Sławek: Polemika z „Polską Lorelei”

czyli z tezami artykułu Tadeusza Kwiatkowskiego

04.05.2019

Redakcja SO umieściła ten materiał z nadtytułem ARTYKUŁ DYSKUSYJNY. Po jego lekturze doszedłem do wniosku, że tezy artykułu są nie tyle dyskusyjne, ile pozbawione sensu a przede wszystkim podstaw. To nie żaden artykuł dyskusyjny, ale zwyczajny „popis” niekompetencji autora. Już dawno nie czytałem tylu słów niechęci, żeby nie powiedzieć nienawiści, wobec Polski, tylu nieprawd, półprawd, bzdur i po prostu zwykłych bredni. Autor popisuje się tym, z czego sam się wyśmiewa. Zamiast „polskiego menela” autor sam, na własną prośbę występuje w roli niby-inteligenta używającego argumentów dobrych być może na spotkaniach towarzyskich z charakterystycznymi dyskusjami ćwierćinteligentów po pijaku, z „twórczymi” konkluzjami w stylu „wszystko gó.no, oprócz moczu” lub równie „odkrywczymi” sentencjami „takie jest życie”.

Ale po kolei. Zaskoczenie powstaje już na poziomie tytułu. Co ma teutońska legenda Loreley (pisana niekiedy Lorelei), szeroko wykorzystywana w sztuce, do pragmatycznej wartości truizmów, w kontekście współczesnej Polski? Więcej niż nic! Jeżeli to miała być zgrabna figura retoryczna to efekt mizerny!

Dalej jest już tylko gorzej. Autor powołał się na autorytet Normana Daviesa, wyraźnie nie rozumiejąc cytatu. Ciekawe czy autor wie skąd pochodzi ta ocena?

Otóż przytoczony cytat, podobnie jak większość ocen w dziełach Normana Daviesa, wcale nie jest dla Polaków i dla Polski niekorzystny. Davies owszem bywa wobec Polaków krytyczny, nawet bardzo krytyczny tam, gdzie uznaje to za zasadne, ale w większości książek, jak sięgam pamięcią, jego konkluzje wobec Polski i Polaków są życzliwe i przychylne, i nawet w głębokiej krytyce niepozbawione sympatii. W każdym razie na pewno nie tak druzgocące, jak wydźwięk materiału pana Kwiatkowskiego. Myślę tu o takich dziełach jak Boże Igrzysko, Serce Europy; Orzeł Biały, czerwona gwiazda; czy Powstanie ‘44. To nad czym Norman Davies ubolewa w swoich ocenach historii Polski, to mała wiedza, świadomość, czy wreszcie zupełny brak zainteresowania Polską przez historiografię zachodnią, a w następstwie przez polityków zachodnich, od kilkuset lat.

Błędy w nazwisku Daviesa nie są wcale przypadkowe – autor nie zadał sobie trudu, aby sprawdzić pisownię nazwiska tego walijsko-angielsko-polskiego historyka, co jest tym dziwniejsze, że Davies swoją romantyczną przygodę z Polską zaczynał był w Krakowie. (Pan Kwiatkowski w notce biograficznej twierdzi, że studia kończył w Krakowie.)

Polska jawi się autorowi dosłownie jako obrzydliwa, zachowująca się podobnie jak pijany menel, który „…gotów kogoś bić, to znów obcałowywać, by przy okazji obrzygać. Wciąż uczepiony nogawki albo rękawa zdjętego obrzydzeniem przechodnia, próbującego wyminąć przeszkodę szerokim łukiem. Ni to stan jawy, ni delirycznego snu, ot, po prostu polska rzeczywistość”. W tym kraju: „Rzeczywistość śmierdzi, przytłacza, niewoli. Wżera się w skórę niczym nieusuwalny brud, z którego nawet na obczyźnie człowiek się bezskutecznie oskrobuje, chwytając nadziei, że swojskiego nadwiślańskiego smrodu na dzieci nie przeniesie”. Prawda, że obraz jeszcze dużo gorszy niż słynna „Polska w ruinie” paniusi Szydło? A jak sugestywnie brzmi obrzydzenie?

Według autora jednak nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, „…iż moim skromnym zdaniem tragedia mego kraju nie polega na tym, że wciąż balansuje na krawędzi upadku”, oraz że „…ów polski menel wciąż się jakimś cudem dźwiga z poziomu gruntu, nie mogąc ostatecznie upaść i roztrzaskać łba raz, a porządnie, tak, aby nie było już czego zbierać.”  Tłumacząc z pseudoliterackiej retoryki autora na polski – największą tragedią jest to, że Polska jeszcze nie upadła i istnieje nadal! Na tym nie koniec rewelacji.

Autor wie, dlaczego Polska istnieje nadal i chętnie się z czytelnikami dzieli swoimi przemyśleniami: „…ów polski upiór nie jest zdolny skonać, gdyż to właśnie bagienna mara, bezgłowa jak zastygła w kamiennym nielocie Nike, która kolorowo śnić też nie umie, bo gdy głowy brak, to i myśl żadna czoła już nie marszczy”. Widzicie Państwo – dzięki bezmyślności Polska istnieje nadal i nie chce, kurza stopa, upaść? Jaka nielojalna wobec wymagań pana Kwiatkowskiego!

Autorowi to wyraźnie przeszkadza, kiedy deklaruje wprost: „Jako, za przeproszeniem, Polak…”. Swoją drogą ciekawe kogo autor przeprasza za bycie Polakiem – Polaków, Polskę, społeczeństwo, czy może jakąś inną nację, do której chętnie by należał?  

Pierwotnie przecierałem oczy ze zdziwienia, po tych rewelacjach autora. Nawet pomyślałem, że nie umiem czytać. Ale gdzie tam? Tu pojawia się konkluzja tej części rozważań: „Nie sposób wytrzeźwieć, ale i chlać dalej się nie da, nawet wlewając mitotwórczy bełt polskości wprost w pustkę po zgubionym czerepie. Idźcież do cholery z tym przeklętym krajem. Komu on potrzebny i na co? Niby na szczycie, lecz wciąż w niebycie. Im bardziej Polska Polską się staje, tym trudniej odróżnić tu wychodek od salonu”.

