27.05.2019

Tak, przyznaję się do porażki. Zakładałem, że minister Anna Zalewska nie otrzyma mandatu do europarlamentu. Wszystko wskazuje, że myliłem się i pojedzie jako nasz przedstawiciel do Brukseli i Strasburga. Nie wiem, do jakiej koalicji wejdą europosłowie wybrani z listy PiS, ale wiem, że Beata Szydło, Anna Zalewska i Beata Kępa utworzą w Parlamencie Europejskim kółko wzajemnej pomocy i wsparcia, podobnie jak to miało miejsce w polskim Sejmie.
To i fakt uzyskania przez Beatę Szydło fenomenalnego wyniku – ponad 500 tysięcy głosów mówi więcej o zakończonych właśnie wyborach niż wszystkie mniej lub bardziej uczone komentarze ludzi nauki czy mediów.
Gdy opadł kurz wyborczych debat, gdy pojawiły się najpierw wyniki szacunkowe a później realne, oparte o twarde dane z PKW to podstawowa prawda, jaka dociera do wszystkich, jest prosta jak konstrukcja cepa – zwycięstwo to kasa, wygrał ten, który daje pieniądze, a nie wizje odzyskania należnego nam miejsca w Europie, miejsca, które tak straszliwie zniszczyła rządząca ekipa prezesa Jarosława.
Jeżeli wiemy — a wiemy — że ponad 70% głosujących emerytów głosowało na Prawo i Sprawiedliwość, to łapówka Kaczyńskiego, trzynasta emerytura w wysokości 1100 złotych dla każdego emeryta i rencisty sprawdziła się. Ogromna rzesza emerytów i praktyczne wszyscy renciści otrzymali ten „prezent od Jarosława Kaczyńskiego”, jak wykrzyczała ze sceny konwencji partyjnej PiS niezawodna Beata Szydło. Otrzymali żywą gotówkę i byli za to naprawdę wdzięczni. Wdzięczność wyrazili przy urnie.
Moja propozycja, aby potraktować tę łapówkę od prezesa jako okazję dla tych, którym te pieniądze nie były bezwzględnie potrzebne do przeżycia, jako okazję do stworzenia czegoś — programu, organizacji, akcji pomyślanej tak po prostu — jak za pieniądze Jarosława Kaczyńskiego obalić rządy Jarosława Kaczyńskiego — przeszła bez echa, nie było żadnych pomysłów, żadnych działań.
Wybory majowe pokazały jeszcze jedno – nawet podwyższenie frekwencji z tej kompromitująco niskiej, 24% – bo tyle było w wyborach europejskich sprzed pięciu lat, nie daje automatycznie sukcesu koalicji europejskiej. Frekwencja w obecnych wyborach to średnia europejska, 45% to wynik, za który nie musimy się wstydzić.
I mimo to, że wybory europejskie zawsze cieszyły się większym zainteresowaniem wśród mieszkańców wielkich miast — PiS wygrywa te wybory ze znaczną przewagą nad Koalicją Europejską. Nie wystarczyło, że w wielkich miastach frekwencja przekraczała często 60%, a frekwencja na wsi była niższa niż średnia dla kraju – wynik finalny to 45% dla PiS, 38% dla Koalicji i 6% dla Wiosny Roberta Biedronia.
Skoro nadal ponad połowa wszystkich uprawnionych nie poszła do wyborów, to znaczy to również, że możliwości mobilizacyjne Prawa i Sprawiedliwości swojego elektoratu są znacznie większe niż możliwości Koalicji Europejskiej.
Wynika to z prostego faktu – niepójście do wyborów częściej zdarza się wśród osób, które nie interesują się polityką. Są to ludzie, którym wystarczają ich własne sprawy, sprawy własnego środowiska czy miejscowości. To właśnie dlatego największa frekwencja była i jest zawsze w wyborach lokalnych, samorządowych, na wójta, prezydenta, a nie w wyborach krajowych, a tym bardziej w europejskich. Od zawsze twierdziłem, że gdyby wprowadzić w Polsce prawny obowiązek glosowania, tak jak to jest w kilku krajach europejskich, gdzie wtedy frekwencja przekracza 80%, bo niepójście tam do wyborów zagrożone jest dotkliwą karą finansową, to polska scena polityczna byłaby zupełnie inna. I niekoniecznie lepsza od tej, z jaką mieliśmy do czynienia po 89 roku.
Na pełną analizę wyników wyborczych przyjdzie jeszcze czas. Jedno jest pewne już teraz – w Polsce 2019 roku liczą się przede wszystkim emocje, nie racje. Można mieć same racje, można mówić same słuszne rzeczy, takie najbardziej adekwatne do sytuacji — i przegrać z kimś, kto wywołuje tylko emocje. Emocje bez żadnego umocowania, bez żadnej racji.
Z pierwszego wystąpienia prezesa Jarosława Kaczyńskiego, wystąpienia bez tryumfalizmu, spokojnego nad wyraz, zapamiętałem, że specjalne podziękowania skierował do „fachowców” od robienia wyników wyborczych, w tym do socjologów. I to jest smutna prawda niestety, zawsze znajdą się tacy specjaliści o postawie klerka, tak jak rozumiał to Wright Mills.
Wybory to teatr, a nie święto demokracji. O wyborczych decyzjach wielkich rzesz ludzi decydują sztaby zimnych graczy i wielkie pieniądze. Mamy już wystarczająco wiele dowodów, że wybory, nawet w największych i najbogatszych krajach świata podlegają manipulacjom prowadzonym przez inne kraje. To jest współczesna wojna, bez armat, bez wojska, ale cel zawsze ten sam – zdobyć przewagę, uzyskać panowanie nad terytorium, nad zasobami.
Nasze wybory to lokalna rozgrywka prowadzona w imię przedłużenia panowania, posiadania władzy przez ekipę, która doszła do władzy cztery lata temu w wyniku nieprawdopodobnego zbiegu różnych okoliczności. Dzięki temu, że lewicy idącej do wyborów jako koalicja zabrakło mniej niż pół procenta głosów, by przekroczyć próg.
Stało się, Zjednoczona Prawica rządzi samodzielnie już cztery lata.
Pytanie: jak długo jeszcze?

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
