Ernest Skalski: Czyje to było zwycięstwo?

06.05.2019

Im dalej w przeszłość odsuwa się koniec II Wojny Światowej, tym huczniej Rosja Putina obchodzi kolejne jego rocznice. Tym skromniej się przypomina rocznicę 22 czerwca 1941, kiedy zaczęła się wojna Niemiec i ZSRR. I prawie zupełnie przemilcza się kolejne rocznice 17 września 1939, kiedy Stalin,c wspólnie i w porozumieniu z Hitlerem, rozpoczął zajmowanie kresów II RP.

Defilada Zwycięstwa w Moskwie, 1945

W Rosji jednak wciąż jeszcze funkcjonuje drugi nurt, demaskujący to, co głosi oficjalna propaganda. Co nie znaczy, że ten demaskujący nurt to sama prawda i cała prawda. Ze względu na rosyjską, sowiecką i postsowiecką skrytość, trudno o absolutnie ścisłe dane. Jednakże wieloletnie wysiłki demaskujące oficjalny obraz wojny pokazują już obraz prawdziwy. Dość często więc publikujemy tutaj to, co się w tym nurcie ukazuje. Dziś, Igora Garina, fragmenty książki Drugaja prawda o Wtoroj Mirowoj, cz. I, Dokumienty.

Nie obejdzie się bez wyjaśnień. Nie ma takiego człowieka jak Igor Garin, bo to artystyczny pseudonim, pracującego w Charkowie, prof.dr.hab. Igora Papirowa, wybitnego specjalisty od materiałów używanych w przemyśle kosmicznym i w budowie reaktorów, autora setek prac z zakresu swojej specjalności, jak i – jako Garin – historii, filozofii, literatury pięknej. Urodzony w roku 1937 miał czas na to wszystko, ale musiał wykorzystywać go pracowicie i efektywnie. Ten background — zwłaszcza w zakresie nauk ścisłych — uwiarygadnia wypowiedź Stiepana Kaszurko, którą przytacza Garin/Papirow.

Z Kaszurko bowiem jest kłopot. Oskarżano go, że był mitomanem, a nie generałem, że — jak twierdzi wnuczka Koniewa — nie był prawą ręką marszałka, że wbrew temu, co twierdzi, nie dostał od prezydenta Putina Orderu Honoru w roku 2003. I faktycznie, w spisie nagrodzonych go nie ma. Publikacja zdjęcia w mundurze generała pułkownika (odpowiednik generała broni) przy licznych orderach, gdyby nim nie był, byłaby poważnym naruszeniem prawa, ale też mogłaby ujść mu na sucho.

W Internecie: słowa przeciw słowom, choć te jego wychodzą składniej niż u demaskatorów i hejterów. Co zresztą też niczego jeszcze nie przesądza.

Istotne wydaje się, że przy tym nie podważa się wysiłków i dokonań Kaszurki w odszukiwaniu poległych i niepochowanych żołnierzy, w zabieganiu o pomoc dla poszkodowanych i ich rodzin i w ustalaniu strat wojennych. Powoływanie się przezeń [KS1]  na Koniewa podnosi wiarygodność relacji i bardzo prawdopodobne, że jest prawdziwe. Marszałek mógł mieć dostęp do najtajniejszych dokumentów, dużo wiedział i w roku 1970, w niepublicznej rozmowie, mógł sobie na wiele pozwolić. Wiedział, że już go nie wyrzucą z Panteonu i mógł też już wiedzieć, że jest chory na raka.

Iwan Koniew

Iwan Koniew (1897-1973) jest najciekawszą osobą w opisywanej tu historii i zasługuje na nieco dłuższe i chyba ciekawe przypomnienie, z okazji rocznicy zwycięstwa, do którego się zdecydowanie przyłożył.

Syn zamożnego chłopa, kułaka wedle sowieckiej nomenklatury. Nie pomagało to w życiorysie. W wieku dwudziestu lat trafił na front I Wojny Światowej, w jednostce najcięższej artylerii. W roku 1918 był już w partii komunistycznej i w Armii Czerwonej. Walczył na wschodzie. Awansował. Na wojnie i po niej, wśród licznych funkcji, najczęściej był oficerem politycznym, komisarzem. W trzydziestych latach pełnił już funkcje dowódcze.

