Marek Jastrząb: Hodowla białych myszek

30.05.2019

Wielokrotnie wypowiadałem się (w felietonowej formie) na polityczne i społeczne tematy. Zazwyczaj natykałem się na komentarze świadczące o kompletnym niezrozumieniu tego literackiego  gatunku. Między innymi zarzucano mi, że nie piszę wystarczająco merytorycznie.

Słusznie, bo felieton nie jest pryncypialną i uniwersalną rozprawą naukową. Nie jest też poradnikiem z nawiedzonymi receptami. To fraszka, błahostka, literacki pyłek. Lekka forma sygnalizacji omawianego zjawiska, na które autor chce  zwrócić uwagę, a tym samym — zmusić czytelnika do zastanowienia się nad przedstawionym problemem; ma skłonić go do refleksji.

Co nie oznacza, że ma go pouczać i strofować w napuszony sposób; felieton służy jako dodatek do kawy i z tej racji nie jest monumentem, drogowskazem, zbiorem nieomylnych instrukcji.

Tak więc zarzucanie felietoniście, że pisze teksty lekkie, nie ma podstaw. Wszelako mam w sobie coraz mniej ochoty na lekturę – politycznych dywagacji. Gdyż teksty obiektywne, wyważone, oceniające komentowane wydarzenie ze wszystkich stron, przestały być wiarygodne.

Sądzę, że nie ma dzisiaj zapotrzebowania na rozsądek, cierpliwość i spokój. Na rozmowy bez wyskakiwania z papci; by w dzisiejszych czasach mogły odnieść skutek, muszą być wyposażone w jak największą ilość idiotyzmów. Muszą być rojowiskiem pomówień, oszczerstw i prowokacji prezentowanych jako STAWANIE W PRAWDZIE.

Tu zaznaczę:  nie jestem wesoły zombie lub rozpustny karawaniarz. Nie mam w sobie grama małostkowości. Potrafię być spoko, wyluzowanym, zachowującym umiar, proporcje i dystans. Wiem, co to nastrój i dzika balanga.

Ale gdy mam widzieć coś, czego nie ma, to już wolę raczej pasać białe myszy i być politycznym marzycielem. Wolę wierzyć w bociany rozmnażające się w kapuście i czuć się jak krasnoludek wierzący w dzieci. Mieć alergię na czarne, a widzieć wyłącznie różowe strony życia. Bywać w idyllicznym towarzystwie fiołków i nenufarów. Cieszyć się na umór. Z byle powodu chłeptać radochę.

Chcę pisać o łąkach pachnących poezją. Zamiast rozwodzić się nad politycznymi głupawkami, chcę zwiedzać, podróżować, być wolnym od przesądów i urojeń. Otaczać się mądrzejszymi od siebie i czerpać z nich wzór. Trzymać się z daleka od dennych rozporządzeń, ideologicznej papki, bankruckich dyrektyw i wątpliwych ordynacji.

Od kodeksów wyznaczających mi linię postępowania. Określających, kto może, a kto nie powinien być moim sąsiadem, przyjacielem, czy wrogiem. Co mam czytać, a przed jakimi tekstami uciekać na drzewo. Do jakiego teatru chodzić, a jakie omijać szerokim łukiem.  Kogo szanować, a komu dawać sójkę w bok.

*

Wpisałem do naszej wyszukiwarki słowo Smoleńsk i wyskoczyło mi, że pisaliśmy o nim na 191 stronach. Jeżeli na każdej z nich znajduje się 9 autorów, to wystarczy pomnożyć strony przez autorów, by przekonać się, ile czasu zajęło nam odkrycie, że młócimy słomę, zamiast zabrać się za rzeczywiste problemy. Choćby za odseparowanie nauki religii od szkół. Choćby za seksualną edukację młodzieży opartą na wiedzy, a nie na gusłach. Choćby za opracowanie długofalowych przedsięwzięć nazywanych ponadpartyjnymi planami. Lub opracowanie zamierzonych, a nieodzownych do natychmiastowego wdrożenia. Projektów kontynuowanych niezależnie od upływu kadencji.

*

I tak mrucząc pod zniesmaczonym nosem, zdałem sobie sprawę, że jestem na rozdrożu: nie mogę się nadziwić, że ludzi subtelnych, a na dodatek — humanistów oblatanych w logicznym rozmyślaniu,  nie stać na protest, gdy widzą, jakimi METODAMI są wprowadzane ZMIANY; np. nocnym głosowaniem w ubezwłasnowolnionym Sejmie, kategoryczną odmową dyskusji opozycyjnym  posłom, zatrudnianiem pociotków i totumfackich na wysokich stanowiskach w rządzie,  miotaniem dyrdymałami na temat tragedii smoleńskiej, „naprawianiem poprzez niszczenie” demokracji rękami prokuratora ze stanu wojennego, tolerowaniem bojówek faszystowskich w Polsce i notorycznym łamaniem Konstytucji.

Po obu „ideologicznie zacietrzewionych” stronach widać rozdygotany i strwożony chór dyskutantów, a do ich nerwowych wokaliz dołączają się watahy publicystów i redaktorów pism decydujących o kształcie artykułu. O jego tak mętnym przesłaniu, że aż trudno dociec: napisany został za czy przeciw. Chwali, czy gani. Grozi, czy głaszcze.

Trwoga bierze się stąd, że sami nie wiemy, dokąd zmierzamy. To znaczy, niby czegoś tam chcemy, ale nie wiemy, jak to osiągnąć.

Mamy setki koncepcji, lecz przeważnie kiepskich; dokuczają nam wahania, liczne wątpliwości, tak że jesteśmy w stanie wiecznego zawieszenia, w paranoicznym rozkroku, jakbyśmy robili dziękczynny szpagat przed nieistniejącą publiką.

*

Jako społeczeństwo jesteśmy od wieków na początku wchodzenia w demokratyczne buty. Staliśmy się specjalistami od zaczynania od zera; jesteśmy ciągle na dorobku, w odbudowie, stale bez cienia pewności, co stworzymy.

Spryt i odwaga podpowiadają nam, że lepiej będzie, jak udamy, że nie ma tego, co jest. Jak nie widzimy, że zostaliśmy oszukani. Że w kampanii wyborczej mówił nam PiS o potrzebie referendum, niestosowaniu podziałów w narodzie, walce z korupcją i nepotyzmem, a już na drugi dzień po wygranych wyborach zaczął postępować odwrotnie.

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com