Jerzy Łukaszewski: W czym diabeł tkwi

13.03.2019

Strajk nauczycieli obserwowany od strony komentatorów telewizyjnych, radiowych czy internetowych nie pobudził na razie nikogo do jakichś głębszych refleksji nad kondycją polskiej edukacji.

To, co się słyszy, to znane od lat argumenty za i przeciw, z obu stron tak samo płytkie i obliczone na tu i teraz.

Margines rozrywkowy tej dyskusji w postaci raportu NIK o nauczaniu matematyki czy odkrywczy głos zaplecza intelektualnego rządu w osobie posła Suskiego nie zmienia ogólnego obrazu, w którym brak jest myśli obliczonej na uzyskanie jakiegoś efektu pozytywnego w dłuższym okresie.

Na dodatek edukacja traktowana przez rządzących jako jeden ze środków propagandowych mających ułatwiać im zapanowanie nad społeczeństwem, jak ognia unikająca wszelkiej myśli swobodnej nienakazanej przez tzw. programy nauczania nie daje wielkiej nadziei na przyszłość, nie stwarzając obywatela myślącego, dociekającego istoty rzeczy, umiejącego wykorzystać posiadaną wiedzę do czegoś więcej, niż zdobycie stołka, nieprzewidującego dalej niż na pojutrze.

Nauczając historii, wiem z doświadczenia, że wszystko, każdy drobiazg może być wykorzystany dla snucia refleksji ogólniejszych. Jeśli się chce i jeśli widzi się sens takiego nauczania. A jego sens tkwi w tym, że można nauczyć się nie popełniać tych samych błędów notorycznie, która to przypadłość w dziwny sposób opanowała dzieje naszego kraju.

Prowadzę zajęcia z wymyślonych przez siebie tematów, wykorzystując je jako pretekst do pokazania reguł rządzących historią i mając nadzieje, że ktoś z tego wyciągnie jakieś wnioski.

Kiedy rozpocząłem cykl „Historia kuchni w Polsce”, część słuchaczy sądziła, że będę przez 32 wykłady serwował staropolskie przepisy kulinarne. Kiedy cykl okazał się czymś innym – zaakceptowali to i dziś ożywienie na sali, pytania, czy dyskusja są na porządku dziennym, co mnie niezwykle cieszy.

Do czego można wykorzystać temat kuchni w historii?

Omawiałem ostatnio historię spożycia cukru w Europie, najpierw trzcinowego, później buraczanego. Właśnie przy okazji tego ostatniego znaleźliśmy moment, który powinien być znany wszystkim, szczególnie zaś ludziom biorącym się za politykę.

Jak wiemy wynalazek cukru z buraka to dość odległe czasy, a moment jego zaistnienia w dziejach świata wiąże się z tzw. blokadą kontynentalną z 1806 roku. Brak możliwości pozyskania cukru trzcinowego w odpowiednich ilościach kazał szukać rozwiązania poza obszarem importu.

Przy okazji: czy ktoś kiedyś tłumaczył dzieciom, dlaczego Napoleon zaatakował w 1812 roku Rosję? Zapewniam, że cukier także i w tej historii odegrał swoją rolę.

Dziś, kiedy wpaja się dzieciom od najmłodszych lat, że za Ojczyznę trzeba przede wszystkim walczyć, nawet jeśli nikt jej nie atakuje (najczęściej zwłaszcza wtedy), może warto by pokazać im pewien ciekawy przykład.

Prusy w połowie XIX w. to już państwo potężne, z którym liczyła się Europa, coraz bogatsze, z coraz to większymi aspiracjami i to możliwymi do zrealizowania.

Przywykliśmy patrzeć na to państwo krzywym okiem, bo to i zaborca i germanizator i w ogóle siedlisko szatana.

A może zadać pytanie: jak to się stało, że w ciągu kilkudziesięciu lat (niestety – okres dłuższy niż jedna kadencja sejmu, czyli niedostępny światłym umysłom naszych polityków) państwo pruskie stało się taką potęgą, startując z pozycji bodaj najbardziej rozbitych politycznie ziem w Europie?

Cofnijmy się o lat kilkadziesiąt. W roku 1786 niejaki F. C. Achard z Akademii Królewskiej opracował przemysłową metodę produkcji cukru z buraka.

I co się stało? Ano król pruski Fryderyk Wilhelm II … sypnął pieniędzmi na dalsze badania. Nie proszony, nie błagany, niemolestowany przez żadne lobby. Mało tego – zorganizował specjalną linię telegraficzną (telegraf tzw. ruchomy), by dostawać na bieżąco informacje o postępie prac.

Znacie podobny przypadek z historii Polski?

Powie ktoś – incydent. Niezupełnie. Wystarczy przejrzeć historię kolei pruskich i ich błyskawiczny rozwój, dzięki któremu już w latach 70 XIX wieku Prusy miały najgęstszą sieć kolejową w Europie, wystarczy spojrzeć, kto w nie inwestował i robił na nich majątki, by stwierdzić, że to nie przypadek, ale zasada.

To oczywiście tylko dwa drobne przykłady, a jest ich znacznie więcej i wszystkie dają jednoznaczną odpowiedź na zadane pytanie o przyczyny tak szybkiego wzrostu Prus pod każdym względem.

