Krzysztof Mroziewicz: Humor żydowski. Śmiech przez łzy9 min czytania

()

10.03.2019

Zdjęcie ze spektaklu, źródło: witryna Teatru Dramatycznego

Co premiera to żałoba. Tak układa się kalendarz teatru Słobodzianka. „Hamlet” i Adamowicz. „Fatalista” i Jan Olszewski. Widocznie tak musiało być. Fatalizm wyznacza jeszcze jedną zbieżność w czasie. Chodzi o dialog polsko-żydowski, tym razem na poziomie konfliktu dyplomatycznego.

Rzecz dzieje się na Krochmalnej w Warszawie, ulicy i Beshevisa Singera i Wesołka Rubinsztajna z Getta.

Słobodzianek rozpisał szmonces do rozmiarów jednoaktówki. Nadał temu tytuł zwracający półżartem uwagę na oświeceniową filozofię francuską. Polska – Izrael 1:1 krzyczą dwaj chłopcy po podwórkowym meczu, informując o remisie rodziców, którzy mają swój problem remisowy: rosół żony kontra szczawiowa Goldbergowej. Aktualności szmoncesowi nadaje licytacja IPN – Neetanjahu – Morawiecki – Kac – Kukiz. W Teatrze Dramatycznym dramat czyni wszystko, żeby dziać się w sferze pomijającej nieśmiertelny problem w stosunkach polsko- żydowskich: kto winien, kto komu uczynił więcej krzywd, kto komu wyświadczył i ile dobra. Na szczęście dzieje się przed wojną, więc nie można jeszcze mówić o szmalcownikach.

Słobodzianek tak prowadzi dialog, żeby uniknąć wszelkich drażliwych kwestii. Jego sztuka jest nie o tym, o czym żona Lea mówi z mężem Benem, lecz o tym czego oni nie mówią. Małżonkowie stworzyli sobie świat, w którym poza zupą Goldbergowej nie ma żadnego problemu. Ten drobiazg, jak w dociekaniach Arystotelesa czy szachach, z pozornie niewidocznego ruchu czyni po parunastu posunięciach katastrofę.

Humor żydowski ratuje duszę w piekle. Jest to jedna z form samoobrony człowieka. Nie ma humoru szwajcarskiego ani szwedzkiego. Gdzie bieda, tam jest humor.

FATALISTA

FATALISTA

http://teatrdramatyczny.pl/fatalista-2#

Rzecz dzieje się w szabat. Święty dzień nakazuje bezczynność fizyczną, chyba że chodzi o ratowanie życia ludzkiego. Czy podnoszenie łyżki z zupą Goldbergowej jest pracą, której szabat zakazuje? Łyżka zupy to strawa. Jedzenie podtrzymuje życie, więc można.

Napisanie godzinnej sztuki tak, żeby nikogo nie urazić, to osiągnięcie. Widownia co chwilę wybucha śmiechem, bo autor delikatnie parafrazuje styl debat w jesziwie, szkole talmudycznej, gdzie pytaniem odpowiada się na pytanie w debacie na temat liczby diabłów na końcu szpilki. W „Fataliście” nie diabły są przedmiotem rozmowy męża z żoną, a oka tłuszczu w rosole szabasowym Goldbergowej, która nie gotuje rosołów. Rosół żony ma pewien feler. Był gotowany w piątek i to jest w porządku, lecz kto gotował rosół, jeśli żona była wtedy poza domem na zakupach? Problem w tym, z kim żona była na zakupach. W grę wchodzi poeta Serafinowicz, czyli Lechoń, lub ułan z wąsami, być może Wieniawa. Dwa czasy ze sobą kłócą się wyraźnie. Jeden to czas zakupów a drugi jest czasem powrotu męża do domu. Ben powinien wracać dziesięć minut, a wracał prawie dwie godziny. Rosół mężowi nie smakował także dlatego, że w ferworze dyskusji przypomniał sobie, iż od 10 minut jest wegetarianinem.