A’ la guerre comme à la guerre. W tragicznym początku wojny generał lejtnant (odp. gen. dywizji) odznaczył się, wyłamując się z okrążenia pod Smoleńskiem, bez swojej 19. Armii, lecz z dowództwem i jednym pułkiem. Stalin uznał to za sukces i awansując na generała pułkownika, zrobił go dowódcą Frontu Zachodniego. Tu po miesiącu, pod Wiaźmą, poniósł jedną z większych klęsk w tej wojnie, o której tylko mimochodem wspomina w rozmowie z Kaszurką. Z Moskwy przyjechała komisja śledcza, kierowana przez Mołotowa i Woroszyłowa. Przed sądem i rozstrzelaniem wybronił Koniewa u Stalina Żukow. Po 1937 roku brakowało dowódców i Koniew zaczął dowodzić mniej ważnym Frontem Kalinińskim.

Potem znów było różnie. W lutym 1943, po kolejnej pechowej operacji, podpisany przez Stalina rozkaz, w pierwszym punkcie zwalniał Koniewa jako tego, który się „nie wywiązał”, ze stanowiska dowódcy nowego Frontu Zachodniego.

Dostał mniej ważny, Południowo-Zachodni. Ale już w lipcu, dowodząc Frontem Stepowym, brał udział w przełomowej Bitwie na Łuku Kurskim. A potem to już szedł od sukcesu do sukcesu, z niewielkimi potknięciami po drodze.

Luty ’44 – marszałek. Lipiec ’44 – pierwsza Złota Gwiazda Bohatera Związku Radzieckiego, z przynależnym do niej Orderem Lenina. Dowodząc, już do końca wojny Pierwszym Frontem Ukraińskim, zdobył przyczółek sandomierski na zachodnim brzegu Wisły i utrzymał go do ostatniej i ostatecznej ofensywy styczniowej. Wyzwalał Kraków i Śląsk — nie niszcząc zabytków i przemysłu — Pragę, brał udział w Operacji Berlińskiej.

Gdy studiowałem w ZSRR (1952-1957) skutki minionej wojny były wszechobecne, w życiu i, w sposób całkowicie odmienny od obecnego, w wyobraźni społecznej. Wśród starszych, spóźnionych na studia kolegów, miałem też jej weteranów, którzy musieli odsłużyć parę lat po roku 1945. W tej wyobraźni wydzielała się triada: Żukow, Rokossowski, Koniew. Ten pierwszy, co ważne w odniesieniu do Koniewa, był pamiętany jako skuteczny i bezwzględny dowódca, nieliczący się z życiem żołnierzy, okrutny wobec podwładnych. Rokossowski to był ludzki pan i nie szafował krwią, a o Koniewie mówiono stosunkowo niewiele.

W późniejszych wspomnieniach zauważano, że był wybuchowy, ale szybko łagodniał. Po przygotowaniu kolejnej operacji i wydaniu rozkazów pojawiał się nawet w okopach na pierwszej linii i bynajmniej nie zdawkowo potrafił rozmawiać z żołnierzami.

A z książki „Nowa klasa” Milovana Dżilasa, jednego z najbliższych ludzi Tity, późniejszego dysydenta i więźnia politycznego, zapamiętałem jego zgorszenie wystawnym ucztowaniem we frontowej kwaterze Koniewa, kiedy kraj głodował, a front nie dojadał. I to, że pułkownika, który skarżył się na ostrą chorobę żołądka i bóle, marszałek zmusił do picia wódki.

Koniew swoje wspomnienia zakończył dość szczegółowymi pouczeniami dla – kolejno – dowódców armii, korpusów, dywizji, brygad i pułków, które to pouczenia powinny były do nich trafić w czerwcu 1941 roku. Będąc, na przemian, dowódcą okręgów wojskowych, zastępcą ministra obrony, dowodzącym siłami Układu Warszawskiego, jak austriacki generał ze znanego spostrzeżenia Napoleona, szykował się na wojnę, która już była.

Wydawnictwo resortu obrony tłumaczyło na rosyjski i wydawało wspomnienia dowódców niemieckich, alianckich, równolegle z sowieckimi. W zestawieniu ze skrywanymi wówczas perypetiami Koniewa i innych dowódców sowieckich uderza, jak Heinz Guderian wspomina, że po sukcesach na froncie wschodnim, w grudniu 1941 roku, wyniku scysji z marszałkiem von Klugem, został za niesubordynację pozbawiony dowództwa i do marca 1943 przebywał w dworku koło Kruszwicy. Na Ostfront wrócił po Stalingradzie. W końcowej fazie wojny był już dowódcą wojsk lądowych, a 28 marca 1945 roku, miał scysję, tym razem z Hitlerem i znów — tylko — stracił stanowisko za niesubordynację.