Autorowi wyraźnie nie odpowiada taki przeklęty kraj. Co więcej, twierdzi, że nikomu nie jest on potrzebny! Gdybyśmy mieli jakieś wątpliwości, to im bardziej się rozwijamy tym gorzej! W każdym razie autorowi — wyraźnie gorzej!

Kiedy to czytałem, przyszły mi do głowy dwa najbardziej popularne komentarze internautów pod artykułami, których nie sposób racjonalnie spuentować: „A jak szanowne zdrowie psychiczne pozostałej części rodziny szanownego pana?” i drugi „Ludzie, co on bierze?”. I jeszcze mój ulubiony cytat z filmu: „Jeżeli pan tak widzi rzeczywistość, to niech pan uważa, żeby pana tramwaj nie przejechał!”

Myślicie Państwo, że to koniec? Nie, nie – najlepsze jeszcze przed nami!

Następne części tekstu układają się według cytatów znanych postaci historycznych, którym Autor chętnie wtóruje lub zaprzecza zależnie od przydatności do z góry założonej tezy.

Na początek idzie Otto von Bismarck z jego, znanym w Polsce, stwierdzeniem: „Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą”, którego duch w eterze „… pewnikiem rechocze niczym opętany”. Gdyby autor nie był tak dramatycznie niedouczony, to powinien wiedzieć, że polityka germanizacyjna prowadzona przez Bismarcka na okupowanych ziemiach polskich poniosła całkowite fiasko, podobnie jak założona przez jego rodaków, junkrów pruskich, u schyłku życia Bismarcka HAKATA. Ponadto w Studiu Opinii nie wypada pisać takich głupstw jak stwierdzenie Bismarcka, kiedy czołowy założyciel tego portalu redaktor Stefan Bratkowski jest współautorem scenariusza serialu telewizyjnego „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”. Wyprodukowany w latach 1979-1981 serial jest w istocie fabularyzowaną wersją faktów historycznych, które mówią o tym, jak Polacy pod zaborem pruskim wygrali z Niemcami wojnę gospodarczą, kulturową i administracyjną narzędziami zgodnymi z niemieckim porządkiem prawnym. W tym kontekście stwierdzenie legendarnego kanclerza Niemiec jest wyłącznie złośliwością, niemającą pokrycia w faktach. Zwyczajnie nie wypada, aby przytaczał je, choćby jako tako, wykształcony Polak.

W tej „bismarckowskiej” części to nie jedyny kiks. Autor jednym tchem wymienia wybitnych literatów, przypisując im jednocześnie chwalenie Polaków, takich jak: „Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Gombrowicz, Mrożek. Ci o Polsce potrafili długo, pięknie i z przytupem”. Nie oszczędza nawet jednego z najwybitniejszych kompozytorów światowych: „Nawet Szopen wdzięcznie plimpilimkał o ojczyźnie”. Pominąwszy oryginalną pisownię nazwiska Chopin, która mi bardziej odpowiada, dalszy komentarz Autora znowu razi brakiem elementarnej wiedzy: „Dopiero za granicą grunt pewny pod stopami uchwycić można, codzienność przeżywając wśród trzeźwych pragmatyków, zaś Polski doświadczając jeno za pośrednictwem amortyzujących artystycznych fantasmagorii”.

Owóż nikt z wymienionych nie był bezkrytycznym piewcą polskości, począwszy od Mickiewicza w samej poezji, w tym najbardziej popularnym Panu Tadeuszu, czy nie mniej znanym, ale mniej popularnym dramacie „Dziady”. Mickiewicz piętnował wady Polaków indywidualne i zbiorowe. Podobnie w publicystyce emigracyjnej jak choćby w „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego”. Nie inaczej było ze Słowackim, który był mistykiem, a mimo tego krytykował różne wady Polaków i narodu polskiego, w tym między innymi w „Kordianie”, w „Grobie Agamemnona”, czy w utworze „Testament mój”. Podobnie do Słowackiego, jeszcze większy mistyk Cyprian Kamil Norwid, był wyjątkowo krytyczny dla narodu polskiego i jego pojedynczych synów. W jego twórczości ta krytyka współgra z krytyką współczesnej mu cywilizacji. Znajdujemy te wątki w utworach, Promethidion, Quidam, Rzecz o wolności słowa, Ad leones, Bransoletka, Cywilizacja, Stygmat, czy wreszcie w przedśmiertnych utworach poetyckich Czarne kwiaty oraz Białe kwiaty. To byli poeci zaliczani umownie do epoki romantyzmu, a więc okresu twórczości raczej „ku pokrzepieniu serc”, niż głębokiej krytyki Polaków charakterystycznej dla epoki pozytywizmu.

Pozostali wymienieni przez pana Kwiatkowskiego to już zupełnie inna epoka i etap historii Polski. Zarówno Gombrowicz, jak i Mrożek zajmowali się prawie wyłącznie krytyką Polaków, indywidualnych i zbiorowych braków wiedzy, ciemnoty, fobii, uprzedzeń i hipokryzji. Wystarczy przytoczyć sztandarowe dzieła obydwu twórców: Trans-Atlantyk Ferdydurke Gombrowicza czy Tango Mrożka, którego wielowarstwowe paralele z Weselem Wyspiańskiego są szeroko omawiane w krytyce literackiej. A wymowa Wesela powinna być nawet dla autora dość oczywista, zwłaszcza znane powszechnie: „Miałeś chamie złoty róg…” Satyryczna twórczość rysunkowa Mrożka to już koncert prześmiewczych, czy wręcz szyderczych ocen Polaków.

