Emil Antipow: Walka z obrazami

11.03.2019

Nadmierne spłycanie poważnych tematów i wykorzystywanie tego do gry politycznej ma głównie cele ideologiczne; tym samym przesłania poważne problemy, z którymi trzeba się zmierzyć, bo nikt za nas tego nie zrobi.

Trudno nie zgodzić się z tezą, że polska debata publiczna stoi na bardzo niskim poziomie. Niektórzy, nie bez racji, mówią, że jest coraz gorzej, co potwierdza przekraczanie granic dziennikarskiej nierzetelności, z programami telewizji publicznej na czele. Niestety, realne i poważne problemy nie są wyzwaniem dla prasy, telewizji czy internetu, chyba że jest nią umiejętność ich trywializowania aż do granic absurdu. A oto w jaki sposób można stwarzać pozory rzeczowości.

Nikogo nie obchodzi, jak się sprawy mają. Gdyby tak było, okazałoby się, że nic nie jest jednoznaczne, wszystko jest względne, trzeba się zastanowić, ważyć racje, postawić się w roli przeciwnika, zdobyć wiedzę, podjąć dyskusję czy szanować innych – a wszystko to jest trudne i zwiększa tylko niepewność co do własnego zdania. Wkładanie w to wysiłku, to dużo, ale ma się nijak do trudności przekazania wszystkich niuansów w 140 znakach…

W ten sposób uczestnicy publicznych dyskusji nie wychodzą poza zajęte wcześniej pozycje, a zamiast dialogu mamy monologi, tworzące chaotyczny zbiór zdań i opinii. Zakładamy jednak, że osoby wypowiadające się publicznie, dostają taką możliwość ze względu na swoje nadzwyczajne umiejętności interpretacji i przekazywania tego innym (to w przypadku dziennikarzy); czy rozwiązywania realnych problemów (to u polityków). Widać jednak, że tym, co wyróżnia komentatorów od zwykłych ludzi, często jest nie trafność i wnikliwość spostrzeżeń, ale to, że kiedyś (może przypadkiem?) dostali możliwość wypowiedzi pisemnej lub przed kamerami.

Najprościej ujmując, chodzi o zjawisko, gdy nie mówimy o tym, jak jest, lecz o tym, jak nam się wydaje, że jest. Od razu pojawi się zarzut, że nigdy nie dojdziemy pełni prawdy, nie jesteśmy w stanie oderwać się od własnego punktu widzenia i popatrzeć na świat z obiektywnej perspektywy. Problem widzenia rzeczywistości „taką, jaka naprawdę jest” trapi ludzkość od jej początku. Wyrazem tych zmagać może być chociażby socjologiczna teoria etykietowania, którą rozwijał m.in. Howard Becker. Według niej opisujemy ludzi za pomocą etykiet, które nadawane są w procesie interakcji społecznych. Opinia o innych nie musi być więc zgodna z tym, jak jest naprawdę. Jeśli ona jest ładna – myślimy – to musi być też mądra. Jeśli jego brat siedzi w więzieniu, to on też musi być zły.

W podobnym duchu pisał Ziemowit Szczerek, nazywając to „przypisywaniem intencji” (Ziomek wyklęty twoim bratem lewaku, „Krytyka Polityczna” 31.07.2018). „PiS [ale chyba nie tylko oni – E.A.] jest partią proponującą bardzo unikalny model demokracji, w ramach której kompromis polega na tym, że przyjmuje się rozwiązania i poglądy proponowane przez PiS. A pozostałym przypisuje się intencje. A nic mnie tak nie drażni, jak przypisywanie intencji innym. Jest to, jak wiemy, wspaniała tradycja polskiej tak zwanej debaty publicznej. Jest to bukiet tradycji naszego słynnego parlamentaryzmu”. A dalej: „«My wiemy, że wy chcecie powrotu komuny», «a wy – faszyzmu», «nie mydlcie oczu – zależy wam tylko na korycie», «propagujecie ustrój totalitarny w postaci PZPR»” itd.

