Telewizja pokazała (515)

09.05.2019

Czy czasy się zmieniają?

Kiedyś wystarczyło, że min. Milczanowski oskarżył premiera Oleksego o współpracę z Rosją i premier odszedł. Całe media trąbiły o sprawie i skazały premiera od ręki. Kiedy okazało się, że oskarżenie jest dęte, nic się oskarżającym nie stało, zostali nawet odznaczeni przez prezydenta Wałęsę.

Kiedy red. Piątek oskarżył Macierewicza o współpracę ze służbą bezpieczeństwa PRL i o działania na korzyść Rosji i wsparł to dwiema książkami uzasadniającymi te tezy na podstawie dokumentów, nic się nie stało. Macierewicz był dalej ministrem obrony, a po usunięciu go (ale bez zarzutów, jakie stawiał Piątek) dalej jeździł służbowym autem i miał swój gabinet w ministerstwie.

Kiedy oskarżono ks. Jankowskiego o pedofilię i uwodzenie ministrantów, wiele osób, w tym polityków, mówiło, że od dawna o tym wiedzieli. Ale jakoś nikomu tego nie zgłosili, ks. Jankowski otrzymał pośmiertnie swój pomnik i skwer. I dalej, mimo relacji ofiar, sprawa przycichła. Wiadomo, ks. Jankowski był przeciw komunistom, więc jego przestępstwa, podobnie jak gen. Pinocheta czy „Ognia” są mniejszej wagi.

Kiedy minister Ziobro i koledzy złamali prawo, szykując fałszywe oskarżenie wobec Barbary Blidy, co skutkowało jej śmiercią, sprawa się rozmyła – nie było winnych ani fałszywych oskarżeń, ani śmierci, ani zniknięcia dowodów. A kiedy powstał raport, na podstawie którego miano postawić Ziobrę przed Trybunałem Stanu, to premier Tusk najpierw szydził z autorów raportu, a potem znaczna część polityków Platformy, z premier Kopacz na czele, nie przyszła na głosowanie i wniosek upadł.

Dwulicowość prawicy jest oczywista i nierówna miara, jaką stosuje — własne grzechy bagatelizuje, a grzechy przeciwników politycznych wyolbrzymia. Taka jest Polska. I taka jest niestety polska opinia publiczna, polskie polityczne elity i polskie dziennikarstwo.

A przed wyborami komentatorzy zachęcają, żeby mimo złych doświadczeń głosować na tych ludzi i dają rady podobne do tych, jakich kiedyś udzielała matka niewinnej córce przed nocą poślubną: — Zamknij oczy i myśl o Polsce.

* * *

Bogdanowi Misiowi do jego „Działo się”:

C:\Users\Piotr\Pictures\Saved Pictures\Mazowiecki.jpg

* * *

TVN24 ciągle zaprasza tych samych skompromitowanych i nudnych polityków. Przykładem Ryszard Czarnecki, zdegradowany z wiceprzewodniczącego (jednego z czternastu) Parlamentu Europejskiego za wredną odzywkę na temat europarlamentarzystki z PO. Wydawało się, że w uczciwych mediach będzie persona non grata, a on ciągle na ekranie.

Przypomina mi to bardzo dawną sytuację, kiedy zadzwonił do nas jakiś pan, bo miał ten numer telefonu podany jako numer pewnej instytucji. Mama wyjaśniła mu, że to jest mieszkanie prywatne, pan podziękował, rozłączył się, ale po chwili znowu zadzwonił. Mama zapytała go, czemu dzwoni, skoro wie, że to nie jest numer szukanej przez niego instytucji. – A bo ja nie mam innego numeru – wyjaśnił pan.

Co mają zrobić redaktorzy z TVN24, skoro nie mają innych koncepcji na rozmowy z politykami?

* * *

Święto uchwalenia Konstytucji 3 maja.

Nasze święta odnoszą się głównie do spraw nieudanych. W XVIII w. najpierw rozpieprzono państwowość, a potem uchwalono Konstytucję, którą teraz się wychwala jako wielki postęp. Nie miała szans być zrealizowana i wkrótce padła. A co do jej wartości to przypominam wywiad na ten temat z prof. Jackiem Matuszewskim („Hańba trzeciomajowa”).

