Bogdan Miś: Życie z komputerem

Troszkę historii osobistej

05.03.2019

Właściwie maszyny do liczenia fascynowały mnie od dzieciństwa. Już jako uczeń szkoły podstawowej wolałem się bawić suwakiem logarytmicznym mojego wuja, niż grać w piłkę nożną…

Niejaką rolę odegrał tu też artykuł Tadeusza Unkiewicza (świetny dziennikarz, popularyzator nauki z okresu „wczesnego PRL”, współtwórca nieistniejących już dziś „Problemów”, które sporo potem współredagowałem) o amerykańskim „mózgu elektronowym” o nazwie ENIAC. Nie to, żebym nie myślał o niczym innym od przeczytania tego tekstu, ale – zapamiętałem go.

No, ale to było wieki temu.

Na serio zaczęło się, gdy byłem studentem ostatniego roku matematyki na Uniwersytecie Warszawskim, to jest w roku akademickim 1958/59. Jakoś długo nie mogłem znaleźć swojego miejsca w matematyce. Bardzo mnie interesowały podstawy, to jest teoria mnogości i logika; czytywałem z zainteresowaniem ukazujące się prace z teorii informacji, ogromnie lubiłem analizę funkcjonalną (z pewnością w wyniku ogromnej sympatii i szacunku dla prof. Stanisława Mazura, na którego seminarium uczęszczałem – i który przecież przyjaźnił się z samym Banachem!), raczej też spodziewałem się, że po studiach zostanę na Wydziale – ale w sumie moja sytuacja życiowa pod koniec studiów nie była jasna.

Artykuł opublikowany również w Biuletynie Polskiego Towarzystwa Informatycznego

I wtedy właśnie okazało się, że będzie zorganizowane seminarium z programowania maszyn matematycznych. Zapisałem się na nie natychmiast, choć o przedmiocie miałem dość blade pojęcie. Zasadzało się ono na kilku czy kilkunastu przeczytanych artykułach i książkach i jednym odtwórczym i informacyjnym wyłącznie referacie o komputerach, który wygłosiłem na jakimś krajowym zjeździe studenckich kół matematycznych. Nieżyjący już dziś świetny matematyk, podówczas asystent, prof. Aleksander Pełczyński powiedział mi zresztą po wysłuchaniu mojego wystąpienia – Misiu, ciekawe; ale co to ma wspólnego z prawdziwą matematyką?

Rzeczywiście, w toku studiów matematyka obliczeniowa nie była specjalnie dobrze traktowana. Było (chyba na II lub III roku studiów) proseminarium – czy laboratorium – na którym ćwiczyliśmy obliczanie wartości wielomianu schematem Hornera przy użyciu jakichś kalkulatorów typu „kręciołek”, był chyba fakultatywny wykład metod numerycznych – ale to wszystko. Kto wie, o czym mówię – zrozumie: to były ciężkie nudy. „Rachunki” (mówię tu o studentach prestiżowej sekcji teoretycznej; była poza nią na wydziale jeszcze sekcja mechaniki i najmniej, niestety, ceniona, sekcja nauczycielska) były w niewielkim poważaniu: ciut wyżej niż dydaktyka nauczania, zdecydowanie wyżej niż PML (młodzieży wyjaśniam: Podstawy Marksizmu-Leninizmu) czy elementy filozofii. Ale w sumie niezbyt wysoko. Ot, było w programie, to trzeba było zaliczyć; więc „się chodziło”.

Tak wyglądał pierwszy polski komputer

Powracając jednak do owego seminarium. Zostało ono zorganizowane, ponieważ właśnie wtedy uruchamiano w budynku Instytutu Matematycznego PAN na Śniadeckich 8 – pierwszy polski komputer XYZ. No i on wymagał obsługi, bo ta garstka ludzi, która go oddała do użytku wraz z podstawowym oprogramowaniem systemowym – do poważnej pracy i pełnego wykorzystania maszyny była zbyt nieliczna.

Wstyd powiedzieć, ale prawie zupełnie nic nie pamiętam z tego seminarium. Pamiętam, że prowadził je dr Antoni Mazurkiewicz wespół (chyba) z dr. Andrzejem Wakuliczem, a jednym z uczestników był Andrzej Blikle (tak, ten sam). Ale czego się tam uczyliśmy?