Tu również warto odwołać się do zapomnianego XIX-wiecznego, konserwatywnego księdza – Stanisława Chołoniewskiego (1791-1846). W swoich tekstach przedstawił zjawiska opisane jako „hasła wieku”. Są to wyrażenia, które nadzwyczajnie wpływają na ludzi. Na tyle poruszają emocje, że nie mogąc zostać obojętnymi, ludzie koncentrują się wokół nich. Nie ważne, kto dane hasło wymyślił; nie musiał to być geniusz, mógł to być człowiek pospolity. Słowa geniusza wpływają jedynie na jednostki, natomiast hasła wieku „całymi narodami wstrząsają” (Filozofia antysalonu. Wybór pism, 2015, s. 197). Nie chodzi tu o stopień emocjonalności danego hasła, czy stosowanie najwyższego stopnia przymiotnika, ale o użycie wyrażenia w odpowiednim kontekście i w odpowiednim czasie. Wtedy staje się ono „własnością ludu, bo wszystkie serca na nie się składały i wszystkie je w bolach porodziły” (s. 198). W czasach Chołoniewskiego tym hasłem było słowo „postęp”. Postawione w dobrym kontekście hasło staje się świetnym narzędziem w sporach, ponieważ zbija wszystkie dotychczasowe argumenty, na które nie działa też żadna racjonalna krytyka. Receptą na nie może być tylko inne hasło wieku, zwrócone w przeciwnym kierunku. W przypadku „postępu” nie chodzi o to, by wymyślać nowe pojęcie, ale żeby wskazać jego nowe znaczenie. Wtedy pierwotny sens zostaje zepchnięty i nikt nie pamięta, co to słowo rzeczywiście znaczy. Po pewnym czasie – przekonuje Chołoniewski – hasło traci swoją nadzwyczajną moc, a my dziwimy się, że kiedyś to wyrażenie mogło wzbudzać w nas tak duże emocje.

Mimo że to koncepcja sprzed półtora wieku, wciąż dobrze opisuje mechanizmy dyskusji publicznych, czyli spłycanie poważnych tematów do sloganów; najlepiej najbardziej angażujących i zaczepnych. Tak wykreowane obrazy są w dużej mierze wytworem świadomości i nie muszą mieć kontaktu z rzeczywistością. Ponadto przedstawiają one problemy w formie karykaturalnej, które można z łatwością obalić. Jednak osoba, która chce temu przeciwstawić racjonalny opór, zostanie „zgnieciona na miazgę od potęgi, którą włada to hasło wieku” (s. 199). Ulegają temu również ci, od których można się spodziewać więcej dbałości o jakość języka debaty publicznej.

Niedawno oglądałem jeden ze starszych odcinków programu „Trzeci punkt widzenia” (24.09.2017), w którym – zazwyczaj jednomyślny – trójgłos prowadzących przedstawia bieżące wydarzenia z filozoficznej perspektywy. Wspomniano tam o incydencie sprofanowania miejsca, w którym miał powstać pomnik Sobieskiego, co zostało zinterpretowane w kontekście nasilających się napięć na tle ideologicznym. „Mówili nam, że czas ideologii się skończył, a ja mam wrażenie, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju renesansu ideologii” – powiedział jeden z prowadzących; drugi określił to uczonym wyrażeniem „manicheizacji przestrzeni publicznej”. Wypowiedź wydaje się enigmatyczna, ale z kontekstu wynika, że chodzi tu o znaną opinię Francisa Fukuyamy, który pod koniec lat 80. obwieścił koniec historii, czyli przyjęcie systemu demoliberalnego wraz z gospodarką rynkową przez większość państw świata, co wiązać się miało ze współpracą, a nie prowadzeniem wojen. Jednak niczego to nie tłumaczy. Kto nam to mówił? Komu – nam? Mnie tego nikt nie wmawiał. Nawet gdyby próbował, to nie trzeba się z tym zgadzać. Fukuyama okazał się więc symbolicznym „chłopcem do bicia”, na którego zrzucać można odpowiedzialność, zamiast merytorycznie odpowiedzieć, że się mylił. Trwa to już 30 lat i końca nadal nie widać… Jeśli nieodwołalność „końca historii” miała być pułapką, w którą wpaść mogą intelektualiści, to trzeba pamiętać, że nie ustrzegło się przed wielu autorów, w tym tak szacownych, jak Ryszard Legutko („Arka” 1991, nr 6).

Podobny mechanizm istnieje również w przypadku krytyki polskiej transformacji ustrojowej. Poza zawsze potrzebnym bilansem zysków i strat przemian po ‘89 roku staje się to sloganem, za pomocą którego można powiedzieć wszystko, przy czym nie trzeba niczego wyjaśniać.