Potem miały miejsce nieudane powstania listopadowe i styczniowe i umacnianie rozumienia patriotyzmu jako przede wszystkim oddawania życia za sprawę.

Co roku skręca mnie, kiedy obchodzi się uroczyście rocznicę powstania warszawskiego z 1944 r., przedstawianego w komentarzach tak jakby to było zwycięstwo, pomijając przy tym zniszczenie miasta i śmierć 200 tys. mieszkańców Warszawy. To w atmosferze takich „moralnych zwycięstw” można było ogłosić zwycięstwo głosowania 1:27 w europarlamencie. Myślę, że Kaczyński, który lubi takie wgniatanie ludzi w błoto i wciskanie kitu, miał wielką frajdę, wręczając pani Szydło kwiaty i mówiąc o zwycięstwie. Podobnie jak miał chyba frajdę z miesięcznic, które miały rzekomo wykazać jak bardzo on i inni cierpią z powodu śmierci Lecha i dlatego zbierają się pod jego ostatnim miejscem pracy, wygłaszając polityczne mowy. Naród to łyknął i do dziś mówi się o wielkiej traumie Jarka i pragnieniu zemsty (?!).

Nasze święta przypominają mi święta obchodzone w PRL – taka sama drętwa mowa, wygłaszane komunały, a zamiast terminologii pseudosocjalistycznej – pseudochrześcijańska.

* * *

W każdym ustroju i przy każdych rządach pojawiają się tłumy chętnych do wykonania dla rządzących brudnej roboty i zrobienie w ten sposób kariery. Tak było za PRL, tak dzieje się za „wolności”. Kryterium oceny rządzącej ekipy powinna być liczba ludzi awansowanych za aktywne opluwanie wszelkich przeciwników politycznych, za ostentacyjne kłamstwa, za oszczerstwa i prześladowanie ludzi. Obecna ekipa wyróżnia się wśród innych pod tym względem.

Tacy ludzie oczywiście zostaną i po zmianie władzy, a nawet znaczna ich część zaofiaruje usługi nowej ekipie. Tak już było w przeszłości nie raz. Część jest prymitywna i krzykliwa i trudno będzie zapomnieć ich wyczyny, ale wiele osób gładko zmieni wypowiedzi i wykaże swą użyteczność w nowej konfiguracji. Rozejrzyjmy się po partiach – ile tam jest osób, które aktywnie działały „po drugiej stronie”, a teraz są aktywni „w drugą stronę”. Nie zmienili poglądów – dopasowali się do nowych warunków. I są chętnie przyjmowani i wykorzystywani. Przypomina to sytuację z opowiadania Sławomira Mrożka „W ciemności”:

Owszem, jest u nas taka jedna baba, co krowom mleko odbiera i kołtuny sprowadza. Ale my chcemy ją przyciągnąć do partii, żeby wytrącić z ręki argument przeciwnikom postępu.

Skoro nie można tego zmienić, bo politycy kierują się innymi kryteriami niż zwykli ludzie, to może warto by ożywić takie działania, zrobić show. Proponowałem już, żeby polityków umieszczać w poszczególnych partiach metodą losowania, a oni sobie świetnie dadzą radę w nowych warunkach. Ale co zrobić z tą ogromną rzeszą chętnych do włażenia w d… każdej władzy?

Opisywałem kiedyś eksperyment, jaki pokazano w telewizji. Prowadzący zatrzymywali ludzi na ulicy, mówili, że kręcą reklamę jakiegoś nowego leku i proponowali 100 zł za wystąpienie w reklamie i zachęcenie ludzi do zażywania tego leku. Lek był fikcyjny, ale uczestnicy happeningu o tym nie wiedzieli i nie interesowało ich to. Wiele osób chętnie przyjmowało propozycję i z przekonaniem mówiło do kamery o wyjątkowych własnościach nieznanego im leku, zachęcając do brania. Ciekawe, jak by się zachowali w jakimś bardziej drastycznym eksperymencie, gdyby ofiarowano im większe pieniądze.

Cóż, jak powiedział towarzysz Stalin: Niestety, budujemy socjalizm nie z takimi ludźmi, z jakimi byśmy chcieli, ale z takimi, jacy są.

* * *

Mam wrażenie, że zatarły się różnice między komentarzami sportowymi i politycznymi.