Zabijcie mnie, nie pamiętam. Jak przez mgłę widzę schematy organizacji maszyny von Neumanna, do dziś pamiętam niektóre polecenia poznawanego języka programowania (bardzo niskiego poziomu, ciut wyżej od zero-jedynkowego języka wewnętrznego maszyny, dziś się na to mówi assembler). Pamiętam na przykład, że koniec pliku zaznaczało się kodem MRHDS 0063, co w tłumaczeniu binarnym dawało ciąg samych jedynek…

Nie pamiętam, żebym się na tym seminarium jakoś specjalnie wyróżniał – ale wczesną zimą roku 1959 zaproponowano mi (chyba zrobił to właśnie Antoni Mazurkiewicz, ale głowy nie dam) oraz kilku innym osobom podjęcie pracy przy owym XYZ. Powstało mianowicie Biuro Obliczeń i Programów przy Zakładzie Produkcji Doświadczalnej Maszyn Matematycznych.

No i tam dostałem posadę programisty; nie bez znaczenia dla mojej decyzji było to, że pensja programisty była nieco wyższa niż zarobki asystenta na uczelni. A także to, że w tym momencie nikt mi asystentury na uczelni nie proponował…

Tak wyglądałem w czasach XYZ — i przy nim

To był w sumie całkiem sympatyczny okres w moim życiu. Chodziliśmy w białych fartuchach, do XYZ-a z nabożnym podziwem ciągnęły wycieczki – a to literatów jakichś, a to (co było znacznie ciekawsze) panienek z pobliskiego liceum…

Tylko programować mi się – prawdę mówiąc – dość szybko odechciało. Bo dostałem do rozwiązania koszmarne zadanie. Już nie pamiętam, jaka instytucja zgłosiła takie zapotrzebowanie, ale matematycznie to była katastrofa nie do opanowania: rzecz sprowadzała się do znalezienia numerycznych rozwiązań jakiegoś gigantycznego układu równań całkowych. Chyba było ich ponad tysiąc, a ja w dodatku o równaniach całkowych wiedziałem w ogóle bardzo niewiele, a o metodach ich rozwiązywania – to już zupełnie nic. Skromnie szacując – pojawił się w perspektywie rok roboty, polegającej głównie na poznawaniu tematyki, która mnie w ogóle nie interesowała.

Ale póki co – dłubałem przy tym cholernym układzie. A w wolnych chwilach (moich i maszyny) bawiłem się różnymi fikołkami przy stoliku operatora. XYZ mianowicie komunikował się z użytkownikiem albo przez czytnik i perforator kart dziurkowanych, albo przez dwa zielono błyszczące oscyloskopy. Na tych oscyloskopach widać było zawartość pamięci: jasny punkt to była jedynka, ciemny – zero. Pomysł narzucał się sam: wprowadzając odpowiednie liczby do pamięci, można było na ekranie oscyloskopu ułożyć jakiś wzorek. No to ułożyłem kiedyś taką dziewięciopolową szachownicę 3×3, a w poszczególnych polach nauczyłem maszynę wyświetlać schematyczne kółka i krzyżyki.

Już wiecie co zrobiłem. Każdy zna grę w kółko i krzyżyk. Przy poprawnej grze nie ma zmiłuj: zaczynający nie może przegrać. Wystarczy rozpatrzeć wszystkie możliwe układy na ekranie i zaprogramować reakcję maszyny na konkretny wybrany przez człowieka układ. Czysto mechaniczna w gruncie rzeczy sprawa.

Co i zrobiłem.

A potem okazało się, że stworzyłem jedną z pierwszych gier komputerowych w Polsce.

Dużo bardziej mnie to bawiło niż te cholerne równania całkowe.

W Biurze Obliczeń i Programów w ogóle żyło się ciekawie i na pewnym luzie. Byliśmy straszliwie młodzi: średnia wieku pracownika merytorycznego nie sięgała 24 lat. I – jak to młodzi – byliśmy hardzi i pyskaci.

