25.08.2019

Poniższe uwagi dedykuję holenderskiemu dziennikarzowi Ekke Overbeekowi, który jako pierwszy zaczął się dziwić różnicom polskiej i holenderskiej religijności.
Właśnie wróciłem z kilkudniowego pobytu w Lejdzie, gdzie próbowałem zrozumieć praktyczne i teoretyczne aspekty postsekularyzmu społeczeństwa holenderskiego. Jak wiadomo w wyobrażeniu większości polskich katolików należy ono do cywilizacji śmierci, by nie powiedzieć, że jest tej cywilizacji sercem. Już o tym pisałem po moich poprzednich pobytach w Amsterdamie, więc tym razem ograniczę się tylko do kilku uwag natury ogólnej.
Otóż wydaje mi się, że problemy z obecnością religii w przestrzeni publicznej, z jakimi borykamy się w naszym kraju (Holendrzy tego problemu nie mają, bo ludzie są religijni w sposób dyskretny i do jej wyrażania nie potrzebują wsparcia polityków) powinny być rozwiązywane przez ludzi religijnych. Z tego prostego powodu, że dla ludzi niereligijnych, a tym bardziej dla przeciwników religii jest rzeczą niezwykle trudną (a czasem wręcz niemożliwą) zrozumieć emocje i związane z nimi zachowania, których źródłem jest doświadczenie religijne. A więc z samej natury im obce.
Co gorsza, im głośniejsze głosy krytyki pod adresem instytucjonalnych form obecności religii w przestrzeni publicznej, tym radykalniejsze głosy jej obrońców (w polskich realiach ma to związek przede wszystkim z Kościołem katolickim, który dla wielu jest wręcz synonimem religii). A jak pokazują ostatnie miesiące — tym brutalniejsze stają się ataki niektórych przedstawicieli katolicyzmu na wymyśloną przez nich „cywilizację śmierci”. Przybiera ona różne kształty i oblicza, ale przeważnie staje się poręcznym narzędziem, by uciszać krytyków Kościoła, a zwłaszcza kleru.
Spirala emocji wydaje się nie do zatrzymania, a polityczny kontekst (zbliżające się wybory parlamentarne w październiku 2019) jedynie je potęguje. Moim zdaniem kres tej eskalacji emocji, słów, a coraz częściej i czynów, może przyjść tylko ze strony ludzi religijnych. To właśnie ludzie prawdziwie wierzący mogą i powinni udowodnić, że związki religii z mową nienawiści i z polityką są nie do pogodzenia z autentycznym rdzeniem religii, a w polskim kontekście z chrześcijaństwem i wyznawanym przez większość katolicyzmem.
Jak na razie tych głosów w Polsce brak. To oczywiście wcale nie oznacza, że ich nie ma. Po prostu nie są słyszalne w przestrzeni publicznej (a jak się pojawiają, to są skutecznie wyciszane przez hierarchów lub agresywnych publicystów, którzy uważają, że tylko oni mają monopol na określanie, co jest autentycznym katolicyzmem, a co się z nim rozmija).
To właśnie z tego powodu polskie społeczeństwo znalazło się na szybkiej ścieżce sekularyzacyjnej. Od razu chcę zaznaczyć, że mnie to nie martwi. Wręcz przeciwnie jestem bardzo rad, że coraz więcej polskich katolików zaczyna dostrzegać zgubne konsekwencje splotu upolitycznionej religii z ureligijnioną polityką oraz słów nasyconych agresją i nienawiścią, jakie padają ze strony ludzi Kościoła i polityków. To swoje rozumienie muszą przełożyć na konkretne decyzje wyborcze. I te decyzje nie odnoszą się tylko do wyborów politycznych, ale również wyborów konkretnego kościoła bądź wręcz odrzucenia instytucjonalnych form religii (jak ja to zrobiłem przed laty).
I na koniec uwaga o wspomnianym postsekularyzmie. Nawet jeśli to pojęcie jest problematyczne i niektórzy socjologowie religii wręcz kwestionują jego analityczną przydatność, to moim zdaniem ma ono przyszłość, zwłaszcza w Europie. Pozwala bowiem spojrzeć życzliwie i z empatią na ludzi niepodzielających moich poglądów czy przeświadczeń na temat religii. Michel Foucault jedną z ostatnich swoich książek (a właściwie wykładów wydanych pośmiertnie: Discourse & Truth: the Problematization of Parrhesia poświęcił pojęciu parezji. Również papież Franciszek chętnie go używa w swoich tekstach i przemówieniach. Warto je włączyć do swojego prywatnego słownika słów często używanych. Oznacza ono po prostu gotowość mówienia w sposób jasny i zdecydowany, niezależnie od okoliczności i możliwych konsekwencji, tego, co się naprawdę myśli. Jak wiadomo przeciwieństwem parezji jest hipokryzja.