Wykonując plan Barbarossa, w dniach 22 – 30 czerwca 1941, Guderian unicestwił sowiecki Front Zachodni. Jego dowodzący, generał armii, Bohater Związku Radzieckiego, Dmitrij Pawłow został rozstrzelany wraz z grupą generałów – wszystkich rehabilitowano w roku 1957. Jako pechowy dowodzący kolejnego Frontu Zachodniego, Koniew miał się czego obawiać.

A i po wojnie było ciekawie i dramatycznie.

Iwan Koniew w 1953 roku przewodniczył specjalnemu sądowi wojskowemu, który skazał na śmierć – skądinąd było za co – Ławrientija Berię, szefa bezpieki po Jeżowie. Nota bene, za zasługi w gospodarce wojennej, Beria też miał tytuł marszałka, a Koniew przecież pamiętał, że w roku 1937 marszałka Tuchaczewskiego skazywał na śmierć marszałek Bluecher, po podobnym procesie, zamordowany w następnym roku. Lecz Koniew prawdopodobnie ryzykował życiem kilka lat wcześniej, chociaż już było po wojnie.

Łączy się to z perypetiami marszałka Żukowa. Ten, kończąc wojnę w Berlinie, wymuszając powtórne podpisanie kapitulacji Niemiec (pierwsze w Reims odbyło się bez przedstawicieli ZSRR) stał się pierwszym – dziś byśmy powiedzieli – celebrytą w obozie zwycięzców. Eisenhower, de Gaulle i Montgomery byli jego przyjaciółmi, nawiązał kontakty z najważniejszymi politykami Zachodu. Przy okazji miał wywieźć kilka pociągów osobistych trofeów. To wszystko było nie do zniesienia dla Stalina, który zawsze obawiał się bonapartyzmu wyższych dowódców. Dał temu praktyczny wyraz w latach trzydziestych. W niecałe dziesięć lat później, nad Żukowem miało zawisnąć niebezpieczeństwo zostania zdrajcą, spiskowcem, czyhającym na władzę i życie, wiadomo czyje. I wtedy ponoć miał odwagę przeciwstawić się temu marszałek Koniew.

Jeśli tak było, to też ryzykował życiem. Ale też mógł przypuszczać, że może je stracić w następnej kolejności. I może czuł się zobowiązany wobec Żukowa za ocalenie w roku 1941. Choć w roku 1943 popsuł wzajemne stosunki, oskarżając go przed Stalinem o niefortunną decyzję operacyjną.

Rozeszło się po kościach, oskarżeniem Żukowa w związku z nachapaniem się trofeami i zesłaniem go na stanowisko dowódcy odeskiego, a potem uralskiego okręgu wojskowego.

Po śmierci Stalina stopniowo wracał do łask. W czerwcu 1957 roku był ministrem obrony i uchronił Chruszczowa, wówczas pierwszego sekretarza partii, kiedy większość Prezydium (dawniej Politbiuro) KC zamierzała go obalić. Wówczas Mołotow, Kaganowicz, Malenkow i „przymknąwszy do nich” Szepiłow, stracili stanowiska, a Żukowa Chruszczow wprowadził do Prezydium.

Wyrzucił go stamtąd już w październiku, pozbawiając stanowiska ministra i w następnym roku odprawił na emeryturę. A Iwan Koniew, w „Prawdzie”, centralnym organie partii, opublikował artykuł oskarżający Żukowa. Jak wcześniej opisywał sowieckie kierownictwo Churchill, buldogi nadal gryzły się pod dywanem, ale już nie wyrzucano spod niego trupa, lecz emeryta.

Wcześniej, w roku 1956, ostatnią operacją wojskową marszałka Koniewa była, opracowana przez Żukowa, rozprawa z rewolucją na Węgrzech. Życia, trzeba powiedzieć, nie miał nudnego.

No, a teraz, przypominam PT. Czytelnikom, cytowaną przez Garina/Papirowa relację Stiepana Kaszurko o marszałku Koniewie i sowieckich kosztach wojny, skończonej siedemdziesiąt cztery lata temu.