O koszernym seksie nie ma mowy. Nie ma mowy o seksie w ogóle, raz tylko wspomina się o gorącej szczawiowej i ciepłym łóżku Goldbergowej, ale rzecz nie w zdradzie fizycznej. Rosół urasta do rozmiarów jeziora. Z talerza rosołu robi się pojedynek na romanse: dwa ma żona i dwa mąż. Dodajmy do tego żart formalny: wszystko dzieje się zgodnie z kanonami tragedii greckiej. Pojedynek na rosoły prowadzony jest zgodnie z zasadą jedności czasu, miejsca i akcji oczyszczonej z wszelkiego cienia, jaki na stosunki polsko-żydowskie i żydowsko-polskie rzucają dziesięciolecia jawnego czy obecnego w podtekstach antysemityzmu. Słobodzianek dał temu wyraz kiedy indziej, w dramacie i spektaklu „Nasza klasa”[1], gdzie wykorzystane zostały mechanizmy zemsty plemiennej: przeplatające się ze sobą wątki ubecko-komunistyczne obszaru północno-wschodniej Polski z patriotyczno-narodową reakcją prawdziwych Polaków. Te obydwa spektakle powinny być grane razem, jeden po drugim. Wtedy dopiero mielibyśmy pełny obraz tego, co o stosunkach polsko-żydowskich można powiedzieć dziś ze sceny.

Krzysztof Mroziewicz

  1. Pisałem o tym w portalu Teatralny.pl. Przytaczam tekst w załączeniu:

    Spektakl Nasza klasa grany jest nieprzerwanie już piąty rok. Jedno z niewielu w Polsce przedstawień, które można grać bez końca, jak Hair na Broadwayu, choć to porównanie niezbyt jest stosowne.

    Na tym jednak nie koniec. Udało mi się dostrzec jeszcze mniej stosowne. Mamy do czynienia nie tyle z widowiskiem kultowym, co z teatrem na temat wielkiego mechanizmu (jak pisał kiedyś o Szekspirze Kott). Lecz mechanizmu nie władzy, a zemsty rodowej. Autor tekstu, Tadeusz Słobodzianek, kiedyś świetny krytyk pisujący w „Polityce” jako Jan Koniecpolski, odpiera ataki niewydarzonych polemistów, dla których Nasza klasa kończy się na skojarzeniach z książkami Grossa (Sąsiedzi) i Anny Bikont (My z Jedwabnego). Widzą też ślady Umarłej klasy Kantora, o której Jerzy Grotowski mówił, że to arcydzieło. Spektakl według Słobodzianka arcydziełem nie jest, ale być nie musi. Arcydzieło rzadko kiedy bywa wypowiedzią, która potrafi wstrząsnąć. A Nasza klasa to czyni, wyjaśniając – jak mało który utwór – mechanizmy antysemityzmu.

    Arthur de Gobineau, pomysłodawca faszyzmu, autor pracy o nierówności ras, dyplomata francuski akredytowany m.in. w Persji (połowa XIX w.), opisał w swoich opowiadaniach z Kandaharu konflikty rodowe. W rozliczeniach klanowych zemsta była prawem i świętym obowiązkiem. Plemiona pusztuńskie uznały za kodeksem Hammurabiego , że odpowiedzialność za przewiny sprawców spada na całą rodzinę. Problem w tym, że za poszkodowaną uważała się każda ze stron. I każda ze stron chciała być sędzią we własnej sprawie.

    W jaki sposób ustawodawstwo babilońskie przetrwało po sąsiedzku przez Zatokę Perską do naszych czasów? Wyjaśnienia należy szukać w wierzeniach Pusztunów, którzy uważają się tu i ówdzie za potomków zagubionego w górach Hindukuszu plemienia żydowskiego. Hitlerowi, który kazał widzieć w Pusztunach prawzór rasy aryjskiej, bo Afganistan Pusztunów to starożytna, rówieśna Babilonowi Ariana, nikt o tym nie powiedział.