To co odróżnia wszystkich wymienionych twórców od autora artykułu, to życzliwość i sympatia. Krytyka przez tych wybitnych twórców zawsze lub prawie zawsze okraszona jest miłością, życzliwością lub co najmniej sympatią do Polaków, Polski, społeczeństwa i narodu. W omawianym artykule pana Kwiatkowskiego nie doszukałem się żadnej z tych wartości.

Również w tej części „bismarckowskiej” autor popisuje się wybitnie nierzetelną odpowiedzią na pytanie, którego wcześniej nie stawia. Otóż tej, zdaniem pana Kwiatkowskiego, polskiej obrzydliwości, zapyzialstwa i niepotrzebnej egzystencji jako państwa i kraju, a także wprost śmierdzącej rzeczywistości, przytłaczającej i niewolącej autora zarzuca, że taka Polska nie stała się tak popularna dzięki pracom Normana Daviesa, jak fikcyjne krainy i miejsca z dzieł i arcydzieł literatury światowej.  „Dlatego krajanie Normana Davisa odnieśli zdecydowanie większe sukcesy niż on w popularyzacji opowieści o krainach permanentnie grzęznących w tarapatach.”

Dlaczego tę odpowiedź uważam za wybitnie nierzetelną? Nie ma na świecie żadnej pracy historycznej (de facto metodologicznie poprawnej naukowo), która dorównałaby popularnością prozie satyrycznej, baśniom, fikcjom literackim czy alegoriom — tym bardziej, im bardziej te ostatnie są popularne. Prace tych znanych autorów wydawane były/są w wielu krajach w setkach tysięcy egzemplarzy, co w skali światowej daje milionowe nakłady. Najlepsze dzieła historyczne wydawane są w małych tysiącach, a w wyjątkowych wypadkach w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy w znacznie mniejszej liczbie krajów, co w skali światowej daje małe procenty czy nawet promile w stosunku do tych pierwszych. I choćby Polska była w tysiąckrotnie większych tarapatach, niż widzi autor, to i tak popularyzacja tych tarapatów byłaby dokładnie taka sama.

Nie inaczej jak na całej linii autor daje plamę, powołując się na krajanów Normana Daviesa, przypisując im utwory, których nie napisali. Norman Davies jest Walijczykiem. Lewis Carrol był Anglikiem, a to nie to samo. Napisał Alicję w Krainie Czarów, ale nie żadną Krainę Czarów.  Z kolei sir James Matthew Barrie napisał Piotrusia Pana, który żył w Nibylandii, ale nie stworzył żadnej Nibylandii jako odrębnej pozycji literackiej. Nie był również Walijczykiem a Szkotem. Gdyby powiedzieć Szkotowi, że jest krajanem Walijczyka, ty tylko poczucie humoru odbiorcy ratowałoby takiego śmiałka przed ostrą reakcją. Również John Ronald Reuel Tolkien nie stworzył żadnego Śródziemia jako utworu. Owszem, w Śródziemiu umieścił akcje swojej trylogii, którą większość z nas zna co najmniej w wersji sfilmowanej. Podaję tytuły tej trylogii, nieuporządkowane jako spójna całość narracyjna przez samego Tolkiena: Hobbit czyli tam i z powrotem, Władca pierścieni oraz Silmarillion.

Niestety on także nie był żadnym krajanem Daviesa. Urodził się w rodzinie angielskiej na terenie dzisiejszej Południowej Afryki, a wielu badaczy podejrzewa jego rodzinę o pochodzenie niemieckie. Clive Staples Lewis również nie wydał żadnej Narnii a Opowieści z Narnii i był najbardziej krajanem Daviesa, bo urodził się co prawda w Irlandii, a jednak w zamożnej, protestanckiej rodzinie walijskiego pochodzenia. Terence David John Pratchett rzeczywiście znany z cyklu Świat Dysku również był Anglikiem. J.K. Rowling, właściwie Joanne Murray jest co prawda Brytyjką, ale ze strony matki ma korzenie francusko-szkockie. Ona również nie napisała żadnego Hogwartu, a umieściła w tej fantastycznej Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie część akcji serii siedmiu powieści o Harrym Potterze, oraz kilku książek dodatkowych i opowiadań uzupełniających do serii. Szkoła Hogwart miała się mieścić w bliżej nieokreślonym zamku w Szkocji. W 2012 roku podjęła się co prawda napisania encyklopedii do serii Harrego Pottera, którą wydała w roku 2016 pod nazwą Hogwarts: An Incomplete and Unreliable Guide, ale nie sądzę, aby autor miał to na myśli.

Tak oto złośliwy z bezsilności pogląd Bismarcka „udowadnia” kolejne konfabulacje autora, które dla podkreślenia z lubością masochisty przytacza raz jeszcze: „Polska, choć nie cieszy się politycznym wzięciem porównywalnym z najlichszą nawet króliczą norą czy piracką wyspą, jest obecnie zarządzana przez utopistów, konstruktorów idei Międzymorza, podniecającej wyobraźnię znacznej części autochtonów”.

Nie wiem skąd (jakieś badania?) autor zakłada, że idee Międzymorza podniecają wyobraźnię znacznej części Polaków nazywanych tu dla niepoznaki „autochtonami”. Widocznie ci „autochtoni” to jacyś odrębni pisowscy Jadźwingowie, Podlasiacy, Poleszucy, Roztoczanie czy Lachy Sądeckie i nie mają się naprawdę, czy podniecać. A Międzymorze — w sam raz — jak znalazł! Tak zupełnie na marginesie – mieszkam i codziennie obracam się w kręgach zdeklarowanych wyborców PiS-u, ale jak kiedyś zagadnąłem o Międzymorze, to najbardziej wykształceni z nich (z tytułami, a jakże) wybałuszyli na mnie oczy, jakby zobaczyli zjawę. Potem okazało się, że określenie Międzymorze naprawdę usłyszeli pierwszy raz ode mnie.