– Zanim jak co roku porwie nas wir szumnych obchodów rocznicy zwycięstwa, wielu z nas przydałoby się przeczytać poniższy fragment wspomnień: „Stiepan Kaszurko, były adiutant do zadań specjalnych marszałka Iwana Koniewa, generał pułkownik, szef Ośrodka Poszukiwań i Upamiętniania Zaginionych i Poległych Obrońców Ojczyzny:

Przed dwudziestą piątą rocznicą Zwycięstwa marszałek Koniew poprosił mnie o pomoc w napisaniu artykułu, który zamówiła u niego „Komsomolskaja Prawda”. Obłożywszy się wszelką możliwą literaturą, szybko nakreśliłem szkic triumfalnej relacji w duchu ówczesnej epoki, jakiej oczekiwała „Komsomołka”, i następnego dnia stawiłem się u mojego zwierzchnika. Od razu było widać, że jest w złym humorze.

– Czytaj – burknął Koniew i zaczął nerwowo chodzić tam i z powrotem po przestronnym gabinecie. Wyraźnie coś go dręczyło.

Przybrałem dumną pozę i w nadziei na pochwałę, zacząłem podniosłym tonem:

– Rocznica Zwycięstwa to dla nas wielkie święto. Cały naród raduje się i weseli. W ten dzień…

– Dosyć! – przerwał gniewnie marszałek. – Wystarczy tej radości! Niedobrze mi się od tego robi. Powiedz mi lepiej, czy w twojej rodzinie wszyscy wrócili z wojny? Zdrowi i cali?

– Nie. Nie wróciło dziewięć osób, z tego pięć zaginęło bez wieści – wymamrotałem nie rozumiejąc, do czego zmierza mój zwierzchnik. – I jeszcze trzech przykuśtykało o kulach.

– Ile sierot po nich zostało? – nie ustępował marszałek.

– Dwadzieścia pięć małoletnich dzieci i sześcioro niedołężnych staruszków.

– Jak żyli? Państwo zapewniło im byt?

– Nie żyli, tylko wegetowali – wyznałem. – Zresztą teraz też nie jest lepiej. Za zaginionych bez wieści żywicieli rodzin renta się nie należy… Matki i wdowy oczy już sobie wypłakały, ale nadal czepiają się nadziei, że może któryś jeszcze wróci. Gonią resztką sił…

– To po jakiego czorta się radujesz, kiedy twoi bliscy płaczą?! Z czego mają się cieszyć rodziny trzydziestu milionów poległych i czterdziestu milionów okaleczonych i oszpeconych żołnierzy? Ci ludzie cierpią, męczą się razem z kalekami, którym państwo dało głodowe renty…

Nie posiadałem się ze zdumienia. Nigdy wcześniej nie widziałem Koniowa w takim stanie. Jak się okazało, ten wybuch wściekłości wywołała odmowna reakcja Breżniewa i Susłowa na jego zabiegi, by państwo okazało odpowiednią pomoc nieszczęsnym weteranom drugiej wojny światowej i przyznało renty żyjącym w nędzy rodzinom zaginionych bez wieści. Iwan Stiepanowicz wyjął z szuflady biurka memorandum, najwyraźniej to samo, z którym bez powodzenia chodził do spóźnionego (Breżniewa- e.s.) marszałka, czterokrotnego Bohatera Związku Radzieckiego, kawalera Orderu Zwycięstwa i do naczelnego ideologa (Susłowa – e.s.) ZSRR.

– Poczytaj, jak się żyje u nas obrońcom Ojczyzny – warknął, wręczając mi ten dokument. – I ich bliskim. Mają się z czego radować?

Pismo, opatrzone pieczątką „ściśle tajne” było upstrzone liczbami. Im dłużej się w nie wpatrywałem, tym mocniej ściskało mi się serce: „46 milionów 250 tysięcy rannych. 775 tysięcy wróciło z wojny z pękniętą czaszką. Z jednym okiem – 155 tysięcy, ślepych – 54 tysiące. 501 342 z oszpeconą twarzą. 157 565 z krzywą szyją. 444 046 z rozerwanym brzuchem. Z uszkodzonym kręgosłupem – 143 241. Z obrażeniami miednicy – 630 259. 28 648 bez narządów płciowych. 3 miliony 147 tysięcy bez ręki. Milion dziesięć tysięcy bez obu rąk. Trzy miliony 255 tysięcy bez nogi. Milion 121 tysięcy bez obu nóg. Z częściową utratą rąk i nóg 418 905. Tak zwanych „samowarów”, bez obu rąk i obu nóg – 85 942.”