Pewnego razu nowy szef personalny („cywil”, nie matematyk; nawet nie inżynier) wydał jakieś srogie zarządzenie w sprawie wzmożenia dyscypliny pracy. I wprowadził „książkę wyjść”, do której trzeba było wpisywać cel i powód wyjścia. Następnego dnia na tablicy ogłoszeń ukazał się anons „ja, niżej podpisany, dr AB, oświadczam, że spóźniam się do pracy średnio półtorej godziny dziennie, bo cholernie nie lubię rano wstawać”. Jednocześnie wszyscy pracownicy płci męskiej wpisali się do wspomnianej książki tekstem jednobrzmiącym: „wyjście od 12.00 do 14.00 do knajpy, cel: picie wódki i rozmowy towarzyskie”.

Ciut inaczej to było sformułowane, nieco mniej elegancko – ale mniejsza o szczegóły.

Następnego dnia nie było książki wyjść. Szef dał sobie spokój: wiedział doskonale, że naszej roboty nie wykona nikt inny w Polsce. No, w każdym razie w Warszawie.

Jeszcze jedna zapamiętana scena. Przyszła wycieczka pań ze Związku Literatów Polskich. Przy stoliku operatora siedzi Kamosz, czyli dr Krzysztof Moszyński (dziś, oczywiście, profesor). Któraś z pań pyta nabożnym tonem – a co pan robi, panie profesorze? Na co Kamosz: wstyd przy damach powiedzieć, macierz odwracam…

Ja z kolei musiałem kiedyś oprowadzić po lokalu kilkanaście licealistek, które miały się zapoznać ze „szczytem techniki XX wieku”. Już z nimi wchodziłem do sali z maszyną, gdy któryś z kolegów palnął: – tylko pamiętajcie, dziewczyny, to co pan magister wam pokaże za tą blaszaną szafą, to niekoniecznie będzie rura pamięci…

Jak pisałem, nasze zarobki – choć większe niż na uczelni – nie były satysfakcjonujące. Towarzystwo w pewnym momencie zaczęło z tej przyczyny „szumieć”, co władze potraktowały śmiertelnie poważnie i przysłały nam na oficjalne rozmowy jakiegoś instruktora z komitetu partyjnego; z samej góry, czyli z Wydziału Nauki KC. Onże instruktor wyjaśnił nam, że nie mamy prawa narzekać: bez wątpienia wolimy naszą pracę od zajęcia dużo lepiej od nas zarabiającego górnika dołowego, czy nawet murarza; a dlatego mianowicie wolimy, że w socjalizmie płaca inteligenta zawiera coś, co nazwał „rentą przyjemnościową”, a czego nie ma pracownik fizyczny.

Ta nowatorska teoria ekonomiczna tak nami wstrząsnęła, że daliśmy sobie spokój z okazywaniem niezadowolenia.

Moja sytuacja tymczasem się zmieniła – i to zasadniczo. Najpierw poproszono mnie (zupełnie znów nie pamiętam okoliczności) o napisanie cyklu artykułów o matematyce do… tygodnika dla dziewcząt „Filipinka”. Mniej więcej w tym samym czasie wspomniane na początku „Problemy” zwróciły się do mnie z zamówieniem materiału o maszynach matematycznych i XYZ w szczególności; i znów: nie pamiętam kto i jak. W każdym razie okazało się, że umiem pisać rzeczy drukowalne.

Potem już poszło. Zacząłem publikować w różnych miejscach. Nawiasem mówiąc, to było wtedy niesamowicie dobrze płatne zajęcie. I bardzo je polubiłem.

Zaraz po tym – a może i w tym samym czasie – Telewizja Polska ogłosiła otwarty konkurs na prezenterów i komentatorów. „Dla draki” zgłosiłem się; naprawdę, nie wiązałem z tym żadnych planów, chodziło mi o czystą zabawę. Konkurs był wieloetapowy i trwał koło roku; po każdym etapie byłem przekonany, że tu właśnie kończę w nim udział – i okazywało się, że przeszedłem dalej. Na końcu znalazłem się w tuzinie finalistów; a startowało – proszę sobie wyobrazić – ponad 2000 osób. Minimalne wymagania wstępne, to było pełne wyższe wykształcenie i znajomość jednego obcego języka; kolejne etapy sprawdzały tzw. predyspozycje: opanowanie polszczyzny, warunki fizyczne i głosowe, orientację ogólną, odporność na stres…

No i tym dwunastu finalistom zaproponowano podjęcie pracy w telewizji. Jako pracownicy etatowi lub na umowę-zlecenia, wybór był nasz.