Wiem, Prusak to brzydkie stworzenie, od którego my – dumni Nadwiślanie uczyć się nie potrzebujemy, ale … może by jednak? Nie? Dlaczemu?

Z inną grupą studiujemy tzw. nauki pomocnicze historii, m.in. heraldykę. Na ogół traktuje się ją jako zabawę dla snobów epatujących opowieściami o przodkach, z których każdy żył w pałacu, a pochodzenie od niego daje nam prawo poczuć się kimś lepszym niż otaczająca tłuszcza. Nawet jeśli to pochodzenie jest jedyną przyczyną naszej postawy.

Heraldyka jednak obejmuje także taki dział jak herby miejskie. Co z niego wynika?

Herb Kłodzka

Otóż najstarsze polskie herby miejskie sięgają XII/XIII wieku, są więc równie stare, jeśli nie starsze od najdawniejszych herbów rycerskich. Najwięcej ich występuje w tym okresie na Dolnym Śląsku, miejscu przyciągającym imigrantów z Europy Zachodniej od Niemiec po Flandrię. Jeśli spojrzymy na godła miast i miasteczek tamtego rejonu, zauważymy bez trudu, że zwłaszcza elementy godła najczęściej są zaczerpnięte z zachodniej heraldyki (np. Kłodzko) z całym jej bestiariuszowym bogactwem. Nie jest to przypadek.

Miasta w tamtym okresie czerpały wzajem od siebie wszystkie elementy rozwoju cywilizacyjnego na miarę swych potrzeb i aspiracji odpowiadających ich roli w gospodarce kraju, a przecież wbrew zwyczajowemu u nas nauczaniu historii, to właśnie gospodarka decydowała o pozycji każdego z państw.

To w miastach koncentrowały się i realizowały pomysły na sensowne urządzenie państwa i wykuwał się ich przyszły kształt ustrojowy. Plus edukacja!

Tzw. prawo lubeckie, później magdeburskie i ich warianty w postaci prawa chełmińskiego, średzkiego itd. to właśnie przejawy łączności myśli w polskich miastach z tym, co rodziło się w reszcie świata i co ostatecznie (nawet jeśli w bólach) zdecydowało o przyszłości każdego kraju i narodu. Herby zaczerpnięte z zachodu to tylko jeden z elementów tej wymiany myśli.

Co dalej? Ano to jest właśnie najciekawsze i warte zapamiętania.

Miasta zachodnie też nie miały lekko. Biskup, będący właścicielem Magdeburga, zakazał … stosowania prawa magdeburskiego w mieście jego narodzin! Paradoks na szczęście tylko ograniczony czasowo. Miasta zdobywały jednak coraz silniejszą pozycję w państwach, bo rządzący na ogół rozumieli, że będąc motorem gospodarki, muszą mieć także odpowiednio skrojoną pozycję polityczną. Są to rzeczy ściśle ze sobą związane i działające w obie strony, a naruszenie tej zasady owocuje na ogół kryzysem. Ostatecznie Wielka Rewolucja Francuska wybuchła właśnie wtedy, kiedy ta zasada była bezmyślnie łamana.

A co w Polsce?

My poszliśmy swoją drogą, nie zapatrując się ślepo na jakieś europejskie dyrdymały. Od wieku XIV po XVIII szlachta zdobywała coraz to nowe przywileje, otwarcie nawołując (z dobrym skutkiem) do ograniczenia praw miejskich, stosując sabotaż gospodarczy (jurydyki z ich partaczami itd.). Zdobywała coraz to nowe przywileje bez absolutnie żadnego uzasadnienia, a wręcz w sprzeczności z pierwotnym źródłem ich pochodzenia. Wyodrębniła się przecież ze stanu rycerskiego, który otrzymywał owe przywileje w zamian za obowiązek obrony kraju. Od XV wieku w związku z rozwojem sztuki i techniki wojennej przestała ten obowiązek spełniać, pod względem wojskowym stała się wręcz bezużyteczna, a przywileje zdobywała, szantażując rządzących.

No to jak to się wszystko miało skończyć?

Omawiając temat np. rozbiorów, warto sięgnąć głębiej w historii, nie koncentrując się zwyczajowo na spiskach wrogów Ojczyzny w XVIII wieku. Rozbiory to nie incydent ani przypadek, a droga do nich jest dłuższa, niż się wielu ludziom wydaje.

Zaczęliśmy swoje rozumowanie od drobiazgu, od herbu miejskiego Kłodzka. A okazało się, że dzięki niemu możemy znaleźć ogólne prawidła rządzące dziejami narodów. Tylko trzeba chcieć tego nauczyć naszą dziatwę. Chętnych na razie nie widać.

To oczywiście tylko dwa przykłady tego, co można wyczytać z historii, nawet jeśli pozornie zajmiemy się jakimś „drobiazgiem”. Przyglądając się jednak szczegółom najmarniejszego tematu, znajdziemy wiele odpowiedzi na nękające nas pytania, całkiem współczesne.

Bo w szczegółach właśnie … no, sami wiecie.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com