– Teraz zerknij na to – oświecał mnie dalej Iwan Stiepanowicz. – W ciągu trzech dni, do 25 czerwca, wróg wdarł się 250 kilometrów w głąb kraju. 28 czerwca zajął stolicę Białorusi, Mińsk. Manewrem okrążającym szybko zbliża się do Smoleńska. W połowie lipca, ze 170 radzieckich dywizji, 28 znajdowało się w pełnym okrążeniu, a siedemdziesiąt poniosło katastrofalne straty. We wrześniu tego samego 1941 roku pod Wiazmą, w okrążenie wpadło 37 dywizji, dziewięć brygad pancernych, 31 pułków artylerii rezerwy Naczelnego Dowództwa oraz dowództwa polowe czterech armii. W kotle w okolicach Briańska znalazło się 27 dywizji, dwie brygady pancerne, dziewiętnaście pułków artylerii i dowództwa polowe trzech armii. Łącznie w 1941 roku wpadło w okrążenia i z nich nie wyszło 93 ze 170 radzieckich dywizji, pięćdziesiąt pułków artylerii, jedenaście brygad pancernych i dowództwa polowe siedmiu armii.

W dniu napaści faszystowskich Niemiec na Związek Radziecki, 22 czerwca 1941 roku, Prezydium Rady Najwyższej ZSRR ogłosiło mobilizację trzynastu roczników poborowych, 1905-1918. Ponad dziesięć milionów ludzi zostało błyskawicznie wcielonych do armii. Z dwóch i pół miliona ochotników uformowano pięćdziesiąt dywizji ochotniczych i dwieście pułków strzeleckich, które rzucono do walki bez umundurowania i bez odpowiedniego uzbrojenia. Z dwóch i pół miliona ochotników przeżyło niewiele ponad 150 tysięcy.”

Była tam mowa również o jeńcach wojennych. A konkretnie, że w 1941 roku hitlerowcy wzięli do niewoli: pod Grodnem i Mińskiem – trzysta tysięcy, pod Witebskiem, Mogilewem i Homlem – 580 tysięcy, w kotle pod Kijowem i Humaniem – 768 tysięcy radzieckich żołnierzy. Kolejne ćwierć miliona pod Czernihowem i w rejonie Mariupola. W rejonie Briańska i Wiaźmy do niewoli poszło 663 tysiące radzieckich żołnierzy. I tak dalej. Jeśli zebrać się na odwagę i dodać do siebie wszystkie te liczby, wychodzi, że podczas wielkiej wojny ojczyźnianej w faszystowskiej niewoli z głodu, zimna i rozpaczy niewoli konało około czterech milionów radzieckich żołnierzy i dowódców, których Stali uznał za dezerterów i wrogów narodu. Wypada też wspomnieć o tych, którzy oddawszy życie za niewdzięczną ojczyznę, nie doczekali się nawet godnego pogrzebu. Z winy tego samego Stalina w pułkach i dywizjach nie było służb odpowiedzialnych za chowanie poległych – wódz z pewnością siebie zawołanego samochwały twierdził, że nie są nam potrzebne: waleczna Armia Czerwona potężnym ciosem zetrze wroga w pył na jego własnym terytorium przy minimalnych stratach własnych. Za te idiotyczne przechwałki straszliwą cenę zapłacił nie geralissimus, lecz żołnierze i dowódcy, których los tak niewiele go obchodził. W lasach, na polach i w wąwozach kraju butwiały bez pochówku kości ponad dwóch milionów bohaterów. W oficjalnych dokumentach figurowali jako zaginieni bez wieści – niebagatelna oszczędność dla skarbu państwa, zważywszy, ile pozostawili po sobie wdów i sierot.

W tamtej rozmowie przed laty marszałek napomknął również o przyczynach katastrofalnej klęski, którą poniosła na początku wojny nasza „niezwyciężona, legendarna” Armia Czerwona. Haniebny odwrót i straszliwe straty były konsekwencją czystki, którą Stalin przeprowadził przed wojną w szeregach kadr dowódczych wojska. Dziś wiedzą o tym wszyscy z wyjątkiem nieuleczalnych wielbicieli generalissimusa (zresztą i oni orientują się, jak było, tylko udają naiwnych), ale w tamtej epoce tego rodzaju stwierdzenie wywoływało wstrząs. I jednocześnie otwierało oczy. Czego można było oczekiwać od pozbawionej kierownictwa armii, gdzie doświadczonych zawodowych dowódców, do komendanta batalionu w dół, posłano do łagrów i na rozwałkę, na ich miejsce mianując młodych poruczników i politruków, którzy w życiu nie wąchali prochu?