Wybrałem to drugie, bo tymczasem – zresztą już po kilku miesiącach pracy przy XYZ, zaraz po zrobieniu magisterium – mój uwielbiany profesor Mazur zaproponował mi asystenturę na Wydziale, w katedrze Analizy Matematycznej. Oczywiście, pracując w Biurze, cały czas chodziłem na jego seminarium, pod jego kierunkiem pisałem też pracę magisterską, stąd zapewne ta propozycja.

Nie muszę chyba mówić, że mając w kieszeni Uniwersytet (etat asystenta, to było wtedy 8 godzin dydaktycznych tygodniowo plus udział w seminarium…) i dodatkowe zatrudnienie w telewizji z jednej strony, zaś z drugiej strony – 8 godzin dziennie w prestiżowym, bo prestiżowym, ale jednak biurze – wybrałem to pierwsze.

To „dodatkowe” miejsce pracy bardzo szybko okazało się głównym. W telewizji trafiłem najpierw – na krótko – do redakcji popularnonaukowej, potem zaś do redakcji teleturniejów. Mój teleturniej matematyczny „Śladami Pitagorasa” dość szybko zyskał sobie znaczną popularność, ja zaś „poszedłem za ciosem”. W ciągu lat związku z telewizją – najpierw na umowie, potem etatowej – zrealizowałem setki programów, głównie popularnonaukowych, i przeszedłem przez niemal wszystkie formalne szczeble kariery, kończąc jako zastępca dyrektora programowego.

I tu się mój praktyczny kontakt osobisty z komputerami i informatyką urywa właściwie na bardzo długo. W ciągu trzydziestu lat, które przepracowałem na Uniwersytecie, a potem — po odejściu z uczelni, bo pogodzenie dwóch całkowicie różnych zajęć okazało się niemożliwe — w prasie i telewizji, oczywiście wiedziałem, co się dzieje w „branży”, bo śledziłem na bieżąco fachowe doniesienia. Napisałem w tym czasie mnóstwo artykułów popularnonaukowych, publikowanych właściwie w całej liczącej się ówcześnie prasie (wymienię tu cykl artykułów w słynnym „Życiu i Nowoczesności”), zrealizowałem kilkadziesiąt programów telewizyjnych (w tym spory reportaż z Zakładu Aparatów Matematycznych), jedną książkę o maszynach matematycznych i związanych z nimi problemach przetłumaczyłem z rosyjskiego („Współczesna matematyka i cybernetyka”, PWN 1969), jedną książkę sam napisałem dla Biblioteki „Życia i Nowoczesności”, napisałem też jakąś książeczkę („Centrum Obliczeniowe”) dla dzieci…

W sumie za to wszystko zebrałem w ciągu kilku lat prawie wszystkie nagrody dziennikarskie, jakie można było zdobyć za popularyzację nauki. Przy okazji pochwalę się, że ostatnią poważną tego rodzaju nagrodę dostałem w wieku 77 lat, kiedy zostałem uznany za popularyzatora roku 2013.

W czasie stanu wojennego odszedłem (niezupełnie z własnej woli, choć formalnie – tak właśnie) z telewizji i pracowałem kilka lat w różnych tytułach prasowych. Nie ma co tych lat omawiać, bo zupełnie nie miałem wówczas związku z informatyką (oczywiście – jak przez całe moje życie – poza lekturami).

Z jednym wyjątkiem: w połowie lat osiemdziesiątych nabyłem sobie pierwszy komputer osobisty. Od tej pory jakaś maszyna – co najmniej jedna – stoi zawsze na moim biurku.

Ten pierwszy komputer, to było „Spectrum” Clive’a Sinclaira. Rolę monitora grał maleńki przenośny telewizorek „Junost”, pamięcią masową był najzwyczajniejszy magnetofon kasetowy.

„Spektruś”, czyli mój pierwszy komputer osobisty

Wciągnęło. Przypomniałem sobie zasady programowania i zacząłem się nim bawić, głównie programując jakieś dość w sumie banalne algorytmy teorioliczbowe i algebraiczne.