Nie przepadam ani za sportem, ani za polityką, choć mam swoje upodobania. Nie cieszy mnie, kiedy „nasi” wygrywają dzięki temu, że rozchorowali się czołowi sportowcy przeciwnika albo sędzia nie zauważył faulu naszego zawodnika. Oglądanie sportu, jak zresztą wielu innych dziedzin, sprawia mi frajdę, kiedy oglądam sprawne i ładne działanie. Szowinistyczne wspieranie „naszych”, nawet gdy partolą i faulują, sprawia mi przykrość.

Do tego trudno znieść te niekończące się dyskusje i komentarze przed meczem, w trakcie i po meczu. Są bardzo często infantylne, głównie emocjonalne i prowadzone w duchu Polska kontra reszta świata. I, oczywiście, przedstawia się sprawy tak, jakby cały świat obserwował zmagania Polski i wstrzymywał oddech z zachwytu, kiedy na przykład jakaś załoga łodzi ze sternikiem czy bez sternika zdobędzie gdzieś medal. Okazuje się, że u nas wszyscy się tym emocjonują i mają swoje zdanie na ten temat.

Podobnie jest w polityce, z tym że tam niestety nie ma obiektywnych zasad i arbitrów, więc walka polityczna przypomina coraz częściej wolną amerykankę. Arbitrem są wyborcy, a że zdaniem polityków nie mają dużych wymagań, szczególnie intelektualnych, więc można pohulać. Obserwujemy kłamstwa, obietnice i okropny infantylizm języka, no i sportowe podejście: nasza drużyna jest wspaniała. (Niestety, nie chwali się tu przeciwnika, jak to ma miejsce w sporcie, kiedy łatwiej jest wytłumaczyć potem, dlaczego nasi wspaniali zawodnicy przegrali – przeciwnik miał lepszy dzień).

Bardzo podobne do sportu jest podgrzewanie atmosfery przed meczem (wyborami). Wtedy przedstawia się perspektywy zwycięstw naszych zawodników – wyjdą z grupy, przejdą do finału, przywiozą worek medali itp. W polityce nie ma ograniczenia co do obietnic. Teraz na przykład pan Schetyna obiecał, że jak Koalicja dojdzie do władzy, to pacjent nie będzie czekał do lekarza specjalisty dłużej niż 21 dni. Na całym świecie to jest problem i znacznie bogatsze kraje go nie rozwiązały, do specjalistów czeka się tam miesiącami. Nie rozwiązała tego problemu Platforma przez osiem lat rządów. Do kogo więc ta mowa?

Kaczyński obiecał dodatki 500 zł i 100 zł dla rolników na krowę i świnię, ale czy one będą, to zależy od ustaleń w Unii. Koalicja obiecała, że wynegocjuje z Unią o 100 mld euro więcej, niż jest to w stanie zrobić PiS, ale to też zależy od Unii. Zagadka: która strona traktuje swoich potencjalnych wyborców jako ludzi inteligentnych?

W obu dziedzinach są kibice (zwykle marni) i kibole (zwykle koszmarni). Na razie tylko ci sportowi umawiają się na „ustawki”, gdzie się biją ze sobą, często z użyciem groźnych przedmiotów.

Przyznam, że nie uznaję powszechnie przyjętego kryterium oceny polityki, jakim jest podobno skuteczność. Nie odczuwam radości, kiedy „nasi” dzięki kłamstwom i trikom oraz pustym obietnicom zwyciężają. Tym bardziej, że kiedy zdobywają władzę, to ich rządy bardzo odbiegają od obiecywanych.

Jan Zamoyski powiedział: Takie Rzeczpospolite będą jakie ich młodzieży chowanie. Sparafrazowałbym to: Taka będzie polityka i politycy, jaki jest elektorat. Niestety, nie ma chętnych do rozwijania w elektoracie wiedzy i zrozumienia spraw państwowych. No bo kto to miałby robić – ci nasi politycy? Czy oni sami rozumieją te sprawy?

Przykro mi, kiedy nasza drużyna marnie gra, kiedy nasi kibice szowinistycznie wspierają swoich, a po chamsku odnoszą się do przeciwników, nie tak rozumiem sport. Ale ostatecznie mam to gdzieś – nie zależy mi tak bardzo na wyniku zdobytym psim swędem. W polityce zależy mi na wyniku, ale kiedy widzę, jak marnie grają i faulują, to nie żałuję ich przegranej. Mam na obie dziedziny taki sam wpływ.