Mam świadomość, że każde uogólnienie jest ryzykowne i często krzywdzące. Niemniej jednak pozwolę sobie na takowe. Może się mylę, ale mam nieodparte wrażenie, że większość polskich katolików zachowuje się tak jakby bliższe było im pojęcie hipokryzji niż parezji. U Holendrów jest odwrotnie, chętnie mówią, co myślą i dziwią się, jeśli człowiek ma dwie wersje prawdy, jedną na użytek publiczny i drugą na prywatny. Oczywiście chciałbym się mylić i chętnie zmienię zdanie. Może najbliższe wybory mi w tej zmianie pomogą.


Wspomniał Pan Profesor sformułowanie „cywilizacja śmierci”, przypisując jego autorstwo „niektórym przedstawicielom katolicyzmu”. Ja jednoznacznie kojarzę koncept „cywilizacji śmierci” z JP2. Jak to było naprawdę? Da się ustalić, kto wrzucił to nie tylko do obrotu teologicznego, ale też publicystycznego i politycznego?
Ależ oczywiście. Cywilizacja śmierci – termin stosowany w teologii moralnej przez teologów katolickich, po raz pierwszy użyty przez papieża Jana Pawła II w czasie jego pontyfikatu. Zob. tutaj.
Prawo własności jest JPII, ale ma wielu naśladowców
Może należy wprowadzić do obrotu pojęcie i sformułowanie „cywilizacja zakłamania”, albo wręcz „cywilizacja religijnego zakłamania”. Karol Wojtyła ze swoją polityką wobec znanych pedofilów może się stać patronem i przykładem tego pojęcia.
Nie chce używać sformułowania „cywilizacja religijnej hipokryzji”, bo słowo hipokryzja jest obce, niezrozumiałe, i skomplikowane. Lepsze jest moim zdaniem „zakłamanie”, albo wręcz „załganie” na użytek ewentualnych publicznych dyskusji. Każdy zrozumie. Nawet katolik.
„Moim zdaniem kres tej eskalacji emocji, słów, a coraz częściej i czynów, może przyjść tylko ze strony ludzi religijnych.”
To, że nie słychać głosów takich ludzi moze świadczyc o różnych zjawiskach:
– że takich ludzi prawdziwie religijnych w polskim KRK jest bardzo niewielu, lub nawet jeśli są boją się stanowczo zabierać głos,
– być może ludzie prawdziwie religijni wierzą w nieomylność hierarchów i to nie ewangelia a hierarchowie są dla nich miarodajni w kwestii słowa bożego (ilu prawdziwie religijnych katolików czyta biblię lub ją chociaż miało w rękach),
– wreszcie hipokryzja, lub jak woli wiekszość dyskutantów, zakłamanie – czy to nie jest tak, że częścią religijności, nawet autentycznej jest zakłamanie właśnie?,
– wreszcie może ludzie autentycznie wierzący są skoncentrowani na sobie i w tym sensie aspołeczni.
*
Niezaleznie od okoliczności jezyk nienawiści Jedraszewskich, Gądeckich i ich popleczników słychać wyraźnie, a język ewangelii jest milczeniem. Pominąwszy nieszczesną „cywilizację śmierci”, która jest złowieszczym pomówieniem i oszczerstwem, to współczesny KRK w Polsce głosami Jędraszewskich, Gądeckich i ich popleczników próbuje upowszechnić „cywilizację nienawiści i wykluczenia”. Ile to ma wspólnego z ewangelią? A może właśnie taka jest istota i credo tego religijnego przesłania?
„U Holendrów jest odwrotnie, chętnie mówią, co myślą i dziwią się, jeśli człowiek ma dwie wersje prawdy”
.
No skoro już generalizujemy („U [wszystkich?] Holendrów”) to jak to się ma do kolonialniej przeszłości (Holendrów)? Np. zbrodni i masakr dokonywanych przez Holendrów w latach 40. w Indonezji (już po okropnościach II Wojny Światowej). Kilka lat temu Holandia oficjalnie przeprosiła za „ekscesy” – prawda, że to bardzo „jasne i zdecydowane”?
Bóg to przyczyna istnienia świata (powtarzam za Hawkingiem w wersji mocno uproszczonej). Wiara to stan umysłu i emocji. Religia to metoda kontrolowania ludzi i wyłudzania pieniędzy. Kościół to związek zawodowy oszustów.