– Wystarczy – westchnął marszałek, zabierając mi przerażający dokument z liczbami, które nie mieściły się w głowie. – Rozumiesz teraz, co i jak? I co, będziemy się radować? O czym tu pisać do gazety, o jakim zwycięstwie? Stalinowskim? Czy może pyrrusowym? Na jedno wychodzi!

– Towarzyszu marszałku, mam mętlik w głowie, ale myślę, że pisać trzeba, jak każe partia… To znaczy sumienie – poprawiłem się. – Tylko teraz niech pan sam pisze, to znaczy dyktuje, a ja będę notował.

– Pisz i nagraj na magnetofon, więcej tego ode mnie nie usłyszysz!

Trzęsącą się ręką pospiesznie zapisywałem jego słowa: „Czym jest zwycięstwo?” – mówił Koniow. – „Nasze, stalinowskie zwycięstwo? Przede wszystkim ogólnonarodowym nieszczęściem. Dniem żałoby narodu radzieckiego po ogromnej rzeszy zabitych. Rzeką łez i morzem krwi. Miliony okaleczonych. Miliony osieroconych dzieci i niedołężnych starców. Miliony pogruchotanych losów, niestworzonych rodzin, nieurodzonych dzieci. Miliony patriotów zamęczonych w hitlerowskich, a potem w radzieckich łagrach.”

W tym miejscu długopis wyskoczył mi z drżących palców, jakby był żywy.

– Towarzyszu marszałku, przecież tego nikt nie wydrukuje! – powiedziałem błagalnie.

– Pisz dalej. Teraz nikt, ale w przyszłości wydrukują nasi potomkowie. Muszą znać prawdę, a nie słodkie kłamstwa o naszym Zwycięstwie! O tamtej krwawej jatce! Żeby byli czujni na przyszłość i nie oddawali najwyższej władzy w ręce diabłów w ludzkiej skórze i podżegaczy wojennych. I jeszcze jedno, o czym trzeba pamiętać – ciągnął Koniow. – Jakimi chamskimi przezwiskami powojenne społeczeństwo nagrodziło inwalidów! Były na porządku dziennym, zwłaszcza w domach opieki i zakładach lekarskich. Nikt się nie litował nad kalekami o starganych nerwach i rozwalonej psychice. Mówcy krzyczeli z trybun, że naród nie zapomni bohaterstwa swoich synów, a w tamtych instytucjach byłych żołnierzy o oszpeconych twarzach nazywano „kwasimodami” („Ej, Nina, przyszła twoja kwasimoda!” krzyczały bez skrępowania baby z personelu), jednookich – „płastugami”, inwalidów z uszkodzonym kręgosłupem – „paralitylkami”, z uszkodzoną miednicą – „krzywulcami”. Jednonodzy chodzący o kulach otrzymali miano „kangurów”. Bezrękich tytułowano „bezskrzydłymi”, a pozbawionych obu nóg, poruszających się na własnej roboty platformach na kółkach – „hulajnogami”. Nieszczęśnicy z okaleczonymi wszystkimi kończynami dostali ksywkę „żółwie”. To się w głowie nie mieści! – zapalał się coraz bardziej Iwan Stiepanowicz. – Co za bezmyślny cynizm. Czy do tych ludzi nie docierało, kogo obrażają? Przeklęta wojna chlusnęła w naród potężną falą okaleczonych weteranów, państwo powinno było zapewnić im co najmniej znośne warunki życiowe, otoczyć uwagą i troską, zaoferować opiekę medyczną i pomoc finansową. Zamiast tego powojenny rząd ze Stalinem na czele przyznał tym nieszczęśnikom groszowe zasiłki skazując ich na żałosną wegetację. Na dodatek, chcąc zaoszczędzić państwowe pieniądze, zmuszano kaleki do regularnego stawania przed komisjami lekarskimi: że co, sprawdzimy, czy nieborakowi przypadkiem nie odrosła ręka albo noga?! Co i rusz próbowali przesunąć nieszczęsnego obrońcę ojczyzny do niższej grupy inwalidzkiej, żeby urwać mu coś z renty…