C:\Users\Piotr\Pictures\Saved Pictures\dla polityków.jpg

* * *

Wiele lat temu Donald Tusk uspokajał swoje koleżanki i kolegów z PO, zaniepokojonych przejęciem przez PiS którejś ze służb specjalnych: „oni mają ABW a my CBA” (a może na odwrót). Ta wypowiedź została potraktowana jako coś normalnego – podział łupów. Teraz jasno widzimy, że władza traktuje całe państwo jak zdobycz, którą można rozdzielać wśród zwolenników. Pamiętam jak w czasach, kiedy PiS rządził z koalicjantami (Samoobroną i LPR), gdy tylko obsadził jakieś ministerstwo, to Kaczyński triumfalnie obwieszczał, że to ministerstwo zostało „odzyskane”.

Wśród wielu objawów degrengolady, dla mnie jednym z bardziej ponurych jest to, że organa państwa łatwo dostosowują się do aktualnego władcy. Pracownicy służb nie raz wkradali się w łaski nowych rządzących, podając im cenne informacje, jakie zbierali o różnych politykach. Widzimy, jak dostosowała się prokuratura do szefów i wykonuje różne obrzydliwe rzeczy dla aktualnej władzy, jaka usłużna jest policja, jak łatwo jest nagiąć prawo, jeśli tylko się chce.

Co pewien czas media okrzykują jakiegoś polityka państwowcem, co ma oznaczać, że stawia wyżej interes państwa niż własnej partii, ale zwykle po pewnym czasie okazuje się to fikcją. Takim państwowcem miał być Jan Rokita i przykro było słuchać jego wypowiedzi na temat Ryszarda Terleckiego, który z ramienia PiS starał się o fotel prezydenta Krakowa. Rokita stwierdził, że facet się nie nadaje na to stanowisko, ale PO powinna go poprzeć, bo konkurentem jest popierany przez lewicę Jacek Majchrowski.

Miłym zaskoczeniem jest postawa wielu sędziów, którzy nie starają się spełniać życzeń i zamówień władzy. Ale czy świadomość tego, że jest to prawidłowa postawa, dociera do społeczeństwa?

* * *

Pani Elżbieta Podleśna zmodyfikowała i rozwiesiła na plakatach obraz przedstawiający Matkę Boską Częstochowską z dzieciątkiem Jezus z tęczowymi aureolami.

Rano odwiedziło ją sześciu policjantów, przeszukali mieszkanie i zarekwirowali sprzęt elektroniczny (?!), a następnie zabrali ją na komisariat.

Jerzy Dziewulski, były antyterrorysta:

Mamy do czynienia z podejrzeniem o przestępstwo wątpliwe i nagle do kobiety przychodzi sześciu policjantów. Dwóch przychodzi do bandyty, złodzieja.

Pani Podleśna usłyszała zarzuty profanacji wizerunku Matki Boskiej. Tęcza to znak ruchu LGBT, stwierdziła policja, a to obraża uczucia religijne.

Zastanawiałem się kiedyś, co jest właściwie obraźliwe?

Kilka lat temu kielecki biznesmen został nazwany na forum internetowym „żydowskim ścierwem” i „grubym Żydem” („Przestrzegam was przed tą firmą. To są typowi rasowi Żydzi”; „On gra nie fair, bo jest żydowskim ścierwem”). Zgłosił to do prokuratury, ale prokuratura nie dopatrzyła się znieważenia. Biegła nazwała wpisy „stereotypowymi”, „ironicznymi” i „satyrycznymi” (śmieszne, prawda?).

Ciekawe, czy gdyby nazwał go katolickim ścierwem, to też by to uznano za satyrę.

Tomasz Lis napisał tekst pt. „Bulterierka prezesa”, gdzie nazwał Krystynę Pawłowicz psem gończym Jarosława Kaczyńskiego. Pani Pawłowicz poczuła się urażona, oddała sprawę do sądu, a sąd zasądził na jej rzecz 40 tys. zł.

Ciekawe, czy określenie „kotek prezesa” też by odebrała jako obraźliwe?

PIRS

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com