    W Białostockiem przed wojną do szkoły w małym miasteczku chodziła grupa dzieci z rodzin polskich i żydowskich. Stosunki między nimi układały się jak między plemionami Pusztunów, kiedy nie było wojny. Młode Żydówki budziły zainteresowanie wiejskich chłopaków, ci z kolei solidarność klasową (nie mylić z przymiotnikiem marksistowskim) przekładali nad solidarność kulturową wobec własnego etnosu. Aż przyszła wojna. W Białostockiem przed Niemcami pojawili się Sowieci. Mieli już za sobą próby włączania kawałków województwa do Rosji w czasie wojny polsko-bolszewickiej, kiedy narzucano tamtejszym Polakom (i Żydom) takie organizmy, jak Komuna Miasta Łomży, którą w apologetycznej powieści, jak gdyby Łomża była Paryżem, opisywał Leon Pasternak. Żydzi prześladowani przez polskich nacjonalistów, bici kijami w szkole i na ulicy, widzieli w Sowietach ochronę. Niektórzy poszli na współpracę z okupantem. Kto tu winien? Zemsta. Polacy bili swoich kolegów ze szkoły. Więc oni winni. Zemsta. Żyd doniósł, więc on winien, bo ojca jednego z polskich chłopców posłano na Syberię. Zemsta. Przyszli Niemcy. Partyzantka polska pamiętała o Żydach komunistach. Zemsta. Wykonano szereg wyroków. Ale nienawiść sięgała dalej. Wyprowadzono Żydów z miasteczka, już nie tylko uczniów, na rynek, a potem zagnano do stodoły i zarzynano jak zwierzęta. Potem palono. Chłopcy z polskich rodzin gwałcili swoje koleżanki Żydówki. Zemsta. Po wojnie jeden z Żydów przechowywanych przez koleżankę ze szkoły, wiejską cwaniarę, trafił do UB, a potem przesłuchiwał i torturował kolegów z klasy, którzy zarzynali Żydów. Zemsta. Koledzy z klasy trafiali do więzienia na wiele lat. Przyszedł rok 1956. Powychodzili z więzień. Zemsta. Mimo że przed wojną tłukli Żydów, w czasie wojny gwałcili Żydówki i palili w stodole całe ich rodziny, w czasie odwilży stali się patriotami i bojownikami o demokrację – desowietyzację. Żydzi wyjechali, gdzie kto mógł – do Ameryki, do Izraela. Zemsta. Przyszedł marzec 1968. Antysemickie czystki, które wcześniej ogarnęły wojsko za sprawą generała Jaruzelskiego, stały się nieoficjalnym programem PZPR. Zemsta. Opisać? Obrażanie narodu polskiego! Milczeć? Będzie się tliło po cichu. Najlepiej umrzeć i zostawić to wszystko przyszłości… Może postawić Muzeum Historii Żydów Polskich… A tam powiesić trzy portrety antysemity Staszica i ani jednego Batorego. A przecież to Batory ustanowił karę śmierci dla każdego, kto oskarży Żyda o dolewanie krwi chrześcijańskich dzieci do macy.

    W przedstawieniu Słobodzianka nie można zmieścić generałów Komara i Freya-Bieleckiego, którzy rozkazali swoim jednostkom walczyć, gdyby Rosjanie wkroczyli. Nie ma jak pokazać w tle płótna Matejki o tym, jak Żydzi dziękują Władysławowi Hermanowi za schronienie w Polsce. Spektakl według Słobodzianka mimo podtytułu Historia w XIV lekcjach nie wypełnia roli podręcznika. Jest historią jednego miasteczka, w którym ksiądz nie potrafi zająć stanowiska w sprawie pogromów antyżydowskich, bo biskup mu nie kazał.

    Spektakl reżyserował Słowak Ondrej Spišák. U siebie ma on klasę pełną kompatriotów, lecz także Rusinów i Cyganów. W Colombo sztuka zabrzmiałaby jako przypowieść o Tamilach i Syngalezach. W Iranie – o Persach i Arabach. W Turcji o rodakach prezydenta Erdogana i Kurdach. W Chorwacji o koszu pełnym oczu, który wymyślił Malaparte, i Serbach. W Los Angeles o Gringos i Chicanos. Zagraniczne sukcesy Słobodzianka radują, ale nie powinny odwracać uwagi od polskiego miasteczka, w którym Żydzi stanowili połowę jego mieszkańców, jeśli nie większość. Warto pamiętać, że w bibliotece dramatów polskich mamy niejedną Zemstę. Nie tylko Fredry.

    19-12-2014

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.