Szukając nadal swojego miejsca w życiu, trafiłem znowu do uczelni. Mianowicie, zatrudniono mnie jako starszego wykładowcę w jednej z pierwszych prywatnych uczelni w Polsce, mianowicie Wyższej Szkole Ubezpieczeń i Bankowości. Początkowo prowadziłem tam zajęcia z matematyki, ale po chyba roku okazało się, że studentów koniecznie trzeba uczyć podstaw informatyki, a konkretnie obsługi pakietów biurowych – procesorów tekstu, arkuszy kalkulacyjnych i narzędzi do robienia prezentacji. Nie wymieniam ich tutaj, bo każdy wie, o co chodzi. I co królowało w epoce systemu MS-DOS. Pracując w WSUiB, napisałem dla studentów i wydałem nakładem uczelni cieszący się pewnym powodzeniem spory skrypt „Podstawy informatyki”. Potem prowadziłem zajęcia z informatyki jeszcze na innych uczelniach, dla adeptów dziennikarstwa tym razem.

Praca na uczelni – zwłaszcza że była to czysta dydaktyka – nie zajmowała mi zbyt wiele czasu. Nie pamiętam dokładnie, jak to się stało – chyba wyczytałem to po prostu w ogłoszeniu – zgłosiłem się do konkursu na redaktora naczelnego polskiej wersji znanego międzynarodowego pisma komputerowego „PC Magazine”, które planował wydawać sprywatyzowany dopiero co PWN. Wygrałem ten konkurs i od roku 1992 pełniłem tę funkcję. Na uczelni oczywiście też pozostałem.

Kilka słów o tym okresie, który oceniam w sumie jako dość dziwny. Poczynając od samego konkursu, w którym byłem oceniany przez ludzi całkowicie „cywilnych”, niemających o komputerach ani informatyce bladego pojęcia; myślę, że wybrali właśnie mnie z powodu wspomnianych wyżej nagród dziennikarskich oraz tego, że z racji dawnej pracy w telewizji miałem dość rozpoznawalną twarz.

Muszę tu nadmienić, że moja dotychczasowa znajomość roli redaktora naczelnego okazała się całkowicie archaiczna. W czasach, zwanych dziś przez niektórych „słusznie minionymi”, redaktor naczelny pisma był bez przesady bogiem i carem; decydował o wszystkim, od linii pisma, doboru treści i współpracowników, do zatrudnienia sprzątaczek. Nad sobą miał wprawdzie dyrektora wydawnictwa, ale rola tego ostatniego sprowadzała się wyłącznie do czysto usługowej organizacji pracy redakcji (zaopatrzenia, środków technicznych, transportu, zawierania umów z drukarnią itp.) i obsługi finansowej, tzn. prowadzenia dla redakcji księgowości. Wszystkie decyzje merytoryczne, do których był uprawniony, dyrektor wydawnictwa typu prasowego podejmował wyłącznie na wniosek lub za zgodą redaktora naczelnego.

A tu było całkiem inaczej.

Po pierwsze, dostałem całkowicie skompletowany (bardzo nieliczny zresztą) zespół redakcyjny. W sumie w znakomitej większości okazali się doskonałymi fachowcami, ale miałem w tym zespole również pana, którego jedyną chyba zaletą było spędzenie pewnego czasu w USA, gdzie – owszem – zapoznał się praktycznie z komputerami, ale mimo to uparcie nazywał „katalog” – „dyrektorią”, a jego pojęcie o programowaniu i informatyce było w strefie, powiedzmy, niskich stanów średnich.

Zatem na personalia nie miałem żadnego wpływu. Okazało się niebawem, że na linię pisma – też bardzo niewielki: określała to szczegółowo umowa licencyjna, która pozwalała mi jedynie dowolnie wybierać do przetłumaczenia i publikacji teksty z oryginału amerykańskiego (także dawne) oraz dodawać do numeru miesięcznika 10% zawartości własnej. Oznaczało to m.in., że o rodzącym się polskim przemyśle informatycznym nie da się sensownie pisać; zresztą nie bardzo miał kto pisać, bo zespół zajmował się głównie tłumaczeniem tekstów z oryginalnego PCM, ich redakcją i opracowaniem graficznym. Żadnego reportera ani dziennikarza samodzielnie piszącego nie miałem.