Tutaj następuje kolejny atak autora na Polaków, którym zarzuca nieuctwo: „zdecydowana większość Polaków całkowicie odpuszcza sobie jakikolwiek kontakt ze słowem pisanym, stąd pewnie tkwią w błogim przeświadczeniu, że czarownik Kaczyński posiada patent na czapkę niewidkę i nawet jeżeli czar polityki dobrej zmiany pryśnie, to on po prostu schowa Polskę tam, gdzie już więcej nikt jej żadnej krzywdy wyrządzić nie zdoła”. Wiemy i także na SO ubolewamy nad stanem czytelnictwa gazet i książek w Polsce, ale z jakich badań autor wysuwa wniosek, że ten stan przekłada się na „słowo pisane” w ogóle? A Internet, w nim media społecznościowe, serwisy informacyjne, plotkarskie, sportowe itp. to pikuś? A wysyłanie SMS-ów i odbieranie ich — to nie kontakt ze słowem pisanym? Lekkie, nieodpowiedzialne pióro, a przede wszystkim brak namysłu i dyscypliny w argumentacji autora dają takie „kwiatki”.  

W dalszej części tekstu nie widać znikąd poprawy. Ci Polacy, już nie jako autochtoni rozglądają się za „…amerykańskim parasolem rakietowym, bo pod nim to już na pewno los się do Polaków uśmiechnie. Waszyngton uwielbia skubać kretynów i ma w tym spore doświadczenie”.

Nie dość, że Polacy to jeszcze „kretyni” – nie ma przeproś! Otóż ci przyjemniaczkowie dali się nabrać jakiemuś aktorowi, który wypowiedział takie słowa:

 „Odległości z Warszawy do Moskwy i z Warszawy do Brukseli są identyczne. Znak mówi, że Polska nie jest ani na wschodzie, ani na zachodzie. Polska jest centrum cywilizacji europejskiej. Wniosła rzeczywiście wiele w kształtowanie się tej cywilizacji. Czyni to również dzisiaj w sposób znaczący, nie godząc się na uciemiężenie.

Autorowi tych słów pan Kwiatkowski łaskawie odpuszcza: „Wybaczmy mu jednak, bo to był tylko amerykański aktor, któremu o Polsce nie pozwalali zapomnieć skrzętni buchalterzy, odnotowujący ilość dolarów wpompowanych w tubylczą opozycję, doraźnie użyteczną, lecz po wszystkim zbędną.”

I kogoż to pan Kwiatkowski łaskawie darował zdrowiem? Ano niejakiego Ronalda Reagana, uważanego w wielu poważnych ośrodkach analitycznych w USA za najwybitniejszego prezydenta amerykańskiego w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat. To, że Reagan sprowokował tak gigantyczny wyścig zbrojeń, że ZSRR załamał swoją gospodarkę, w efekcie kolejni sekretarze po Breżniewie aż do Gorbaczowa musieli się ratować przed rewolucją, na skutek czego imperium padło to przecież nie zasługa Reagana! To, że Reagan do spółki z Wojtyłą, Wałęsą, a także Gorbaczowem doprowadził do największej w świecie pokojowej zmiany granic imperiów, tego pan Kwiatkowski nie zauważył. Naprawdę autor myśli, że to się dokonało samo z siebie? Wolne żarty!

Co prawda, pomagał Polakom, ale w tym samym czasie: „Tu bajał o uciemiężonych, zaś za jego kadencji CIA, tradycyjnie zresztą, aktywnie wspierała najdziksze prawicowe dyktatury, nie wahając się przy okazji czerpać zysków nawet z handlu ludźmi i narkotykami”. Toż to było wówczas największe mocarstwo światowe, a pan Kwiatkowski oczekuje, że ono wtedy miało prowadzić politykę „love and peace”? Czy trzeba lepszego dowodu na polityczną ignorancję autora?

Ale pan Kwiatkowski na te w znacznym stopniu kurtuazyjne pod adresem Polaków słowa Regana odpowiada w swoim stylu: „Tere-fere. Okrągłe farmazony”. Prawda, że pięknie? A jak kurtuazyjnie pod adresem bądź co bądź nieżyjącego, wielkiego prezydenta USA?

Dalej jest jeszcze gorzej, bo autor dobrał się do Solidarności: „Organiczna i infantylnie krnąbrna opozycyjność Solidarności, jak każdy polski eksperyment, w końcu wymknęła się spod kontroli, stąd u nas mnogość rozmaitych solidarności, zdecydowanie przez małe s. Solidarnie bierzemy w dyplomatyczny kuper”.

Konia z rzędem temu, kto wyjaśni, o co autorowi chodzi. To zdanie nie jest nawet możliwe do oceny, bo należy do kategorii bredni wypowiadanych na imieninach po wódce. Nie znaczy dosłownie nic. Każdy, największy nawet sukces można w końcu sprowadzić do absurdu. O czym to zdanie świadczy? O prawdzie historycznej? Nie, raczej o braku podstawowej wiedzy albo niechęci do przyznania, że Polakom się coś udało. Tymczasem pierwsza Solidarność odniosła gigantyczny sukces. W końcu rozbita i prześladowana w stanie wojennym sprowokowała strajki i osłabiona, ale w swojej „organicznej i infantylnie krnąbrnej opozycyjności” wymusiła Okrągły Stół i pokojową zmianę władzy. Ile złej woli oraz ignorancji trzeba, aby nie być w stanie zgodzić się z faktami historycznymi. Chyba że w świecie postprawdy autor dysponuje „inną narracją”, czyli po prostu brednią!

To, że później drogi się rozeszły i obecny związek zawodowy, dziedziczący tę nazwę prawem kaduka, jest antytezą pierwszej solidarności, to obciąża wyłącznie panów Śniadka, Dudę oraz zarządy, które ich wybrały. A to branie w „dyplomatyczny kuper” to nie Solidarność, a PiS ze swoim San Escobar i Czaputowiczem, jako wiernymi żołnierzami JK, biorą cięgi tam, gdzie należy!

