Zbigniew Szczypiński: Premier jak żona cezara?

21.05.2019

Gdyby trzymać się faktów (a fakty, jak wiadomo, to rzecz uparta) to możliwe byłoby postawienie tezy o przemożnym wpływie Studia Opinii na debatę publiczną w Polsce. Ta nieprawdziwa przecież teza uzasadniona jest pewną koincydencją, jaka wystąpiła 16 maja na tej stronie pomiędzy omówieniem nowej książki Tomasza Piątka o tajemnicach Mateusza Morawieckiego a istną lawiną różnych doniesień, artykułów, dyskusji i zapowiedzi pozwów sądowych związanych z osobą polskiego premiera, jaka zaczęła się w następnych dniach i nadal trwa.

Zostawmy żarty, a zatrzymajmy się przy osobie polskiego premiera, który — jak nikt inny w całym obozie Zjednoczonej Prawicy — zależy całkowicie od kaprysu prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Mateusz Morawiecki to syn Kornela Morawieckiego, posła Kukiz 15, marszałka-seniora, otwierającego pierwsze posiedzenie sejmu tej kadencji, który w trakcie swojego wystąpienia stwierdził jednoznacznie, że to wola narodu jest ponad prawem (nie wierzę, że to było jego własne przekonanie – to była zapowiedź tego wszystkiego, co się zaczęło i trwa – demolowania Trybunału Konstytucyjnego, Krajowej Rady Sądownictwa, Sądu Najwyższego, ataku na sędziów, zapowiedź czystki kadr wyższych uczelni, zapowiedź przejęcia „niepokornych” mediów… można tak długo.

Mateusz Morawiecki pojawia się na dużej scenie politycznej w 2015 roku po wygranych przez Jarosława Kaczyńskiego wyborach. Zostaje ministrem w rządzie Beaty Szydło. Nie jest członkiem Prawa i Sprawiedliwości, jest teoretycznie spoza układu. Ma zły życiorys; ma w nim nawet taki epizod jak bycie członkiem zespołu doradczego przy Donaldzie Tusku. Był bankierem („banksterem”), wykazującym duży, jak na polskie warunki, majątek osobisty.

Tyle z „twardych” wskaźników, a co w tak zwanej „miękkiej” sferze? Też nic dobrego – rządy Mateusza Morawieckiego jako ministra nie zapisały się żadnym spektakularnym osiągnięciem, ot taka zwykła rządowa dłubanina.

I nagle, jak grom z jasnego nieba, premier Beata Szydło, „nasza Beatka”, po odrzuceniu przez większość sejmową (zwykła arytmetyka) wniosku opozycji o jej odwołanie przestaje być premierem przechodząc na „zaszczytne” stanowisko wicepremiera ds. społecznych (cokolwiek to znaczy, to jednak nic nie znaczy w stosunku do stanowiska premiera rządu) a premierem zostaje z woli prezesa Mateusz Morawiecki.

To nowy rozdział w życiu tego człowieka.

Wir historii, jaki wyniósł go na szczyty władzy wykonawczej w średnim co do wielkości kraju europejskim, jest bardzo pokrętny. Można wyrobić sobie takie przekonanie po lekturze książki Tomasza Piątka – „Mateusz Morawiecki i jego tajemnica”. Można je poszerzyć po lekturze innej książki, książki Piotra Gajdzińskiego „Delfin”; można też dokonać syntezy wszystkich rozproszonych danych, obrazów, faktów i zbudować sobie własny obraz człowieka, stojącego na czele polskiego rządu. Stojącego na czele, bo przecież nie kierującego rządem. Kierownik jest znany i ma inny adres niż siedziba premiera.

Nie wiem, czym zakończy się obecne zawirowanie wokół osoby premiera i jego żony, wywołane ujawnieniem dokumentów, związanych z nabyciem kilkunastu hektarów ziemi od wrocławskiej diecezji kościoła katolickiego i toczących się sporów o to, czy transakcja taka była normą w tamtym czasie, czy wskazywać by mogła na jakieś niejasne powiązania i interesy.

Fakt, że teraz tłumaczyć się musi żona Mateusza Morawieckiego, jako że małżonkowie dokonali rozdzielności majątkowej, a tym samym Mateusz nie musi ujawniać wspólnego  majątku, nie zdejmuje z niego, moim zdaniem, obowiązku bycia poza wszelkim podejrzeniem. Premier musi być transparentny w sprawach majątkowych. I nie wystarczy argument, że prawo nie zostało złamane; pozycja polityczna opiera się na zaufaniu, a zaufanie na emocjach.

A nic bardziej prostych ludzi – tych, do których premier zwraca się na wiecach, wchodząc z nimi w te śmieszne dialogi, gdy zadaje oczywiste pytania i z kiepskim aktorstwem oczekuje oczywistych odpowiedzi – nic, powtarzam, nie wzburzy bardziej, niż opowieść o wielomilionowym majątku zdobytym ot tak, po prostu – kupić tanio, drogo sprzedać.

Tu nie ma pracy, nie ma wysiłku uzasadniającego takie bogactwo, to może być przyjęte wśród bankowców, ale to nie oni są wyborcami Morawieckiego.

Informacja, że Mateusz Morawiecki, będąc w dobrych stosunkach z metropolitą wrocławskim, nabywa 15 hektarów ziemi, za które płaci kwotę, wzrastającą stukrotnie po latach i wynoszącą obecnie 70 milionów złotych, jest może do przyjęcia przez urzędy, ale nie przez elektorat, a zwłaszcza elektorat PiS-u.

To właśnie dlatego obserwujemy wyraźne różnice w tłumaczeniach tej „afery” przez różnych ludzi z obozu władzy. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby przewidzieć, że gdy tylko będzie już po wyborach do Parlamentu Europejskiego, tych co to za parę dni, ruszy w obozie rządzącym natarcie przeciwników premiera Morawieckiego. A jest ich wielu.

I będzie się działo…

avatar

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk


Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący StowarzyszeniaStrażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com