Jerzy Łukaszewski: Szkólny ma dobrze

20.04.2019

Praca szkólnego jest najłatwiejsza w świecie. Mówi się dzieciom „– Piszcie” – i dzieci piszą. Mówi się „– Czytajcie” – i dzieci czytają.

Nie jest to dokładny cytat, ale oddaje pewną głęboką myśl wyrażoną niegdyś przez Gustawa Morcinka.

Sęk w tym, że Morcinek (sam będąc szkólnym) żartował, ale dziś wielu odczytuje ten tekst dosłownie. To najlepszy dowód na upadek polskiej edukacji, ale nie tylko jej.


Gdyby oceniać stan intelektualny polskiego społeczeństwa po 30 latach wolności można by odnieść wrażenie, że obserwujemy mistrzostwa świata w nurkowaniu. Samo narzuca się pytanie: jak daleko jeszcze do dna i czy przypadkiem już nie przebijamy się przez nie?

Nie jest to, co od razu trzeba zaznaczyć, winą pani minister Zalewskiej, która, choć jest egzemplifikacją wszystkiego, co powyżej, to sama jedynie stawia kropkę nad tym „i”, które zafundowali Polsce wszyscy ministrowie dotychczasowi.

Nie mogę np. zapomnieć niegdysiejszej wypowiedzi pani min. Hall, która dokonała za swojej kadencji „odkrycia”, że „polska szkoła jest zanadto opresyjna”! Pamiętam, ile wysiłku kosztowało mnie wtedy przytrzymywanie gałek ocznych, które uparły się, by wypaść z oczodołów po przeczytaniu tej wypowiedzi.

A potem było już tylko gorzej.

Mam niewielkie, można rzec — incydentalne doświadczenie w pracy w szkole, na ogół zajmowałem się edukacją ludzi dorosłych, ale przecież sam kiedyś chodziłem do szkoły, pamiętam kto i jak mnie uczył, a czasem ze zdumieniem stwierdzam, że nawet pamiętam czego.

Uczyli mnie absolwenci przedwojennych Seminariów Nauczycielskich, uczelni niedających tytułu magistra, ale przygotowujących do zawodu. Jak przygotowujących – najlepszy dowód w tym, że kiedy w mojej dzielnicy w latach 50. otwarto nowe liceum, natychmiast zatrudniono w nim wszystkich znalezionych w okolicy absolwentów tych seminariów, stawiając jedynie na czele dyrektora „po linii i na bazie”, by zapewnić właściwy nadzór ideologiczny placówce.

Po latach zdałem sobie sprawę, że uczyli mnie nie tylko arytmetyki, polskiego i rysunków, ale także (a może przede wszystkim) rzeczy dziś kompletnie zapomnianej także przez rodziców – kultury współżycia.

Nie byłem przesadnie grzecznym uczniem. Namiętnie kolekcjonowałem uwagi w dzienniczku, a za swój życiowy sukces uważam to, że przez 12 lat nauki w szkole podstawowej i średniej aż dwa razy miałem na świadectwie piątkę z zachowania!

Kiedy jednak porównuję swoje „wyczyny” z tym, co dziś ma miejsce w szkole, to twierdzę, że obecnie uznany byłbym za wzorowego ucznia.

Na dodatek nauczycieli, którzy poświęcali wiele swojego czasu na wpisywanie mi uwag do dzienniczka, wspominam z ogromną sympatią, niemal z rozrzewnieniem. Serio. Po latach zdałem sobie sprawę czego i jak wiele oni mnie nauczyli.

I jeszcze jedno. Z czasem okazało się, że moi rodzice mieli czasami jakieś zastrzeżenia do tego czy innego nauczyciela. Tyle że ja się o tym dowiedziałem ze dwadzieścia lat później. W domu przy dzieciach nie rozmawiało się na ten temat. W relacjach wzajemnych obowiązywał szacunek i wcale nie trzeba było nikogo do tego przymuszać. Rodzice i nauczyciele własnym postępowaniem narzucali standardy zachowań. 

Może przesadzam, ale tu chyba tkwi przyczyna dzisiejszego upadku i edukacji i kultury współżycia w naszym społeczeństwie.