Autor dalej plecie bez opamiętania, co mu ślina na język przyniesie, stosując wyraz „solidarnie”: „Solidarnie budujemy autostrady do nieba, a nawet całkowicie zbędne stadiony futbolowe. Solidarnie wspieramy WOŚP Owsiaka, chociaż niby każdy rozumie, że nawet największa ogólnonarodowa ściepa nie zastąpi nowoczesnego i racjonalnie zarządzanego systemu powszechnej opieki zdrowotnej. Solidarnie ponosimy konsekwencje wyboru większości, która olała wybory i mniejszości, która się do urn jednak pofatygowała. Solidarnie mamy w tyle los tych, co mają gorzej od nas (o dziwo są tacy), dlatego polski imigrant to w polskiej świadomości zło absolutnie konieczne, natomiast reszta niech spada na niemiecki zasiłek; choć, bądźmy szczerzy, i tam często tworzy niemiłą konkurencję. Długo by jeszcze można o polskich odmianach solidarności, bo tu solidarność niejedno ma imię”.

Tutaj nie da się poważnie rozmawiać; trzeba odpowiedzieć łopatologicznie. W Polsce nie ma i nie było żadnych autostrad do nieba ani niepotrzebnych stadionów piłkarskich. WOŚP Jerzego Owsiaka jest jedną z najpiękniejszych i najbardziej szlachetnych akcji charytatywnych, wspierającej głównie służbę zdrowia. Ile noworodków czy ludzi starszych by umarło, gdyby nie WOŚP? Jeżeli politycy nie chcą, bo nie potrafią zreformować służby zdrowia, to żaden argument przeciw WOŚP!

Dalej, skoro Polacy poszli w 2015 roku do urn w liczbie, która wybrała PiS, to był to wybór Polaków i świadomy akt demokracji. Możemy się zżymać, ale to nie żaden powód do dyskwalifikowania określenia solidarnie. Od ponad 3 lat zastanawiamy się nad tym w Polsce, w tym bardzo na SO i takie pan z tego wysuwa wnioski? Właśnie panu kłania się upadek czytelnictwa!

Problem emigracji pan Kwiatkowski przedstawia z perspektywy kretyna – to też dla pana powód do narzekania? W każdym kraju żyje do ok. 20% idiotów, kretynów, cymbałów i debili, ale to nie powód, aby potępiać UK, Francję, Niemcy itd. Dlaczego mamy potępiać Polskę?

Wreszcie dochodzimy do ostatniego cytatu: „Wprowadzenie komunizmu w Polsce byłoby podobne do nałożenia siodła na krowę”. Ten cytat stanowi motto chyba najbardziej niekompetentnej i — z bólem to piszę — najgłupszej części omawianego materiału. Oprócz zgrabnej figury stylistycznej to naturalnie zdanie bez treści i bez sensu.

Autor zapomniał podać, komu przypisywana jest ta „mądrość”. To zdanie wygłosił Józef Stalin. Prawda, że dla Polaków to niezwykły autorytet? W końcu zgładził sporo naszych rodaków, poczynając od oficerów w Katyniu i innych miejscach. Aż dziw, że autor nie posłużył się równie „odkrywczym” myślicielem, jakim był Adolf Hitler. Porównywalny do Stalina „demiurg intelektu”.

Ponieważ jako Polak mogę być zaślepiony nienawiścią wobec tego zbrodniarza i psychopaty, któremu różni badacze przypisują sumarycznie zgładzenie od ok. 50 do 100 mln ludzi, oddam głos Rosjaninowi. Mieszkającemu w Polsce, zresztą w Krakowie, Aloszy Awdiejewowi. Odpowiedź jest kabaretowa, żeby osłabić grozę samej postaci. Na pytanie o wykształcenie Stalina Awdiejew odpowiada: „państwowe przedszkole prawosławne” oraz znajomości języków obcych: „…rosyjski słabo”. Według Aloszy Awdiejewa Stalin wynalazł „nowatorską” w dziejach ludzkości metodę podnoszenia stopy życiowej swojego społeczeństwa. W przeciwieństwie do Zachodu, który podnosi stopę drogą zwiększania produktywności i wydajności pracy, Stalin wprowadził metodę „zmniejszania liczebności populacji”. Prawda, że wielki innowator? (By the way – poststalinowska Rosja Putina tak sobie wzięła do serca nauki Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwilego, że wprost prowadzi do zmniejszania populacji Rosjan. Wystarczy poczytać prognozy populacji w Rosji na 5,10, 20 i więcej lat do przodu).

Cytat z tego „koryfeusza” myśli ludzkiej sprowokował autora do równie „odkrywczych stwierdzeń”.  Pierwsze twierdzenie to nowa teza z zakresu historiografii najnowszej, zaiste „odkrywcza”: „Komunizm nigdy się w Polsce nie skończył, bo go tu nigdy nie było, podobnie zresztą jak nigdzie indziej. Natomiast komunizm jako figura retoryczna był, jest i długo jeszcze będzie Polakom potrzebny. Trąca czułą strunę polskiego mitu założycielskiego”. Wcześniej wprowadzając cytowane tutaj za Stalinem głupstwo, autor grzęźnie dalej w absurdach: „… jednak komunizm jest jak chrześcijaństwo, w teorii cudownie uniwersalne siodło i wędzidło w jednym…”.

Trzeba autora zmartwić: i komunizm, i chrześcijaństwo są pięknymi utopiami, a praktyce istnieją wyłącznie w wersji opresyjnej (komunizm do dzisiaj — Kuba, Korea Północna) i nieludzkiej. Niemiłościwie nam panujący katolicyzm z jego wykluczeniami, opresją, nienawiścią do wszystkiego, co inne, znamy na co dzień. Jedynymi wyznaniami chrześcijańskimi pozbawionymi przynajmniej doczesnej sankcji opresyjnej są wyznania chrześcijańskie powstałe w trakcie Reformacji.

