Marek Jastrząb: Polityczny karuzel

22.04.2019

Nadchodzi dzień, gdy kończą się igrzyska i opada wyborczy kurz. Panie i panowie z partyjnych list, oblizując się na myśl o dietach i służbowych   t u ł a c z k a c h   po Unii, przymierzają się do zasiadania, piastowania i pełnienia.

Nowa władza drapie się na świeczniki, postumenty lub piedestały, mości się na fotelach, stołkach i taboretach, wsiada do limuzyn z osobistym furmanem, przejmuje zdobyczne komnaty i odbiera od nowych podwładnych — hołdy (w akompaniamencie wazeliniarskich piruetów).

Zaczyna się twarda HARÓWKA dla Ojczyzny. Katorżnicza orka polegająca na zamianie stryjka na kijek, czyli na zastąpieniu poprzednich nieudaczników, nieudacznikami WŁAŚCIWYMI i od tej pory styl sprawowania władzy będzie polegał na zastępowaniu błędów uczynionych przez poprzedników, błędami ludzi ze zwycięskiej opcji.

Jej pierwszy etap, to zapoznawanie się z zakresem przywilejów, wypłacaniu sobie odszkodowań za zwycięstwo w wyborach i upragniona demolka dokumentów wydanych przez niedawnych możnowładców; kierownicy przestają nimi być a funkcje sprawowane przez teścia dygnitarza z przegranej drużyny, przejmuje teść dygnitarza ze zwycięskiej.

Rozpoczyna się reorganizacja wyposażenia SIEDZIBY. W odstawkę idzie palma wbita w sufit, znikają skórzane kanapy w kolorze A i zastąpione są leżankami w kolorze B. Kossak wędruje do utylizacji, a na ścianę wjeżdża Malczewski. Dywan w prążki wzdłużne przechodzi do historii, a na jego miejscu zjawia się dywan w ciapki pionowe, podczas gdy w Sejmie, w Senacie, po ministerialnych piaskownicach namaszczonych WŁADZĄ, z gabinetów pełniących funkcję spichlerza na kompleksy, spod wiaderek i szufelek wydobywa się chóralny pisk struchlałej dziatwy: CO STANIE SIĘ Z POLSKĄ, GDY NAS ZABRAKNIE?

*

Za każdym wyborczym przetasowaniem kart mam wrażenie, że nareszcie coś się zmieni, a na widok naszych ekonomicznych osiągnięć i powszechnego dobrobytu całego społeczeństwa, świat zmartwieje z podziwu. Lecz nie umrze ze śmiechu. Nastąpi radykalne usunięcie nawiedzonych chwastów, populistycznych pasożytów i pijawek, natomiast słowo Sejm RP — obecny areopag poronionego rozsądku — przestanie być synonimem cichego portu dla przeciętniaków i będzie nareszcie reprezentatywnym gronem utalentowanych ludzi zdolnych do obywatelskiego myślenia.

Są to jednak dziecięce mrzonki, ponieważ znowu zbliża się czas bezpardonowych zadym, pojedynków na inwektywy, potyczek na haki, nagrania i przecieki, następny okres huraganowej bijatyki na podłe traktowanie politycznych przeciwników, nadciąga kolejny etap prześcigania się w zorganizowanej głupocie: zaczynamy urządzać sobie zawody w tym, kto dalej splunie i kto ma bardziej ciasne poglądy.

*

Mam dosyć  hipokryzji. Grania komedii, że nic zdrożnego nie dzieje się w moim kraju. Niestety, kiedy otwieram gazetę, radio lub telewizor, atakowany jestem furiacką dawką złych wiadomości; z byle przekaźnika  wylewa się na mnie potok obłudnych słów. Słów mających dzielić, skłócać, jątrzyć. Wprowadzać niezdrową atmosferę wzajemnych podejrzeń, oskarżeń i insynuacji.  

Nie czuję się niegodziwcem i samolubem plującym na operetkowy system: na państwo skazujące mnie na bycie niedojdą. Odwrotnie: to państwo traktuje mnie jak wroga. Niby jestem u siebie, w swoim niepodległym kraju, ale w rzeczywistości pętam się po fabryce psychicznych sortów, po zakładzie utylizacji logiki, po miejscu, w którym niedobitki mądrych ludzi chodzą w kaftanach bezpieczeństwa, a pieczę nad nimi sprawują Obywatele Kanciarze.

To oni sprawili, że tkwię w roli przygłupa, frajera o nierentownych poglądach, któremu sprzedaje się Kolumnę Zygmunta i który nie wyje z wdzięczności, że zrobiono go w konia.

Moje teksty coraz częściej przypominają zażarte rozmowy dziada z obrazem; nie spełniają warunków dzisiejszego dyskutowania, ponieważ słowa ich adresowane są do PRZEKONANYCH. A nieprzekonani nie czytają ich z nawyku; jak dzieci, które gdy nie chcą słuchać połajanek rodziców, zatykają uszy.

Przegrywam kolejną walkę; jakich bym użył argumentów, zawsze wychodzę na awanturnika. Zaś tam na awanturnika! To określenie jest wielce łagodne. Raczej na pieniacza, sobka i zapiekłego wroga polskości.

Ponoszę klęskę, gdyż zniesmaczonych obecnym stanem państwa jest niewielu, a zachwyconych jego upadkiem, co najmniej legion. Lecz jeśli prawdą jest, że kropla drąży skałę, to nadal będę protestował, bo a nuż jakiś decydent tego szpitala pójdzie po rozum do głowy, szarpnie się na refleksję i w końcu pojmie, o czym piszę… A jak już pojmie, to może zrozumie, że, zanim zostanie wygwizdany, powinien zejść z politycznej estrady.

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com