Jeżeli „kochający tatuś” nie wystrzegając się wulgaryzmów, wywrzeszczy w domu swój stosunek do szkólnego, a dziecko ku uciesze rówieśników powtórzy to w klasie, to o jakiej edukacji możemy mówić?

Jeśli hodujemy roszczeniowego chama od małego we własnym domu, to nie spodziewajmy się, że wyrośnie z niego subtelny intelektualista.

Strajk nauczycieli spowodował wysyp komentarzy zarówno dobrowolnych, jak i sponsorowanych, które są świadectwem upadku kultury polskiego społeczeństwa, jego bezdennej głupoty i nieprawdopodobnego zadowolenia z bycia chamem i idiotą. Tego nie zrekompensuje żadna podwyżka czy okrągły mebel, który chce zastosować chorobliwie zakłamany polityk w celu spacyfikowania protestu.

À propos podwyżek. W przedwojennej Polsce pensja nauczyciela była dużo, naprawdę dużo wyższa niż robotnika w fabryce. Czasem to była kilkukrotność. Wyobrażacie to sobie dziś? I czy ma to jakieś znaczenie?

Nie trzeba wcale aż tak dużo wyobraźni. Wystarczy zrobić przegląd tych relacji w państwach, które dziś rosną, które powoli zajmują miejsce dawnych potęg i to bez angażowania wojsk. To się nie dzieje z dnia na dzień, ale się dzieje i związek jest nie do podważenia.

Jeśli więc ktoś u nas pauperyzuje edukację, to znaczy, że wyobraża sobie przyszłość naszego kraju jako na wpół dzikiego pastwiska na obrzeżach cywilizowanego świata. I nie zakryje tego debilnymi hasełkami o wstawaniu z kolan i europejskiej dolinie krzemowej.

Podwyżki dla nauczycieli nie załatwią wszystkiego, ale wbrew pozorom, jest to najłatwiejszy do zrobienia krok na drodze do poprawienia stanu polskiej oświaty. Pierwszy krok. Dopiero potem można mówić o innych. Bez niego dywagacje o przeglądzie kadr nauczycielskich są bzdurzeniem półgłówka, bo nie dobierze się dobrych nauczycieli polskiej szkole, nie mając ich czym przywabić. To wie każdy normalny pracodawca.

I ostatnia uwaga. W czasie strajku nauczycieli polskie społeczeństwo zawiodło.

Okazało się, że ostatnie 30 lat rozmontowało mechanizm, który zdecydował o zwycięstwie nad komuną – solidarność. Nie dorobiliśmy się społeczeństwa obywatelskiego, dla większości świat kończy się wraz z czubkiem własnego nosa.

Dlatego zawsze przegramy.

Opiekunowie niepełnosprawnych planują akcję protestacyjną na 26 maja. A dlaczego nie teraz? Dlaczego nie wesprzeć strajku nauczycieli i wykrzyczeć przy okazji swego? Tym bardziej że jest tam kilka punktów wspólnych.

Gdzie są pielęgniarki, które tak głośno upominały się o swoje? Dlaczego nie przyjdą z pomocą, ogłaszając kolejny protest RAZEM z nauczycielami?

W sierpniu ’80 roku, kiedy stały dopiero nieliczne zakłady, przyjechał do nas wicepremier Pyka z zadaniem zakończenia strajków. Metoda była prosta – rozmawiam z każdym zakładem z osobna, każdemu obiecuję, czego tylko sobie życzy. W ten sposób cicho i łatwo kończę całą awanturę i po krzyku.

Zaskoczenie – powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, który wszyscy uznaliśmy za jedyne gremium mające prawo nas reprezentować. Osobno nie gadamy! Nie dać się skłócić i rozdrobnić – tak to wyglądało.

W ten sposób osiągnięto cel.

A dziś?

Dziś związek drobnych politycznych geszefciarzy podszywający się pod tamtą wartościową nazwę nadal ma członków! Nie mogę zrozumieć tego fenomenu.

Jakieś chore sentymenty?

Świat się zmienia, wiem. Dziś bohater to ten, który zdobywa się na heroiczny wpis na Facebooku czy Instagramie – „Kaczor jest d**a!” i wyczerpany „walką” kładzie się spać w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

Tylko że w takim wypadku nawet jego ewentualne zwycięstwo będzie takie jak „walka”.

Wirtualne.

O to nam chodzi?

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com