Komunizm był realnym, namacalnym, doświadczeniem Polaków, o czym można się dowiedzieć, studiując historię. Pozostawił po sobie tysiące ofiar, które poniosły śmierć oraz miliony ofiar bezbolesnych fizycznie, ale za to zupełnie zdemoralizowanych. Do dziś borykamy się ze spuścizną tysięcy sloganów w stylu „nie matura, lecz chęć szczera…”, „wszyscy mamy jednakowe żołądki”, „czy się stoi, czy się leży” czy wreszcie dogmat o przewodniej roli klasy robotniczej i warstwy chłopskiej oraz pogardy dla inteligencji. Takie założenie komunistów, że nie trzeba lekarzom płacić godziwie, bo sobie dokradną, czy podobnie nauczycielom, bo sobie dorobią korepetycjami, obowiązują do dzisiaj. PiS w imię fobii swojego guru korzysta czynnie z tej demoralizacji. Czym innym jest 500+ jak nie korupcją polityczną rodem z PRL skazującą jego klientelę, na reprodukcję braku odpowiedzialności. Jeżeli autor twierdzi, że komunizmu w Polsce nie było, to oznacza, że historia jest dla niego zupełnie nieodkrytym rodzajem wiedzy.

Ten passus o komunizmie kończy się równie „odkrywczym” co idiotycznym stwierdzeniem: „Aktualna wersja mitologicznego założenia RP nr IV podpowiada, że gdyby nie ZSRR i zdrada Zachodu, bylibyśmy… no właśnie. Może gdzieś byśmy byli, a może wcale by nas nie było”. Nie jestem zwolennikiem IV RP, jednak akurat to nie mit, a fakt historyczny z Jałty. A dlaczego miałoby nas nie być bez ZSRR – wyparowalibyśmy, czy jak? Nie sposób polemizować ze wszystkim bzdurami zawartymi w artykule.

Autor brnie dalej: „Jesteśmy i coś trzeba z nami począć. Niemal trzydzieści lat polskiego sobiepaństwa to chyba dosyć, by porzucić złudzenie, iż potrafimy samodzielnie o siebie zadbać. Członkostwo w UE to ostatnia i, jak pokazuje rozwój wypadków, nader krucha kotwica, utrzymująca Polskę w orbicie oddziaływania rzeczywistości. Bez tego punktu zaczepienia szybko zdryfujemy ku mieliźnie wsobnie zafiksowanego skansenu jakiejś kolejnej wersji Nibylandii.”

Trzydzieści lat (nawet wliczając okresy rządzenia PiS) to na pewno najlepszy okres w historii Polski po okresie „złotego wieku” a być może w ogóle najlepszy w całej historii Polski. Ale nie według autora. Według pana Kwiatkowskiego to okres „sobiepaństwa” i ryzyko stoczenia się w stronę Nibylandii. Ryzyko istnieje, zapewne dużo większe niż przed wyborami 2015 roku, ale jest zdecydowanie mniejsze niż szanse dalszego korzystnego rozwoju Polski. Wiem coś o tym, bo zawodowo zajmuję się oceną i zarządzaniem ryzykiem.

Myślą Państwo, że już większego głupstwa nie usłyszycie – błąd! Inwencja autora jest zaiste niewyczerpana. Proszę bardzo: „UE nie istnieje bez Rosji i jej surowcowego oraz militarnego zaplecza. W drugą stronę to już wcale nie jest takie oczywiste. Rozpad UE nie byłby dla Rosji specjalnym problemem. Rosja jest duża i ma dużo surowców, dlatego potrzebuje dużej i nowoczesnej armii, wspartej nielichym arsenałem nuklearnym. Polska jest mała i mało znacząca, więc jej armia zawsze będzie jedynie skromną przystawką dla rosyjskiego niedźwiedzia, a niedźwiedź już dawno się obudził”.

„Rosja to stacja benzynowa przebrana za państwo. Jest skorumpowana, rządzą nią złodzieje, jej gospodarka opiera się tylko na ropie i gazie”. To cytat z niedawno zmarłego Senatora republikańskiego Johna McCaine’a. Jej pozycja i dochody zależą od UE, bo nikt inny nie chce kupować jej surowców. Zależność UE od Rosji jest znikoma i jako zależność strategiczna nie istnieje, bo UE z łatwością może kupować wszystkie surowce oferowane przez Rosję na rynku światowym.  Udział Rosji w handlu z UE to zaledwie kilka procent. Znacznie większy jest udział Rosji w imporcie z UE. Wystarczy, aby autor postudiował dane Eurostatu. Jedyne, co trzyma UE przy Rosji, to ryzyko, że Rosja upadająca odpali swoje arsenały nuklearne, ale to część naiwności Zachodu, ale także celowej polityki Unii Europejskiej. Zastanawiające, dlaczego autor zestawia polską armię z rosyjską? Czyżby nie wiedział, że należymy do NATO? A może według autora nadal należymy do obszaru zdominowanego przez Rosję? Te rewelacje autora można spuentować następująco – im fakty mniej odpowiadają z góry założonym tezom autora, tym gorzej dla faktów.

Przejdźmy do kolejnego mitu na tle niekompetencji autora. „Najcenniejsze, co Polska mogłaby ofiarować UE jako swój wkład w jej umacnianie, to ostentacyjny, nachalny proeuropejski serwilizm, którego integralną częścią powinna być polityka szeroko otwartych drzwi. Otwartych na wszystkie możliwe strony (ze szczególnym uwzględnieniem Rosji), zarówno w sensie kulturalnym, jak i ekonomicznym. Naginać, obchodzić, a jeśli trzeba łamać wszelkie sankcje ekonomiczne, dokładnie tak, jak to robiły i robią np. Niemcy i Francja, pomimo rozlicznych ograniczeń zawsze zdolne ubić jakiś interes z Rosją. W razie wpadki — posypywać łeb popiołem płacić kary i dalej robić swoje.”