Tamtego dnia marszałek poruszał wiele tematów. Mówił i o tym, że bieda oraz poważnie nadszarpnięte zdrowie, w połączeniu z nędznymi warunkami życiowymi, rodziły poczucie beznadziejności, pijaństwo, wyrzuty umęczonych żon, awantury i nieznośną atmosferę w rodzinie. W konsekwencji niepełnosprawni fizycznie weterani uciekali z domów na ulice, place, dworce kolejowe i targowiska, gdzie często parali się żebraniną i dopuszczali nieprzystojnych zachowań. Doprowadzeni do rozpaczy bohaterowie stopniowo staczali się na samo dno, ale to nie ich wina. Pod koniec lat czterdziestych Moskwę inwalidzi z prowincji masowo napływali do Moskwy w poszukiwaniu lepszego życia. Łaknąc ochrony i sprawiedliwości, których państwo nie chciało im zapewnić, zaczęli wiecować, naprzykrzać się władzy przypominaniem o swoich zasługach, domagać się, zawracać głowę. To oczywiście irytowało urzędników instytucji stołecznych i rządowych. Mężowie stanu łamali sobie głowy, jak pozbyć się kłopotu.

I oto latem 1949 roku Moskwa zaczęła się szykować do obchodów jubileuszu uwielbianego wodza. W oczekiwaniu na przyjazd zagranicznych gości, stolica czyściła się, myła i robiła porządki. Tymczasem weterani – kuternogi, kaleki na prowizorycznych wózeczkach, pełzuny, wszystkie te „żółwie” – rozzuchwali się do tego stopnia, że urządzili demonstrację pod samym Kremlem. Okropnie nie spodobało się to przywódcy narodów. I rozkazał „Wymieść >>śmieci<< z Moskwy!” Władze tylko na to czekały. Rozpoczęły się szeroko zakrojone obławy na uprzykrzonych inwalidów, którzy „psuli wizerunek stolicy”. (Pierwszą taką akcję, przeprowadzono w roku 1947, przed obchodami osiemsetlecia Moskwy. – e.s.) Polując na nich jak na bezpańskie psy, organy ścigania, wojsko, członkowie partyjnego i bezpartyjnego aktywu, w ciągu kilku dni wyłapali na ulicach, bazarach, dworcach, a nawet cmentarzach i wywieźli z Moskwy przed jubileuszem „najdroższego, ukochanego Stalina” wyrzuconych na śmietnik historii, okaleczonych obrońców tejże samej świątecznej Moskwy. Na zesłaniu żołnierze zwycięskiej armii zaczęli umierać. To była błyskawiczna śmierć, nie od ran, lecz od krzywdy burzącej krew w sercach, z wyrywającym się przez zaciśnięte zęby pytaniem: „Za co, towarzyszu Stalin?” W ten sposób sprytnie i bez ceregieli rozwiązano nierozwiązywalny, jak się wydawało, problem weteranów zwycięskiej armii, którzy przelali krew „Za Ojczyznę! Za Stalina!”

– Co jak co, ale takie sprawy nasz wódz załatwiał po mistrzowsku. Bez mrugnięcia okiem wysiedlał całe narody – zakończył z goryczą sławny dowódca Iwan Koniew.

A na dokładkę, już bez objaśnień i komentarza, przyczynek do roli i osobowości demiurga wszystkich opisywanych wydarzeń. Uznanie dlań – już 70 procent badanych – rośnie, miarę jak słabnie poparcie dla Putina. Poniżej — załącznik.


Ernest Skalski

Dziennikarz, historyk


Ur. 18 stycznia 1935 r. w Warszawie
Więcej w Wikipedii

Tajna dyrektywa Stalina

Osiemdziesiąt lat temu, 10 stycznia 1939 roku, naczelnicy lokalnych organów partyjnych i urzędów bezpieczeństwa państwowego w całym kraju otrzymali zaszyfrowaną depeszę podpisaną przez Stalina:

Do sekretarzy komitetów obwodowych, komitetów okręgowych, komitetów centralnych komunistycznych partii republik ZSRR, komisarzy ludowych bezpieczeństwa państwowego i naczelników urzędów NKWD.

Do KC WKP(b) dotarły informacje, że sekretarze komitetów obwodowych i okręgowych dokonujący kontroli pracowników urzędów NKWD zarzucają im, że stosują wobec aresztowanych środki przymusu fizycznego, jakby to było działanie przestępcze. CK WKP(b) wyjaśnia, że stosowanie środków przymusu fizycznego przez NKWD zostało dopuszczone w 1937 roku decyzją KC WKP(b).

