Ludwik Turko: Generałowie ubiegłych wojen

08.02.2019

Kilka uwag o wyborach 2019 i nie tylko

Dwa razy wędrujemy w tym roku do urn wyborczych — w maju, by wybrać 53 europosłów, jesienią — by wybrać 460 posłów i 100 senatorów. Po zwycięstwie ogłoszonym przez obie strony w wyborach samorządowych 2018 rok 2019 jawi się jako czas ostatecznego pokonania sił zła przez siły dobra – chociaż co do identyfikacji dobra i zła istnieją zasadnicze rozbieżności, nazywane potocznie wojną polsko-polską.

Teza 1 – banalna

Wyborami decydującymi o Polsce lat 2020-2024 będą wybory parlamentarne 2019. Odsunięcie PiS od władzy będzie możliwe wyłącznie w sytuacji zwiększenia frekwencji wyborczej, konsolidacji głosów wyborczych i zminimalizowania efektów głosów oddanych na marginalne „bezmandatowe” komitety wyborcze.

Teza 2 – realistyczna

Wyborcy — a przynajmniej ich zdecydowana większość — nigdy i nigdzie, a w Polsce w szczególności, nie studiują szczegółowych programów wyborczych. Liczy się dar przekonywania, charyzma, chwytliwe i zrozumiałe hasła dopasowane do realiów czasów i miejsc. Liczą się emocje, a nie mędrca szkiełko i oko.

Teza 3 – obrazoburcza

Wyniki wyborów do parlamentu europejskiego – 53 europosłów – nie będą miały większego znaczenia dla kształtu polskiej sceny politycznej. Tworzenie wokół nich atmosfery „teraz albo nigdy” zamraża skostniały w zwarciu kształt polskiej sceny politycznej i jest działaniem, zwiększającym szanse wyborcze PiS w wyborach parlamentarnych.

Antyteza Tezy 3

Wybory do parlamentu europejskiego są bardzo ważne, bo dają możliwość sprawdzenia stanu społecznej gotowości, nastrojów i stać się miernikiem rzeczywistego, a nie tylko ankietowego poparcia poszczególnych nurtów opozycyjnych.

Rozwinięcie i synteza

Sytuacja PiS jest klarowna. I do europarlamentu i do RP-parlamentu będzie Komitet Zjednoczonej Prawicy, czyli PiS+2 przystawki. Po stronie opozycji lansowane jest z kolei sarmackie hasło „kupą mości panowie” – i do europarlamentu i do RP-parlamentu. Na wszystkie strony powiewa się magicznym zaklęciem systemu d’Hondta, który czyha na wyłamujących się z szeregu. Tymczasem sprawa wcale nie jest taka oczywista i prosta.

W przypadku wyborów do PE cała Polska jest jednym obwodem wyborczym – 53 mandaty są rozdzielane metodą d’Hondta na biorące udział w wyborach komitety wyborcze. Potem dopiero są przydzielane w poszczególnych okręgach wyborczych, ale to już jest inna historia. Natomiast do Sejmu wybiera się posłów bezpośrednio w okręgach wyborczych – 7-10 mandatów na okręg w zależności od liczby uprawnionych do głosowania wyborców w danym okręgu.

Ta różnica pociąga za sobą bardzo istotne skutki. Nie wchodząc tu w matematyczne subtelności, podam po prostu wynik: w przypadku wyborów do PE samo osiągnięcie progu 5% w skali kraju praktycznie zapewnia 4-5 mandatów europoselskich. W przypadku wyborów do Sejmu, żeby załapać się na mandat w okręgu, trzeba tam, niezależnie od 5% w skali kraju, zdobyć w okręgu co najmniej ok. 9-15% głosów. Taki wysoki jest tu próg wyborczy w przypadku wyborów sejmowych.

Tak więc komitet wyborczy, który startując w wyborach do PE, nie przekroczy owej barierki pięciu procent, udowodni swą nieroztropność i nie powinien liczyć na okazję „odegrania się” przy okazji wyborów jesiennych. Niech będzie to naturalną selekcją do wykorzystania przy budowaniu aliansów na jesienne wybory parlamentarne.

Jeszcze innymi słowy – budowanie trzonu wyborczego do PE odwołującego się do szacownych i zasłużonych weteranów czasów z pobliża obalania ustroju komunistycznego jest działaniem blokującym naturalny rozwój polityczny w Polsce. Podstarzali, doświadczeni w bojach generałowie mają zwykle znakomite koncepcje jak wygrywać przegrane bitwy z czasów swojej młodości, tyle tylko, że nigdy się nie wchodzi do tej samej rzeki. I tak po pierwszej wojnie światowej powstawały potężne betonowe bunkry wznoszone przez sztaby generalne – jak np. linii Maginota we Francji czy też linii Zygfryda w Niemczech – które okazały się całkowicie nieprzydatne w realiach II wojny światowej.

Wybory do PE mają w Polsce wyjątkowo małą frekwencję, na poziomie dwudziestu kilku procent. Przekroczenie w nich bariery trzydziestu pięciu procent byłoby dobrym prognostykiem dla opozycji na wybory jesienne. Opozycja bowiem ma większe możliwości mobilizacji nowego elektoratu, wprowadzając nowe elementy programowe, niedostępne z natury rzeczy dla skostniałego obecnego reżimu PiS. Możliwości te będą jednak wykorzystane tylko wtedy, gdy opozycja zerwie z dogmatem budowania kolejnych, coraz potężniejszych łańcuchów betonowych umocnień, przy których sławetne linie Maginota czy Zygfryda będą niczym konstrukcje z klocków Lego.

Z ciekawością śledzę przebieg wydarzeń związanych z pojawieniem się lutowego wiosennego ożywienia na naszej scenie politycznej. Bez kłopotu można wychwytywać życzeniowe i nierealizowalne w zapowiadanym czasie elementy programowe Wiosny Roberta Biedronia. Nie w tym jest jednak rzecz – vide Teza 2. Nie to się liczy dla wyborców. Liczą się emocje, nastroje, nadzieja. Wiosna już wprowadziła ożywienie i nowy element do zbyt już usztywnionej polskiej sceny politycznej. Dlatego też próba zagonienia Biedronia do fortyfikacyjnych korytarzy jest dziwaczna, nierealistyczna i szkodliwa. Akurat te wybory, wybory do europarlamentu będą dobrym sprawdzianem, co oferowany towar jest wart. A na razie – nie przeszkadzać. Żeby nie szkodzić samemu sobie.

Ludwik Turko

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com