Prawda, że wieje Lloydem Georgem z jego polityką appeasementu? Jak ładnie to określił Winston Churchill po konferencji w Monachium w 1938 roku: „Nasz rząd miał do wyboru hańbę i wojnę. Wybrał hańbę, a wojnę będzie miał i tak.” Zastanawia postulowane, uporczywe zabieganie o względy Rosji. Przecież to papierowy tygrys — przepraszam — wyliniały niedźwiedź. Rozumiem Pekin, ale Moskwa? Po pierwsze nas tam nie chcą i to wystarczy za resztę argumentów. „Nachalny proeuropejski serwilizm” mógłby być zgrabnym chwytem retorycznym, gdyby nie był tak żałosny w wydaniu pana Kwiatkowskiego.

Ale to tylko część poglądów autora. Następne są jeszcze bardziej bulwersujące. „Handlować na potęgę również z mniejszymi sąsiadami, nawet ze zrewoltowaną za amerykańskie pieniądze Ukrainą, byle nie wychylać się w kwestiach, na które i tak nie mamy wpływu. Cóż nas może obchodzić taka czy inna forma podległości lub niepodległości np. Kijowa, lub Mińska? W polityce nie istnieje bezwarunkowa niepodległość. Każda forma państwowej niepodległości jest warunkowa”. Cynizm i hipokryzja bywają solą polityki, jednak po zbrodniach hitlerowskich i stalinowskich wielu poważnych myślicieli w Europie i na świecie doszło do wniosku, że polityka bez wartości elementarnych łatwo prowadzi do szubrawstwa; a nawet do zbrodni. To autor proponuje Polakom? A dopiero co narzekał, że nic nie obchodzą nas ci, co mają gorzej – pamiętacie Państwo?

Jak bardzo autor nie rozróżnia PR-u od znaku towarowego, pokazał następującym stwierdzeniem: „Polskie „marki” eksportowe to niestety wciąż WW (Wałęsa, Wojtyła). Szkoda, że jednak nie niebieski laser lub grafen. Na szczęście, polskie prezerwatywy i wódka wciąż sprzedają się nieźle i to chyba właściwy kierunek działania”. „WW (Wałęsa, Wojtyła)” to marki PR Polski, ale nie marki handlowe. Autorowi proponuję sprawdzić, na czym polega różnica!

Kolejna bzdura autora: „Polska nie ma żadnych szans na prowadzenie polityki całkowicie niezależnej od Moskwy, Paryża i Berlina. U klamek politycznych salonów tych trzech stolic powinni zawsze wisieć jacyś polscy dyplomaci, zaś z ich ust miast pacierza nie powinno schodzić pytanie: co jeszcze możemy dla państwa zrobić i za ile?”. Dalej autor odpowiada sam sobie: „Problem w tym, iż na razie, nie ma komu wisieć u naprawdę ważnych klamek, nikt też polskich wisielców dyplomatycznych nie oczekuje. Warszawa nie ma nic ważnego do powiedzenia Europie. Polska pragnie wywyższenia i zarazem izolacji. Chce łatwych pieniędzy, za które bujać się będzie po kolorowych wodach politycznych miazmatów, upstrzonych lukrem pustosłowia”.

Dlaczego to bzdura? Autor zapomniał, że należymy do Unii Europejskiej, o czym kilka akapitów wcześniej wspominał jako o kruchej kotwicy, i dzięki temu nie musimy wisieć u czyichkolwiek klamek, a wystarczy mieć dobrą i konkurencyjną ofertę handlową, co Polska z powodzeniem wykorzystuje, oraz odzyskać pozycję polityczną, jaką Polska zajmowała w Europie w latach 2007-2015, do czego droga prowadzi przez respektowanie naszej własnej Konstytucji i praworządności.

Ostanie trzy zdania cytatu należałoby podkreślić i zamiast Warszawa, Polska wpisać: JK, rząd i władze PiS. Istnieje inna Polska, dużo mądrzejsza i skuteczniejsza w polityce europejskiej i światowej, czego dowody dawało większość rządów przed 2015 rokiem. To im właśnie zawdzięczamy wiele sukcesów Polski po 1989 r.

Bredni jednak na razie nie ma końca. „Losy Polski nadal rozgrywane są w trójkącie Berlin-Paryż-Moskwa, z tą jedynie korektą, iż ewentualne poprawki względem stanowiska Moskwy rozpatrują politycy w najważniejszych stolicach Europy Zachodniej – w sumie nic nowego. Polacy nadal usiłują przekuć swą małość w coś znacząco większego, a przecież rozumnie rozgrywana małość może stanowić fundament całkiem udanego układania stosunków społecznych, co dosyć dobrze wychodzi tak mikrym organizmom państwowym, jak Czechy, Słowacja czy Łotwa”. Geopolityka, jak widzimy, to dziedzina autorowi obca ponad wątpliwość. Wszystkie te stolice odgrywają dzisiaj rolę co najwyżej drugorzędną w zglobalizowanym świecie. Pierwszorzędną natomiast Waszyngton – Pekin – Bruksela.

Dalsze tezy nawet nie są warte komentarza, a raczej stwierdzenia: pójdź dziecię ja cię uczyć każę. Polacy są głupi a „mikre organizmy państwowe” mądre!

To może Autor zaproponuje rozbiory Polski, a wtedy lepiej sobie poradzimy?  To wcale nie takie niemożliwe dla tego autora: „Wycieraczka u rosyjskich drzwi została skrócona do wymiarów Ukrainy, natomiast jej polska część stanowi obecnie mocno sfatygowany dywanik w niemieckim przedsionku. Niemcy jako naród praktyczny i oszczędny, nie są zainteresowani wymianą dywanika na nowy, z drugiej strony, czują się w obowiązku utrzymywania go w przyzwoitym stanie”. Prawda jakie malownicze odniesienia – Polska jako sfatygowany dywanik w niemieckim przedsionku? A poza tym – wszyscy zdrowi?

