25.08.2019

“Oczywiście ktoś popełnił błąd, że tego nie outsource’ował w całości i się wydało – ludzie nie powinni widzieć, jak się robi parówki”
– tak p. Adam Hofman skwitował na Twitterze funkcjonowanie farmy trolli pod bokiem ministra sprawiedliwości. To trawestacja znanego bon motu przypisywanemu Bismarckowi, iż lepiej jest, aby ludzie nie wiedzieli, jak się robi kiełbasy i tworzy prawo. Nigdy jednak Bismarck nie powiedział, że to usprawiedliwia brak higieny w masarniach. Dawny rzecznik rządzącej partii paradoksalnie mówi więc coś, z jednej strony może być uznane za wyraz cynizmu, ale jednocześnie wyrządza niedźwiedzią przysługę dawnym mocodawcom, bo broni ich nieskuteczną bronią.
Jeżeli media i społeczeństwo działają w miejsce nieistniejącego nadzoru w Ministerstwie Sprawiedliwości, to czynią to faute de mieux: u nas wcześniej zrezygnowano z kontroli sanitarnej w masarni i dlatego działa inspekcja ochotnicza. Lepsza ta, niż zbiorowe zatrucie (akurat zresztą go doświadczamy).
Dywagacje o tym, czy minister sprawiedliwości wiedział, czy nie wiedział o farmie trolli działającej pod jego bokiem są bezprzedmiotowe.
Czy wiedział, czy nie, to albo nie dopilnował (zły nadzór) albo źle wybrał współpracowników, których w konsekwencji musiał zwolnić. W każdym z tych wypadków ponosi odpowiedzialność. A odpowiedzialność polityczna (bo o nią tu chodzi) nie ma takich rygoryzmów co do winy jak odpowiedzialność karna. Zatem wystarczy tu zarówno culpa in eligendo (wina w wyborze), jak i culpa in custodiendo (wina w nadzorze).
Wbrew wypowiedziom różnych polityków (m.in. p. Michał Wójcik, wiceminister w MS) – nasza rodzima Watergate nie jest awanturą wewnątrz środowiska sędziowskiego. I nie ma tu znaku równości między hejterami i hejtowanymi.
Porównując trzeba stosować jednakową i zarazem proporcjonalnie użytą miarę (przypowieść o dostrzegalnym źdźble w oku bliźniego i niewidzialnej belce we własnym) do oceny każdego nieprawidłowego zachowania, niezależnie od tego, kto się go dopuszcza. Nie należy też pobłażać „swoim”, zarazem działając z całą surowością prawa wobec „nieswoich”.
Dlatego po pierwsze, zinstytucjonalizowany hejt używany w strukturach Ministerstwa Sprawiedliwości przeciw sędziom – jest skandaliczny.
Po drugie, uczestnictwo w tym hejcie sędziów jako hejterów jest skandalem kolejnym, i to znacznie większym.
A to, że ofiary hejtu np. miały błędy ortograficzne w uzasadnieniach, albo się z nimi spóźniały, albo źle korzystały ze zwolnień lekarskich, albo odpuszczały sobie na szkoleniach, że można u nich wykryć nieprawidłowe wyroki, albo, że się kiedyś upiły — to wszystko jest oczywiście naganne i powinno być w odpowiedni sposób piętnowane i naprawiana we właściwych trybach, tylko że nie zmienia to faktu podstawowego: to były ofiary hejtu i w sprawie hejtowania nie można stawiać znaku równości między nimi i zinstytucjonalizowanymi hejterami.
Dlatego ten hejt będących sędziami funkcjonariuszy w Ministerstwie Sprawiedliwości NIE JEST sporem typu „sędziowie-sędziom”. Bo hejterzy i ich ofiary co prawda byli sędziami, ale nie było tu ani równości broni, ani równości sytuacyjnej.
I wreszcie ostatnia sprawa.
Jakiś czas temu można było usłyszeć (sama słyszałam wystąpienie p. s. Piwnik), że tzw. zewnętrzne gwarancje zapewniające niezależność, nie są decydujące wobec posiadania przez sędziów wewnętrznej busoli czyniących ich niezawisłymi.
Otóż: zinstytucjonalizowany mechanizm hejtu, z jakim mieliśmy do czynienia, miał na celu osłabienie u jednostek słabszych tej busoli i unieważnienie jej rangi w opinii publicznej. Jednostka stykająca się z sądem może obecnie się zastanawiać, czy „jego” sędzia miał na tyle tę busolę mocną, aby nie poddać się działaniu efektu mrożącego.
Przecież po to był ten hejt płynący z gabinetów ministerialnych. Aby złamać kręgosłup, aby sędzia sam wiedział, czy gorliwie drążyć jakąś sprawę, czy ją starać się umorzyć, albo zakopać gdzieś na dnie szafy i niespiesznie w niej od czasu do czasu coś zrobić. Gdy człowiek idzie do sądu w tych warunkach, to nie wie, czy „jego” sędzia z tych słabych, czy z mocnych. I wiedząc o mechanizmie łamania sędziowskich charakterów nie wierzy w żadne rozstrzygnięcie sądu. O tym, czy kto – przepraszam – przecwelony czy nie, tego [na] zewnątrz nie widać.
Czyli skutkiem mechanizmu hejtu, jaki ujawniono, jest piłowanie całego drzewa wymiaru sprawiedliwości. I o to w tym idzie, a nie o złośliwości między sędziami z Radomia czy Gorzowa i z Katowic, czy Warszawy.
Dlatego musi być kontrola sanitarna w masarniach.
Ewa Łętowska

Szanowna Pani Profesor , pozwolę sobie wyrazić przypuszczenie,że delikwenci doskonale wiedzą to, o czym Pani pisze ( z wyjątkiem cytatów łacińskich, bo podobno teraz prawnik nie musi znać podstaw łaciny ) ale zupełnie ich to nie obchodzi. Pozwole sobie zadac pytanie : jak działa system szkolenia sędziów, skoro aż tylu z nich nie rozumie i nie stosuje zasad etyki. I czy to nie przemawia za tym, aby sędziami zostawali doświdzceni praktycy z innych zawodów, dopiero po osiagnięciu stosownego wieku i stażu, poddani weryfikacji profesjonalnej a także , byc może, obywatelskiej ?Jakos nie widzę podobnej propozycji w żadnym programie zadnej partii ! Dopóki sędzią będzie mógł byc młody człowiek na dorobku, obciążony diećmi, które trzeba wychowac i wykształcić oraz kredytami ( na mieszkanie, na samochód, na szkoły i naukę ), które trzeba spłacać, zawsze znajda się tacy, którzy skorzystaja z szybszej sciezki awansu i lepszych zarobków. Dopiero gdy dzieci wyuczone a kredyty spłacone, można spodziewac się większego dystansu do profitów kariery. A także spełnienie w innych zawodach prawniczych pozwoli na zebranie doswiadczeń potrzebnych do wykonywania tak szczytnej i tak wyjatkowej profesji jak orzekanie w sądach. Moze tez sprzyjać przyswojeniu sobie zasad ortografii i umiejetności podejmowania decyzji, której to brak jest głowna przyczyną przewlekłosci postepowania. Te wszystkie ekspertyzy ( szczególnie językoznawcze ale takze PRAWNE ) slużą często jedynie odwleczeniu podjecia decyzji, czyli wydaniu wyroku, większośc ich jest zbędna ale słuzy sedziemu jako proteza.