Zaznaczono wówczas, że przymus fizyczny można stosować jedynie w drodze wyjątku i tylko wobec jawnych wrogów narodu, którzy przy zastosowaniu humanitarnych metod przesłuchiwania bezczelnie odmawiają wydania spiskowców, miesiącami nie składają zeznań, próbują opóźnić ujawnienie pozostających na wolności spiskowców – czyli kontynuują walkę z władzą sowiecką nawet w więzieniu.

Doświadczenie pokazało, że to przynosi rezultaty, w znacznym stopniu przyspieszając ujawnianie wrogów narodu. To prawa, że później metodę środków przymusu fizycznego obrzydzili łajdacy pokroju Zakowskiego, Litwina, Uspienskiego i innych, którzy z wyjątku zrobili regułę i zaczęli stosować ją wobec przypadkowo aresztowanych uczciwych ludzi, za co ponieśli zasłużoną karę. Lecz to nie dyskredytuje samej metody, o ile w praktyce jest stosowana prawidłowo.

Wiadomo, że wszystkie burżuazyjne wywiady stosują środki przymusu fizycznego wobec przedstawicieli socjalistycznego proletariatu, do tego w najbardziej brutalnej formie. Pytamy, dlaczego socjalistyczny wywiad ma być bardziej humanitarny od zajadłych agentów burżuazji, zagorzałych wrogów klasy robotniczej i kołchoźników?

KC WKP(b) uważa, że środki fizycznego przymusu bezwzględnie należy stosować w przyszłości, w drodze wyjątku, w stosunku do jawnych, nieskładających broni wrogów narodu, gdyż jest to metoda słuszna i skuteczna. KC WKP(b) żąda od sekretarzy komitetów obwodowych i okręgowych, komitetów centralnych komunistycznych partii republik ZSRR, żeby podczas kontroli pracowników urzędów NKWD kierowali się niniejszym wyjaśnieniem.

Sekretarz KC WKP(b) J. Stalin”

O biciu, torturach i rozstrzeleniach nie mówiło się na głos. Posługiwano się eufemizmami w rodzaju „stosowania środków przymusu fizycznego”. Aresztowani nie przeżywali tortur – nawet tak krzepcy, jak były marynarz z Bałtyku Paweł Dybienko czy marszałek Wasilij Blücher, którzy zmarli w więziennej celi skatowani w czasie przesłuchań. Wódz uważał wyciąganie zeznań torturami za konieczność.

Ludowy komisarz bezpieczeństwa państwowego Nikołaj Jeżow zyskał sobie sympatię Stalina, bo nie bał się brudnej roboty. Podobnie jego następca, Ławrietnij Beria, który bił aresztantów we własnym gabinecie. Wiedząc, co ceni Stalin, ludowy komisarz bezpieczeństwa państwowego Wsiewołod Mierkułow własnoręcznie skatował byłego naczelnika sztabu generalnego Armii Czerwonej i byłego ludowego komisarza sił zbrojnych. W 1953 roku Mierkułow wyznał:

Biliśmy bez litości. To była prawdziwa jatka. W ten sposób wydobywało się zeznania.

Za to powojenny minister bezpieczeństwa państwowego Siemion Ignatiew nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Etatowy funkcjonariusz partii, urzędas, skrupulatnie przekazywał rozkazy wodza podwładnym, wymagał od nich uzyskania potrzebnych zeznań, ale sam nie ruszał się zza biurka. Rozczarowany Stalin powiedział mu:

– A ty co, chcesz tu robić za delikatnego paniczyka? Nie uda się. Zapomniałeś, że Lenin wydał rozkaz rozstrzelania [Fanny] Kapłan? Chcesz być bardziej humanitarny od Lenina? A Dzierżyński kazał wyrzucić przez okno Sawinkowa. Dzierżyński miał do tego specjalnych ludzi, Łotyszy, którzy wypełniali takie polecenia. No, ale tobie się z nim nie równać, on nie unikał brudnej roboty, a ty, jak kelner, pracujesz w białych rękawiczkach. Jeśli chcesz być czekistą, zdejmij rękawiczki. To robota dla mężczyzny, a nie dla jaśnie pana.

I obiecał:

– Będziesz takim czyścioszkiem, nałożę ci po pysku.

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com