Autor kończy artykuł „Polska niezależność polityczna to niebezpieczny mit, co wciąż nie może się przebić do świadomości polskich elit, stąd liczne narodowe tragedie, falstarty, iluzje – kotylionowa opozycyjność i hucpiarska martyrologia. Zamiana baz wojsk rosyjskich na obecność kilkutysięcznego amerykańskiego kontyngentu i nieustanne kosztowne umizgi do schorowanego Wuja Sama to nie jest świadectwo siły państwa ani tym bardziej jakichś istotnych przemian w myśleniu ludzi rządzących tym biednym, zmarginalizowanym krajem”

To stwierdzenie jest polemiką z prymitywną, na użytek swojego elektoratu, propagandą „patriotyczną” PiS-u. Ludzie wykształceni, znający uwarunkowania współczesnego świata, którzy stanowią środowisko między innymi SO, nie upierają się przy rzeczach nierealnych. Jednakże stwierdzenie, że Polska jest biednym, zmarginalizowanym krajem, nawet mimo wysiłków PiS jest nieprawdziwe. Ale zapomniałem, że autorowi ta Polska niepodległość tak obrzydła, że postuluje jej upadek.  

Podsumowując rozważania pana Kwiatkowskiego w tej części, warto zaproponować: to może rzeczywiście jak w starej, z czasów komunistycznej opresji anegdocie, lepiej wypowiedzieć wojnę Niemcom, a zaraz potem się poddać i wszystkie postulaty autora się sprawdzą?

Ta obrzydliwa zdaniem autora Polska wreszcie przestanie istnieć, skończy się bród, smród i ubóstwo. Będzie ordnung, a autor nie będzie musiał przepraszać za bycie Polakiem i zostanie Niemcem z wdzięcznie brzmiącym nazwiskiem np. Blumenfeld i będzie grzecznie szprechał w miło brzmiącej mowie Goethego i Manna. Aha, zapomniałem – nie będzie z pewnością szprechał grzecznie. Zaraz napisze artykuł o tym, jak to Niemcy są biednym, zmarginalizowanym krajem ze słabiutką armią (to akurat prawda) i powinni się poddać wielkiej Rosji. Za co oczywiście w nagrodę otrzyma bezpłatny pobyt w domu wczasowym z białymi ścianami bez okien, gdzie dla jego komfortu na koszt Bundesrepublik otrzyma gustowny kaftan z rękawami zawiązywanymi na plecach. I będzie wtedy mógł bez przeszkód i bez odpowiedzialności pleść dowolne androny, które mu przyjdą do głowy jak w tym artykule, a nawet wielokrotnie głupsze. Jestem przekonany, że w tym „dziele” daleko nie powiedział jeszcze w tym zakresie ostatniego słowa.    

* * *

Cóż powiedzieć Czytelnikom na koniec tego zbyt długiego wywodu? Przede wszystkim przepraszam Państwa za objętość. Nie umiałem krócej, aby nie uronić niczego z wywodów autora i aby mnie nie posądził, że go bezpodstawnie krytykuję. Przytoczyłem wiele podstaw. Nie wszędzie miałem siłę i energię.

Zastanawiałem się, dlaczego i po co autor coś takiego stworzył i wyszły mi trzy domysły:

– po pierwsze mogło chodzić o świadomą prowokację i wywołanie szerokiej dyskusji; nie rozumiem tylko, po co autor posługuje się tak powierzchowną i niemającą pokrycia w rzeczywistości wiedzą,

– po drugie – to jest rzeczywisty stan wiedzy i umysłu autora, a to już znacznie gorsza wersja przyczyn tego „dzieła”,

– po trzecie – może chodzi o to, że autor jest płatnym lub – co gorsza – bezpłatnym trollem i działa jako agent wpływu PiS-u, Rosji, czy kogokolwiek innego. Rosja jest wyraźną, wielokrotną faworytą autora. Definicja trollowania i trolla nie pozostawiają tutaj wątpliwości: „Trollowanie (trolling) – antyspołeczne zachowanie charakterystyczne dla forów dyskusyjnych i innych miejsc w Internecie, w których prowadzi się dyskusje. Jego celem jest wywołanie gniewu lub skupienie na sobie uwagi użytkowników sieci. Osoby uprawiające trolling nazywane są trollami”. por.: https://pl.wikipedia.org/wiki/Trollowanie)  

Innych domysłów nie mam i nie zamierzam mieć. Autor sam o sobie napisał w notce biograficznej: „Jednostka głęboko aspołeczna. Przejawia objawy organicznego uczulenia na polski patriotyzm, pojmowany jako przekonanie o nadrzędnej roli Polski w historii, oraz tzw. polskiej racji stanu w stosunku do interesów Europy w dobie postępujących procesów globalizacji. Z przekonania i zamiłowania antyklerykał”.

Wszystko rozumiem — święte prawo autora, ale dlaczego z takim marnym zasobem wiedzy i nieprawdziwymi argumentami? Przecież to się nawet nie nadaje na dyskusję w towarzystwie imieninowym trochę mądrzejszych ludzi niż ćwierćinteligenci.

Tam, gdzie autor pod nazwiskiem określa swoje aktywności zawodowe jako „pedagog” i „publicysta” – sprawdziłem doświadczalnie publicystykę autora i już wiem (Nie tylko po lekturze tego artykułu!) Martwię się o działania pedagogiczne – sam kształcę studentów prawie 40 lat i gdybym przekazywał im taką „wiedzę”, byłbym odpowiedzialny nie tylko za własną głupotę, ale także za nieszczęścia innych. A czemu oni winni?

Sławek

Pod pseudonimem Sławek ukrywa się (na własną prośbę) polski wybitny specjalista od spraw zarządzania i ekonomii, utytułowany pracownik naukowy uczelni wyższych oraz praktyk, zarządzający z powodzeniem kilkoma dużymi firmami.
Szczegółowe CV autora oraz inne jego dane osobowe są znane redakcji i zdeponowane w naszym archiwum. Sławek jest stałym komentatorem naszych tekstów (od wielu lat).

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com