Zresztą – do pisania o polskich dokonaniach informatycznych konieczne było własne laboratorium, w którym dałoby się je testować. Chodzi o testowanie zarówno maszyn, jak i oprogramowania. Opieranie się na doniesieniach i informacjach prasowych producentów byłoby – moim zdaniem – skrajnie nieetyczne, bo nie ulegało dla mnie wątpliwości, że znajdą się wśród nich zwykli kłamcy.

Przy okazji: w owych czasach amerykańskie laboratoria wydawnictwa Ziff-Davis, licencjodawcy, zatrudniały 50 inżynierów, wśród których byli ludzie z tytułami profesorskimi. W wydawnictwie tym na rzecz amerykańskiego oryginału pracowało łącznie ok. 3000 ludzi.

A tu – nie tylko o laboratorium nie było mowy, ale mój maleńki zespół wyposażono w trzy (słownie: trzy) komputery osobiste IBM PC. To model… Jeszcze sprzed XT, który zrewolucjonizował świat. W czasie, w którym pojawiał się system Windows i w sprzedaży były już maszyny z procesorem 360. Czułem się jak kustosz w muzeum informatyki.

A myśmy kolejne numery wyklejali na papierze i robili grafikę całkowicie ręcznie. Zaś ilustracje szły do nas z USA zwykłą przesyłką pocztową. Nie powiem, lotniczą. Wszystko razem niemal jak przed półwieczem.

Nie mogę kłamać: to nie były w skali światowej ekstremalnie złe (w każdym razie personalnie) warunki. Wersja izraelska PC Magazine zatrudniała… tylko jednego człowieka. Do wszystkiego. Tłumaczenia, redakcji, oprawy, druku. Zdaje się, że nie załatwiał tylko kolportażu.

Pismo miało od początku kłopoty finansowe, wynik ekonomiczny był ujemny. Amerykanie tego nie mogli zrozumieć: wyobrażali sobie, że my – jak oni – bierzemy od reklamodawców po 50 tys. dolarów za stronę i od nadmiaru gotówki dostajemy na schodach zadyszki.

Nie była to jednak katastrofa: marka PC Magazine w skali światowej była tak duża, że pismo się sprzedawało, miało czytelników, kontakty ze środowiskiem informatycznym były świetne, a nawet były (ku mojemu zdumieniu) reklamy. Tylko stosunkowo mało.

Nie mogąc – jak wspomniałem – zdobyć środków i ludzi (ani lokalu) na organizację testów, nie chcąc polegać na informacji, dostarczanej przez samych wytwórców, postanowiłem na tyle, jak dalece mi umowa licencyjna pozwalała, „pójść w jakość”. Bardzo dbaliśmy o język i poziom tłumaczeń, mieliśmy świetną grafikę. A przede wszystkim udało mi się namówić wydawcę, by zamówił (za dobre pieniądze) stały felieton u Stanisława Lema. Zbiór tych felietonów stanowi ostatnią książkę, opublikowaną przez wielkiego pisarza.

W redakcji PCM przeżyłem kilka kolejnych etapów rozwoju komputerów. W końcu pojawiły się – wybłagane u wydawcy – jakieś maszyny klasy 486, zapewniono nam także dostęp do Sieci. Żeby nie było wątpliwości: dodzwaniany telefonicznie do firmy (słynny BBS Maloka), prowadzonej przez znanego z zupełnie innej działalności biznesmena Stana Tymińskiego. Tak, tego konkurenta Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich. Miał swoje serwery bodajże w podziemiach hotelu „Marriott”.

W domu też moje prywatne maszyny polepszały jakość, z reguły zmieniałem je na nowe z każdą kolejną generacją.

Sielanka (jeśli można użyć tego słowa; nie jest przesadnie odpowiednie) trwała trzy lata. Ponieważ wyniki finansowe pisma się nie poprawiały, zaś dwaj znakomici akwizytorzy reklam zostali nam podkupieni (nie dziwię się: stale obniżano im prowizję, żeby zbyt dużo nie zarabiali) – dodano mi zastępcę do spraw ekonomicznych. Oczywiście, dodano – znaczy narzucono, bez pytania mnie o zdanie. Nie mam zielonego pojęcia, jakie ten człowiek miał kwalifikacje; w ogóle nic o nim nie wiedziałem. Uznałem posunięcie wydawcy za absolutny skandal i skrajny brak profesjonalizmu – i złożyłem rezygnację.

