Andrzej Koraszewski: Niewiara szukająca zrozumienia

Minister Szyszko oraz biskup Antoni Dydycz patrzący na wiernych

Minister Szyszko oraz biskup Antoni Dydycz patrzący na wiernych

Miałem dziewięć lat, jak babka powiedziała, że komunizm jest tak nieprawdopodobnie niesprawnym i głupim systemem, że długo nie potrawa, bo to wszystko się będzie sypać. Istotnie sypało się, ale minęło 40 lat, zanim upadł. Nie należy porównywać rządów Prawa i Sprawiedliwości do systemu komunistycznego, ale słyszę czasem pełne nadziei głosy, że ten rząd jest tak przeżarty korupcją i nepotyzmem, tak niesprawny, że to się musi szybko rozlecieć. Nie musi i to nie dlatego, że wzorem komunistów najpierw zabrali się za podporządkowanie swojej partii resortów siłowych, ale dlatego, że mogą liczyć na solidne poparcie wyborców.

Dlaczego? To jest właśnie to, czego nie rozumiem. Z PiS-em jest trochę tak, jak z Kościołem katolickim – skandal goni skandal, a wierni pozostają wierni. Niby kruszy się na obrzeżach, młodzież ucieka, kobiety się buntują, a Rydzyk trwa jak skała, o biskupach nie wspominając.

Wybory do Parlamentu Europejskiego zapewne mało nam powiedzą, bo w tych wyborach frekwencja jest zazwyczaj niska, chociaż prawdopodobnie tym razem PiS będzie stawał na głowie, żeby zmobilizować swoich wyborców, a i druga strona wydaje się mieć większe szanse na zmobilizowanie części tych, którzy wcześniej ignorowali wybory do PE.

Rozstrzygającą bitwą będą wybory parlamentarne, gdyż przegrana w tych wyborach może oznaczać, iż Kaczyński pójdzie turecką drogą, a przegrana może się okazać przegraną na dziesięciolecia.

Jak się wydaje, znaczna część wyborców straciła zaufanie do demokracji i do systemu kapitalistycznego. Możemy zasadnie argumentować, że i ta nasza demokracja była ułomna, i ten nasz kapitalizm pozostawiał wiele do życzenia. Twierdzenie zmarłego niedawno b. premiera Olszewskiego, że niewidzialna ręka rynku okazała się ręką gangstera, nie było prawdziwe, ale nie było pozbawione pewnych racji. Problem polega na tym, że systemu, w którym niewidzialna ręka rynku działa idealnie, nie ma nigdzie, nadużycia są wszędzie, ale po pierwsze są kraje, gdzie te nadużycia ściga się sprawniej i przedsiębiorcy sięgający po gangsterskie metody muszą być ostrożniejsi, i są kraje, w których etyka handlowa może być ignorowana, bo sądy są niesprawne, instytucje mające dbać o etykę handlową niemrawe, politycy ścigają korupcję tylko u przeciwników politycznych, a i media cierpią na polityczną stronniczość. Po drugie, chociaż nawet w ułomnie działającym systemie rynkowym towary są, natomiast komunizm cierpiał na chroniczne niedobory wszystkiego, włącznie z przysłowiowym papierem toaletowym i sznurkiem do snopowiązałek, więc w kapitalizmie żyje się łatwiej, ale media przyciągają lewicowych romantyków, którzy gotowi są przekonywać społeczeństwo, że lepiej być bez chleba niż codziennie patrzeć jak się piekarz bogaci.

Okrzyk „Polska w ruinie”, jakkolwiek zupełnie absurdalny, trafił wielu ludziom do przekonania. Z jednej strony w ciągu 30 lat kraj dokonał skoku cywilizacyjnego, jakiego w naszej tysiącletniej historii nie było, z drugiej strony, nie tylko nadal nie ma wymarzonego raju, ale słyszeliśmy nieustannie o skandalach i nawet jeśli były one czasem rozdmuchane przez media, to wiele było prawdziwych. Media żyją skandalami, wolne media muszą zarabiać, a zarabia się nie na nudnej rzetelnej analizie, a na krzykliwych tytułach. Ten obraz Polski w ruinie wyłaniał się z samych tytułów gazet i wystarczyło go podchwycić.

Dla redaktorów mediów najmniej interesująca była wieś, a wieś, chociaż dokonała jeszcze większego skoku cywilizacyjnego niż reszta naszego społeczeństwa, znalazła się w sytuacji, w której niewidzialna ręka rynku okazuje się wyjątkowo często ręką gangstera. Tak więc wieś okazała się jeszcze bardziej podatna na hasło „Polska w ruinie” niż wyborcy Zandberga.

Łatwiej porwać ludzi na barykady niż zebrać ich do naprawy popsutej drogi. Łatwiej krzyknąć, zburzymy wszystko, a na gruzach zbudujemy prawo i sprawiedliwość, niż przedstawić atrakcyjny plan ustanawiania priorytetów i żmudnego naprawiania tego, co niesprawne. Łatwiej przekonać ludzi mówiąc, wiem, co trzeba zrobić, niż uczciwie przyznać, że musimy szukać rozwiązań metodą prób i błędów i tym zdobyć zaufanie wyborców.

Nie umiem zrozumieć, skąd biorą się wyborcy PiS, nawet jeśli sporo wiem o problemach polskiej wsi, nawet jeśli wydaje mi się, że rozumiem, jak ludzie nabrali się na hasło „Polska w ruinie”, nawet biorąc pod uwagę ludzką skłonność do teorii spiskowych i żerowanie na katastrofie, w której zginął prezydent i 95 niewinnych osób. Nie umiem zrozumieć, dlaczego mamy skandal za skandalem, a wierni pozostają wierni. Może jestem zbyt niecierpliwy, a może jest tu coś, czego nie umiem dostrzec? 

