23.06.2019
Ekipa „dobrej zmiany” od początku swego panowania dała bardzo wiele dowodów na to, jak rozumie rządy prawa, czym jest demokratyczne państwo prawa, czym jest trójpodział władzy, co znaczy niezawisłość sędziowska i niezależność sądów, czym są media publiczne…
To tylko najważniejsze przykłady swoistego pojmowania zadeklarowanej zasady o prymacie woli narodu nad prawem. Pamiętamy, tak mówił marszałek-senior nowo wybranego Sejmu, ojciec obecnego premiera — Kornel Morawiecki w przemówieniu inaugurującym obecną kadencję parlamentarną 2015-2019.
Każde działanie nowych władz łamiące demokratyczne standardy wywoływało różne formy protestu społecznego. Pamiętamy okres świetności Komitetu Obrony Demokracji, protesty Obywateli RP, tragiczną śmierć Piotra Szczęsnego i jego samospalenie się na Placu Defilad w Warszawie, tłumy ludzi protestujących pod sądami w całej Polsce, wielką mobilizację kobiet i ich czarny protest. Takich akcji w trakcie kończącej się kadencji było wiele, podałem tylko najbardziej znaczące; takie, które odcisnęły się w pamięci ludzi.
Do tej listy działań władz, łamiących prawo lub naruszających Konstytucję należy obecnie dopisywać także zamiary i zapowiedzi działania — niekiedy tak głupiego i nonsensownego, jak wypowiedziana wprost ustami samego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, magistra prawa Uniwersytetu Jagielońskiego Zbigniewa Ziobry, który na konferencji prasowej zapowiedział pozwanie do sądu swoich profesorów. Profesorów prawa karnego UJ!
Za opracowanie przez nich… opinii prawnej na temat zmian Kodeksu Karnego.
Zmian przygotowanych przez Ministerstwo i uchwalonych w ekspresowym trybie przez posłuszny władzy wykonawczej Sejm, w którym Zjednoczona Prawica ma większość. Pan Zbyszek (tak o ministrze Ziobrze mówił prezes Trybunału Konstytucyjnego prof. Rzepliński) w pozwie nazwał swoich profesorów kłamcami a ich opinię dokumentem godzącym w podstawy państwa. Strach pomyśleć, jakiej to kary domagałby się minister sprawiedliwości i prokurator generalny w jednej osobie – magister Zbigniew Ziobro. Chyba dożywocia jak za zdradę stanu.
Magister Ziobro nie zauważył tego, że była to opinia, a sądy wyrażane w opinii to nie są sądy kategoryczne. Opinii można przeciwstawić inną opinię – pozywanie za opinię przed sąd to nonsens albo zapowiedź rządów totalitarnych takich jak w satrapiach czy innych dyktaturach.
Zapowiedź magistra Ziobry pozwania krakowskiej profesury za obrazę władzy ministra i prokuratora generalnego nie wywołała masowych protestów społecznych. Być może, gdyby proces się zaczął, ruszyłyby i protesty — chociaż kuriozalność całej sytuacji mogłaby raczej spowodować wysyp internetowych komentarzy i dowcipów. Jednak fakt, że minister Ziobro zdecydował się sformułować pozew, może wskazywać na to, że myśli on, iż panuje nad sądami. Był chyba pewien, że sąd, ten pierwszej instancji, wyda oczekiwany przez niego wyrok.
Nie doszło do procesu. Po paru dniach kompromitujących dla władzy przepychanek — ten sam minister, też na konferencji prasowej, powiedział, że pozew wycofuje, dodając jednocześnie równie śmieszne uzasadnienie. Powiedział mianowicie, że proces jest już niepotrzebny, bo prawda o kłamstwach profesury jest już powszechnie znana. Mina ministra Ziobry, całość jego „body language” zaprzeczały treści głoszonego przekazu.
Miał minę skarconego psa.
Patrząc na niego miałem przed oczami swoje psy (a miałem ich wiele). To było to samo zachowanie. O słuszności takich skojarzeń przekonują mnie przede wszystkim coraz liczniejsze głosy dobrze zorientowanych ludzi z obozu władzy, mówiących, że to Jarosław Kaczyński osobiście ustawił Pana Zbyszka do pionu.
I to jest w porządku, doktor prawa z Uniwersytetu Warszawskiego przywołał do porządku magistra prawa UJ.
Możemy sobie drwić, ale gdy pomyśli się całościowo o kondycji polskiego państwa i o poziomie intelektualnym bardzo ważnych jego urzędników, to nie powinno nam być do śmiechu. Jeżeli ma być tak, że rozedrganie emocjonalne ważnego ministra, już skupiającego ogromną władzę, a dążącego do skupienia jej jeszcze więcej, powstrzymywane jest przez wolę innego człowieka, formalnie pozbawionego jakiejkolwiek władzy państwowej — to gdzie my jesteśmy? Jak nazwać państwo, w którym takie sprawy się dzieją?
Do terminu ostatecznego rozstrzygnięcia — w jakim będziemy żyli państwie w perspektywie następnych kilku lat, zostało już niewiele czasu. W wielu miejscach, na różnych forach pojawiają się propozycje programów, które powinna opozycja wpisać na swoje sztandary, aby wygrać, aby odsunąć PiS od władzy.
To są różne programy, czasem bardziej całościowe, czasem fragmentaryczne, ale zawsze bardzo słuszne, zawierające naprawdę ważne cele. Przykłady takich programów znajdziemy również na naszej stronie Studia Opinii. Czytając je mam jednoznaczne przekonanie – to nie jest czas i miejsce na podawanie listy celów. Wybory wygrywa nie ten, który ma lepsze cele, a ten, co lepiej potrafi przedstawić swoją wizję państwa. Ważne jest szukanie odpowiedzi nie na pytanie „co” a „jak” — jak mówić do ludzi, aby oni nam uwierzyli, aby wrzucili kartkę, zaznaczając naszych kandydatów.
Tylko tyle i aż tyle.
I na koniec, nawiązując do wielokrotnie prezentowanej przeze mnie nieprzewidywalności złożonych procesów społecznych.
Film braci Sekielskich wywołał efekt bumerangowy – zamiast przyczynić się do klęski rządzącego obozu jako najbliższego sojusznika Kościoła, w którym dzieją się obrzydliwe rzeczy, zmobilizował „suwerena” do tego stopnia, że poszedł on masowo do urn w wyborach, które nigdy go nie interesowały.
Zapowiadany film Vegi o politykach może mieć siłę rażenia bomby atomowej. Tam będą politycy, nie kapłani, politycy znani z ekranów. Nie znam filmu, ale jego materia będzie miała wpływ na wynik wyborów październikowych i oby tym razem efekt był zgodny z naszymi oczekiwaniami.

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