Przyszło mi to tym łatwiej, że zaproponowano mi stanowisko redaktora naczelnego „Informatyki”. Gorzej oczywiście płatne jak to w nauce, ale w mojej opinii prestiżowe.

Przy okazji anegdota. Dotarło do mnie, że pojawienie sia na rynku PCM spowodowało niejaki niepokój u innych wydawców prasy komputerowej. Jak mi jednak opowiedziano, szef jednego z konkurencyjnych wydawnictw zapytał – a czym jeździ redaktor naczelny u tych Amerykanów? Kiedy usłyszał, że prywatnym „Trabantem”, machnął ręką i powiedział – no to mogę spać spokojnie.

O tyle miał rację, że stare – i niezbyt eleganckie – powiedzenie biznesowe, stwierdzające, że „aby wyjąć, trzeba najpierw włożyć”, jest świętą prawdą. Ale wydawcy niechętnie przyjmują to do wiadomości. Najchętniej drugiego dnia po ukazaniu się pisma na rynku chcieliby, żeby zaczęły im pękać portfele.

A tak to nie działa.

I w ten sposób zginęło kilka znanych mi – doskonałych, moim zdaniem – pomysłów na czasopisma.

Zanim przejdę do losów „Informatyki”, słowo o dalszych dziejach polskiego PC Magazine. Po moim odejściu przetrwało jeszcze około trzech lat i runęło. Oryginał zresztą sam też zniknął z rynku i od dawna jest wydawany wyłącznie w Sieci.

„Informatyka”, która dawno, dawno temu nosiła tytuł „Maszyny matematyczne”, okazała się zupełnie innym pismem, niż to sobie wyobrażałem. Sądziłem mianowicie, że jest to typowe pismo naukowe, w którym dba się przede wszystkim o poziom merytoryczny publikacji, stanowiących istotny wkład w dorobek naukowy autora. Takie pismo musi się opierać na współpracy z recenzentami publikacji, odpowiednio dobranymi z grona najwybitniejszych w kraju (a może i poza krajem) specjalistów, odpowiednio wysoko opłacanymi. Rolę redaktora naczelnego widziałem jako organizatora tej współpracy, którego głównym zadaniem jest kontakt ze środowiskiem. Marzył mi się też międzynarodowy charakter pisma, co wymagałoby wyboru angielskiego jako języka publikacji; praca nad tym byłaby zadaniem bardzo poważnym.

Okazało się to zupełną pomyłką. Wydawca – wydawnictwo Naczelnej Organizacji Technicznej „Sigma” – miał na uwadze wyłącznie zysk, zaś „Informatyka” jako tytuł była dla niego dokładnie tym samym, co jakiś „Przegląd Piekarniczy” czy inny „Rzeźnik polski”; tyle że w branży informatycznej było trudniej o reklamodawców. Nie miał zamiaru płacić recenzentom w ogóle żadnych honorariów, nie rozumiał samego sensu recenzowania publikacji, zaś rolę redaktora naczelnego rozumiał jako coś w rodzaju „nadkorektora” z jednej strony, z drugiej zaś – jako akwizytora reklam. Zresztą reklam, niekoniecznie związanych z profilem pisma. Wyobrażacie sobie „Informatykę” z reklamą środków piorących albo podpasek?

Wytrzymałem ten idiotyzm około roku. Zrezygnowałem, bo mnie mdliło. Pismo zresztą po moim odejściu długo nie istniało. Padło; moim zdaniem – szkoda. Tyle że powinien to być tytuł absolutnie niekomercyjny, a jeśli się miałoby ambicję osiągnięcia jakiejś pozycji międzynarodowej – bardzo wysoko dotowany. Nie w tym ustroju zapewne, a w każdym razie nie na tym etapie jego rozwoju.

Wróciłem do „czystego” dziennikarstwa. O długiego czasu zresztą utrzymywałem kontakt ze środowiskiem „Wiedzy i Życia” – miesięcznika, który w wydawnictwie Prószyńskiego pod kierownictwem Andrzej Gorzyma (ten kiedyś – po moim rozstaniu w latach 70. z redakcją „Problemów” – objął tam po mnie dział matematyczno-fizyczny). Gdy więc zaproponowano mi etat – nie wahałem się przez moment. Zostałem kierownikiem działu matematyczno-fizycznego (był to rok 1996) – i spędziłem tam bardzo mile ponad cztery lata, spokojnie pracując w znakomitym fachowym zespole. W którym przeżyłem „błąd roku 2000”, powstanie Google’a, kilka wersji Windows i jeszcze parę istotnych wydarzeń informatycznych. Wszytko to, naturalnie, komentowałem.

