów, możliwej tylko przy odebraniu władzy PiS.

Godzien jest polityk zapłaty swojej?

Wiadomo, że politycy starający się o dobro publiczne, łączą z tym również swe osobiste cele. I nie ma co udawać, że jest inaczej, bo to sytuacja optymalna i akceptowalna. Pretendentem do najwyższej nagrody, bycia premierem, jest lider opozycji, czyli lider jej najsilniejszego ugrupowania. Grzegorz Schetyna, który był wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych, marszałkiem Sejmu, ministrem spraw zagranicznych niewątpliwie ma kwalifikacje na szefa rządu. Lecz jednocześnie — w grudniu — nie ufa mu 46 procent badanych (o procent więcej niż Kaczyńskiemu) a ufa 24 procent. Kosiniakowi-Kamyszowi ufa – styczeń – 38, a nie ufa 15 procent.

Nie wchodząc w przyczyny, widać która kandydatura sprzyja, a która szkodzi opozycji. Decyzja w tej sprawie należy wyłącznie do przewodniczącego PO, bo jakakolwiek walka wewnętrzna może pogrążyć całą opozycję. Po zamieszaniu z wchłonięciem części koalicyjnej Nowoczesnej Platforma straciła w sondażach. Nadal jednak dominuje nad całą potencjalną opozycją i na niej spoczywa największa odpowiedzialność za zmontowanie koalicji.

Nie tak dawno temu, rozmawiałem z ważnym politykiem PO, który skomentował pomysł, żeby Schetyna odstąpił przywództwo opozycji liderowi PSL. Otóż nawet gdyby chciał to zrobić, usłyszałem, to stanie mu na przeszkodzie demokracja partyjna. Partia to nie masy członkowskie, ale działacze, którzy może zaakceptują działkę dla PSL, ale już jej nie pozwolą powiększać swoim kosztem, gdyż ze swoim premierem, czy nawet tylko liderem (po przegranej) ludowcy wzięliby więcej. Tylko Kaczyński może u siebie wszystko, bo on jest wódz.

Liderzy opozycji nie mogą dłużej ignorować faktu, że trwająca i coraz bardziej intensywna kampania wyborcza pilnie wymaga uwzględnienia czynnika, jakim jest mijający czas i zdania sobie sprawy, że już go wiele stracono i bardzo niewiele zostało. Mogli się byli porozumieć i nawet stworzyć koalicję jeszcze w roku 2016, występując razem na demonstracjach KOD. A jeśli będą nadal się naradzać, spierać, wypróbowywać swoje szanse w wyborach do PE, licząc na wzmocnienie swoich pozycji w ewentualnej koalicji, to może zawrą ją w ostatniej chwili, lecz nie uzyska ona zaufania i poparcia. Może już jest ta chwila, ale lepiej późno niż jeszcze później.

Istotnym wydarzeniem może się stać – może! – wspólna deklaracja byłych premierów i ministrów spraw zagranicznych, wzywająca wszystkich chętnych do zawarcia koalicji w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie wiadomo jednak, jak się to ma do istniejących już partii politycznych. Czy toczą się już rozmowy w sprawie koalicji, kogo z kim? Czy jest jakiś roboczy komitet porozumiewawczy? Jednym słowem, czy coś się robi, czy też jest to piękna idea, rzucona w przestrzeń.

W tworzącej się koalicji niedopuszczalne są już dalsze rozgrywki, przetasowania organizacyjne i spory na temat programu oraz celów wybiegających poza jego realizację. Niedopuszczalne jest nieustające rozliczanie transformacji, jak i niedawnych niefortunnych posunięć. Konieczna staje się demonstracja zgody, bo kampania wyborcza ma swoje prawa. To nie jest dyskusja akademicka.

SLD i PSL znajdują się cały czas w pobliżu pięcioprocentowego progu. Wejście do koalicji, nawet w przypadku jej przegranej w wyborach parlamentarnych, zapewni im reprezentację w Sejmie. A jeśli PiS pozostanie przy władzy, uzyskawszy mniej głosów, niż wyniesie suma głosów partii opozycyjnych, które się nie zdołały połączyć, to liderzy zostaną w nich z tego rozliczeni i raczej nie zachowają swoich pozycji w partiach. Zmienią się przy tym na niekorzyść również warunki, w jakich partie opozycyjne działają. Nie tylko dla nich. Cały kraj zapłaci za ich niechęć czy nieumiejętność zawarcia koalicji. Liderzy opozycji, walcząc o więcej dla siebie przed wyborami, zmniejszają szanse na ich wygranie i przybliżają sytuacje, w której stracą to co już mają.

PiS łagodnieje przed wyborami, a jeśli je wygra, to już nie będzie miał hamulców i będzie się mścił za przeżywane przed nimi upokorzenie i strach, poprawiając po kampanii, swoją opinię w skrajnie prawicowym segmencie elektoratu. Prawdopodobnie będzie realizował zobowiązania wobec ks. Rydzyka. Kryzysu gospodarczego zapewne nie będzie, lecz sytuacja na pewno będzie trudniejsza i mniej będzie środków na zaspokajanie oczekiwań i żądań społeczeństwa. W takiej sytuacji polityka wewnętrzna staje się bardziej opresyjna.

Na wewnętrznej może się nie zakończyć. Najprawdopodobniej, po niewypale Trójmorza, PiS tylko do wyborów odłożył przystąpienie do antyunijnej koalicji – Salvini, Le Pen, Orban – demontującej Unię Europejską.

Po roku 2015 okazało się że wcześniejsza lista strachów nie była przesadą, po roku 2019 może być tylko gorzej. I krótka będzie lista tych, którzy po stronie opozycji, będą za to odpowiedzialni.


Ernest Skalski

Dziennikarz, historyk


Ur. 18 stycznia 1935 r. w Warszawie
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com