Po opozycyjnej stronie barykady mamy podniecenie skandalem wokół Srebrnej. Skandal, który prawdopodobnie w wielu innych krajach zmiótłby polityka ze sceny politycznej. Jak się wydaje, chwilowo ten skandal nie spowodował żadnych zmian. Muszę przyznać, że ogromne wrażenie zrobiła na mnie informacja, że Jan Szyszko w latach 1994-2011 kupił od państwa w sumie 1,67 mln hektarów ziemi rolnej. Poprzedziła te zakupy działalność na stanowisku dyrektora Krajowego Zarządu Parków Narodowych (1993-1994), potem był kierownikiem katedry w SGGW,  kierując równocześnie Pracownią Oceny i Wyceny Zasobów Przyrodniczych, w latach 1997-1999 był ministrem Ochrony Środowiska w rządzie Jerzego Buzka, ponownie został ministrem Ochrony Środowiska w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza (2005-2007). Innymi słowy, kompletował swoje nabytki ziemi państwowej zarówno jako wysoki urzędnik państwowy z dostępem do korzystnych informacji, jak i jako człowiek korzystający ze swoich wpływów.  

Wysoki państwowy urzędnik robił astronomiczne zakupy w Agencji Rolnej Skarbu Państwa. Być może kupując od państwa ponad półtora miliona hektarów ziemi, nie popełnił żadnego przestępstwa, ale nikt tego nigdy nie badał i nie można wykluczyć, że kryje się tu większy skandal niż ten wokół Srebrnej. Latyfundia zaczęły powstawać na samym początku transformacji. Niepokoiły zakupy ziemi państwowej robione przez polityków ZSL. A potem PSL, polityków SLD (nie słyszałem o takich zakupach przez polityków Unii Demokratycznej, ale to dość zrozumiałe, bo oni na tym polu nie działali). Prasa stosunkowo najczęściej zwracała uwagę na skandale związane z przekazywaniem i zakupami ziemi przez Kościół. Do dziś nie wiadomo, ile łącznie ziemi rolnej posiadają parafie i zakony Kościoła katolickiego. (Kiedy swego czasu zapytano o budżet polskiego Kościoła katolickiego księdza Jana Droba, ekonoma Konferencji Episkopatu Polski, rozłożył bezradnie ręce i powiedział, że tego się nie da policzyć.)

Tak czy inaczej, reprywatyzacja nieruchomości w miastach budziła spore zainteresowanie mediów, natomiast interesy załatwiane przez polityków za pośrednictwem Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa w żaden sposób dziennikarzy śledczych nie kusiły.

Informacja o oświadczeniu majątkowym b. ministra Jana Szyszki przypomniała mi, jak  bardzo oburzył się Leszek Balcerowicz na brutalne stwierdzenie Jana Olszewskiego, że niewidzialna ręka rynku okazała się ręką gangstera. Olszewski w jakiś sposób podważał samą ideę wolnego rynku, Balcerowicz, zamiast bronić idei, ale nie przeczyć czemuś, co dla ludzi było widoczne jak na dłoni, zareagował wyłącznie oburzeniem. Ta reakcja była z emocjonalnego punktu widzenia całkowicie zrozumiała, z politycznego była błędem, umacniającym ludzi w przekonaniu, że kapitalizm chroni oszustów.

Uczciwie mówiąc łatwo krytykować, ale nikt nie wie, jak by się sam zachował w takiej sytuacji. Jan Olszewski (o ile ja się orientuję), był człowiekiem o kryształowej uczciwości, ale nie zawsze rozsądnym. Tak czy inaczej, zaczęła wówczas (nie tylko w związku z tą sprawą) narastać nieufność do systemu kapitalistycznego, a lewica, zamiast szukać możliwości łagodzenia drapieżności zachowań rynkowych, świadomie i z premedytacją podsycała nieufność wobec systemu rynkowego. Niektórzy doskonale się czuli w tej mętnej wodzie, dając Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek i korzystając z faktu, że niewidzialna ręka rynku nie działa tak całkiem automatycznie i daje się oszukać. Po latach dotarliśmy do punktu, w którym okrzyk „Polska w ruinie” był traktowany jak prawda, a macher, który niegdyś rozpętał wojnę na górze, jak mąż stanu, który przyniesie Polsce prawo i sprawiedliwość.

Dotarliśmy do punktu, w którym zbyt wielu święcie wierzy oszustowi i jego bandzie i ma przekonanie, że to pan Kaczyński, pan Szyszko i inni spowodują, że państwo da, będzie można zarobić i się nie narobić, pieniądze na to jakoś się znajdą i żyć będzie można godnie.                  

Czy jest alternatywa? Niby jest, ale nie widać, żeby przekonywała tych, którzy uwierzyli politykom PiS. Kto wie, może to jest kwestia braku umiejętności reagowania na skandale? Może zastąpiliśmy siłę spokoju wrzaskliwym oburzeniem moralnym, które z braku zainteresowania faktami jest po obu stronach równie silne, wzajemnie się znosi i zbyt często wygląda na hipokryzję.

Ostatnio ucieszyła mnie najmłodsza amerykańska kongreswoman, Alexandria Ocasio-Cortez, która orzekła, że „jest ważniejsze, żeby mieć moralnie rację, niż żeby fakty się zgadzały”. Nie jestem pewien, chociaż zgadzam się, że sprawdzanie faktów jest piekielnie pracochłonne i wymaga kompetencji, a moralizatorstwo jest proste jak parasol i żadnych kompetencji nie wymaga.

Czy to znaczy, że już coś zrozumiałem? Nie jestem pewien.         

avatar

Andrzej Koraszewski

Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny

Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”.

Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com