I pewno dotrwałbym tam aż do emerytury, gdyby nie to, że Gorzym dostał szalenie prestiżową (i dobrze płatną…) posadę w najpoważniejszym polskim tygodniku, czyli w „Polityce”, zaś po jego odejściu wydawca zaczął usilne starania o „ulepszenie biznesowe” pisma. Takie „ulepszanie” z reguły polega na cięciu kosztów i oszczędzaniu, przede wszystkim na płacach i honorariach. Oznacza to dla zespołu istotne obniżenie jakości warunków pracy. Nie muszę mówić, że nie była to dla mnie perspektywa szczególnie zachęcająca.

Tymczasem wicepremierem i ministrem infrastruktury został Marek Pol, z którym się dobrze znaliśmy i lubiliśmy. Zaproponował mi, bym przeszedł do pracy w ministerstwie; otrzymałem tam status dość wysoki, mianowicie radcy ministra.

I tak stałem się regularnym urzędnikiem służby cywilnej; moja praca w tym charakterze miała z komputerami i w ogóle informatyką związek dość luźny. Byłem nim jeszcze przez pewien czas po zmianie rządu, ale po zakończeniu misji prof. Marka Belki i objęciu władzy przez Platformę Obywatelską – przeszedłem na emeryturę. Przez pewien czas współpracowałem jeszcze na ćwiartce etatu (ale już nie jako radca ministra, ale szeregowy informatyk) z placówką tego ministerstwa, Główną Biblioteką Komunikacyjną (dla której – co bardzo lubiłem – stworzyłem i prowadziłem witrynę internetową), ale w ministerstwie wiały już nowe wiatry.

Niekoniecznie mi się podobały, więc – niezupełnie dobrowolnie – ostatecznie wybrałem emeryturę: okazało się, że Biblioteka – z dziewięćdziesięcioletnią wówczas tradycją! – nie jest już władzom specjalnie potrzebna i nakłady na takie fanaberie, jak witryna internetowa – po prostu obcięto.

Miało to jedną miłą stronę: jakby klamra spięła moje życie zawodowe. Zaczynałem jako informatyk – i na tak nazwanym etacie zakończyłem.

Było to przed dziesięciu laty: jeśli ktoś poszuka Biblioteki w Sieci, zobaczy wykonaną przeze mnie wtedy witrynę (na wszelki wypadek – oto ona poniżej). Nic się nie zmieniła; no, niemal: pewne elementy zniknęły, bowiem na przykład zaniechano wydawania mającego ogromną tradycję i bardzo przez środowisko cenionego Biuletynu Informacyjnego; zaprzestano też ujawniania niektórych informacji. Oszczędzono w ten sposób kilkaset złotych miesięcznie.

Główna Biblioteka Komunikacyjna

Biblioteka jest jednostką organizacyjną Ministerstwa Infrastruktury. GBK została założona w listopadzie 1919 roku. Polecamy uwadze Czytelników obszerny Rys historyczny oraz szczegółowe Kalendarium GBK . Zapraszamy do zapoznania się z tymi dokumentami! Są dostępne również z menu na samej górze niniejszej witryny z zakładki O GBK.

To dziesięciolecie przyniosło – jak wiadomo – gigantyczną zmianę w informatyce i Internecie. Tam – jakby świat zamarzł. Ale to już „nie mój pies, nie moje pchły”.

A ja z przyjaciółmi – już bez myśli o jakiejkolwiek komercji czy w ogóle zarobkach – zaczęłyśmy 10 lat temu redagować dziennikarską witrynę internetową „Studio Opinii”. Obecnie jest już – po licznych przebudowach, zmianach hostingów itp. – trzecią czy czwartą wersją.

I tylko średnia naszego wieku – przypominam, zaczynałem w jednym z najmłodszych teamów w Polsce – jest nieprzyzwoicie wysoka. Większość towarzystwa jest przedwojenna (i mam na myśli nie stan wojenny, tylko II Wojnę Światową).

Bogdan Miś

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com