Kolejnym przykładem jest felieton Marka A. Cichockiego dla „Rzeczpospolitej” pt. Kiedy rozum śpi (9.09.2018). Opisuje on podział Europy na Wschód i Zachód, a głównym kryterium jest stosunek do pojęcia „modernizacji” (hasło wieku!). Pisze autor: „Europa znalazła się w samym środku domowej wojny ideologicznej. Jej logika tworzy sytuację, w której istnieją tylko dwie możliwości: można być albo liberałem, albo faszystą”. Trzeba wyraźnie powiedzieć, to nieprawda i nie należy tak pisać. Wprawdzie jest to tylko odzwierciedlenie poglądów, przedstawienie, jak myślą „oni”, czyli ci, którzy chcą eskalować konflikt ideologiczny. Zamiast pokazania, gdzie leży problem oraz jak starać się to naprawić, felietonista woli pokazać karykaturalny obraz, którego podważenia nie trzeba nawet argumentować. Kończy swój tekst słowami: „Tak, to obłęd, ale jak zawsze, kiedy rozum śpi, budzą się demony”.

Jeszcze jednym uproszczonym obrazem skomplikowanego problemu jest znana wypowiedź Andrzeja Dudy: „Mam poczucie, że my w ramach Unii Europejskiej mamy niedosyt demokracji. Wielu ludzi zadaje sobie pytanie, dlaczego UE zabrania tego, zabrania tamtego. Dlaczego na przykład w sklepie nie można w tej chwili kupić już zwykłej żarówki, można kupić tylko żarówkę energooszczędną? Nie wolno kupić, bo UE zakazała. To są problemy, nad którymi zastanawiają się ludzie. Nie wiem, czy to przypadkiem nie jest jedna z przyczyn brexitu”. Przedstawienie tego bez emocji wyglądałoby tak: prezydent prawie 40-milionowego kraju (gdzie ponad 8,5 mln obywateli powierzyło mu władzę), który chce być liderem regionu, chce zakładać trójmorską koalicję, który podobno jest sercem Europy i dlatego chce ją rechrystianizować (!), którego formacja od wielu lat mówi, że Unia jest w kryzysie, i to kryzysie strukturalnym (!) – cały jej problem widzi w zakazie sprzedaży żarówki o poborze prądu wynoszącym 100 watów. Nie wiem, czy Brytyjczycy już wiedzą, skąd wzięły się ich problemy… Nasz prezydent natomiast sprowadził poważny problem do poziomu memów i chyba nie widzi w tym żadnego problemu.

Podane przykłady nie są tak ścisłe, jak argumentacje naukowe, więc nie wszystko da się w nich wyjaśnić. Ważne jednak, by wypowiedzi tego typu posiadały jakieś odniesienia do rzeczywistości, a nie wyrażały tylko stan świadomości autorów. Naukową analizę problemu przedstawili Andrzej Malewski i Jerzy Topolski w 1975 roku (O nowy kształt nauk społecznych. Pisma zebrane). „Stosunek zachodzący między wypowiedzią a jej autorem to stosunek wyrażania. […]. Stosunek zachodzący między twierdzeniem a przedmiotem, którego to twierdzenie dotyczy, to stosunek stwierdzania. Wypowiedzi naukowe stwierdzają, że zachodzą fakty albo zależności między faktami, o których w tych twierdzeniach mowa” (s. 125). Wypowiedzi te zapewne wyrażają przekonania autorów, ale trudno dociec, co wnoszą do omawianych kwestii.

Walka z takimi obrazami ma też swoje konsekwencje społeczne; nie pomaga w porozumieniu, deprecjonuje przeciwnika, pokazując absurdalność jego przekonań, a zatem nie traktuje go poważnie, a w końcu uprzedmiotawia. To zaś – jak w przypadku haseł wieku – nie będzie punktem wyjścia do racjonalnej i merytorycznej dyskusji, lecz do wymiany ideologicznych ciosów, przesłaniających rzeczywiste problemy, z którymi trzeba się zmierzyć. Odwracanie uwagi od rzeczy istotnych, zaśmiecanie głów bzdurami jest działaniem nieodpowiedzialnym.

Co przynosi nieodpowiedzialna polityka – pokazuje historia.

Emil Antipow

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com