03.09.2019
Ze zdumieniem przeczytałem felieton znanego profesora o tym, że pisanie o kryzysie demokracji to zawracanie głowy i prawdziwy gabinet grozy, a sugestia, że mamy do czynienia z faszyzacją ni mniej, ni więcej tylko stanowi „redukcję ad Hitlerum” i „jest absurdalna i niszczy język polityki”. Uczony mąż pisze dalej (a może raczej należałoby powiedzieć brnie dalej): „dzisiaj w Europie zagrożeniem dla demokratycznych społeczeństw nie są wcale nowi dyktatorzy, silna władza skupiona w rękach jednego człowieka czy grupy, ale odpodmiotowienie obywateli”. Autor jest szanowanym autorytetem, był też głównym ideologiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, więc należałoby wziąć na serio to, co pisze, zwłaszcza że robi to w dzienniku, który szanuję i chętnie czytam.
A jednak trudno zdobyć mi się na wyrozumiałość, tak jak nie potrafię zrozumieć umizgiwania się do hitlerowskiego reżimu wybitnego filozofa Martina Heideggera czy równie wybitnego politologa Carla Schmitta. Zresztą intelektualistów wspierających zbrodniczą ideologię Hitlera było znacznie więcej, szczególnie wśród humanistów, a wśród nich teologów. I to zarówno katolickich, jak i protestanckich. Dziś są wstydliwie przemilczanie i znacznie częściej wspomina się tych nielicznych, którzy wbrew opinii większości ośmielali się jednak ogłaszać swoje votum separatum.
Naszła mnie smutna refleksja, że dziś sytuacja jest podobna. Coraz więcej intelektualistów (w tym sporo grupa moich dawnych znajomych) nie widzi nic zdrożnego w poczynaniach prezesa i jego janczarów, owszem są i tacy, którzy te poczynania nie tylko legitymizują, ale wręcz swoimi autorytetem wspierają.
W dość powszechnej opinii przyjmuje się, że obecne populistyczne reżimy zyskują poparcie dzięki „ciemnemu ludowi”, który jak głosi jeden z głównych propagandzistów tego reżimu w Polsce, „wszystko kupi”. Nie wiem, czy ma rację, bo na przykład zdecydowana większość moich krewnych i znajomych tej propagandy nie kupuje. Być może nie jest częścią „ciemnego ludu” albo po prostu zbyt dobrze pamięta słusznie minione czasy propagandy PRL-owskiej i to, co tzw. media narodowe wyprawiają zwyczajnie ich irytuje.
Wydaje mi się bowiem, że populiści zyskują poparcie właśnie dzięki znudzonym intelektualistom, którzy uznali, że liberalna demokracja jest po prostu nudna i potrzebne jest jej odświeżenie, najlepiej jakimś radykalnym gestem, jaki proponują Erdogan, Putin, Orban, Bolsonaro, czy nasz zgrzebny Kaczyński.
Byle uciec z nudnej polityki opartej na żmudnym ścieraniu się różnych racji, wypracowaniu kruchych kompromisów.
Potrzebna jest energiczna polityka, wprowadzająca w życia błyskotliwe idee, najlepiej, jeśli uświęcone dominującą religią, czy to ewangelikalnym lub prawosławnym chrześcijaństwem, islamem, albo nawet fundamentalizmem katolickim. Wtedy jest i żwawo, i świętobliwie.
Problem w tym, że to niewiele ma wspólnego z demokracją, a bardzo wiele z dyktaturą. Widzę, że są Polacy, którzy za nią tęsknią, ale jest ich mało, zdecydowana mniejszość. I to mnie pociesza. Bo jednak wierzę, że pamięć o dyktaturze to najlepsza odtrutka na zakusy nowych dyktatorów i gwarancja, że jednak demokracja zwycięży.


Szkoda, że Pan Profesor nie przytoczył linku do tego felietonu, bo zupełnie nie wiem o kogo chodzi. Może ja jestem niedoinformowany, ale po stronie władzy nie kojarzę „znanego profesora”, który na dodatek „jest szanowanym autorytetem, był też głównym ideologiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, więc należałoby wziąć na serio to, co pisze, zwłaszcza że robi to w dzienniku, który szanuję i chętnie czytam.”
*
Interesujące zdanie „…że populiści zyskują poparcie właśnie dzięki znudzonym intelektualistom…” należałoby opatrzyć pewnym zastrzeżeniem. Z faktu, że ktoś jest profesorem wyższej uczelni nie wynika jeszcze, że jest intelektualistą. Zgodnie z nomenklaturą wprowadzoną przez niegdysiejszego działacza PiSu moze byc po prostu wykształciuchem, a to nie to samo. Nie można także wykluczyc, że jakaś niewielka część intelektualistów bywa zwolennikami autorytarnego porzadku społecznego, co zwykle stawia pod znakiem zapytania kwalifikacje moralne tych osób. Istnieje także spora grupa oportunistów, skłonnych dla korzyści osobistych popierac najczarniejszą sotnie u władzy. Wszystkie te kategorie ludzi wykształconych bardzo trudno byłoby nazwać intelektualistami z wielu róznych powodów. Pojęcie intelektualista zobowiązuje, nawet jeśli bywa rozumiane tak ascetycznie jak w https://pl.wikipedia.org/wiki/Intelektualista
Tym razem napisałem „bez nazwisk”, ale widać tekst traci na czytelności więc podaję link: https://www.rp.pl/Felietony/190909938-Marek-A-Cichocki-Gabinet-politycznej-grozy.html w ogóle się zastanawiam czy jednak nie napisać dłuższego tekstu „z nazwiskami” bo to jednak konkretni ludzie wzmacniają demolkę demokracji, tak jak konkretni ludzie ją ratują. Więc pewnie nie ma potrzeby uciekania w anonimowość jednym ku zawstydzeniu innym ku wzmocnieniu.
Umysł Zniewolony Bis. Ale po nazwiskach.
Dziękuję za link. Starannie przeczytałem ten felieton i podzielam zdanie Pana Profesora zawarte w tekscie artykułu. Ponadto, żeby poznać poglądy tego „znanego profesora” zajrzałem na yuoutube i posłuchałem kilku jego wypowiedzi. Osobwość tego pana wyrażona w sposobie jaki opowiada swoje poglądy o świecie jest „pasjonująca”. Gość kluczy, mąci, zaklina rzeczywistość i ogólnie podaje interpretacje faktów które nie trzymaja sie kupy. Wszystkie fakty interpretuje wedle pisowskiej zasady odwracania pojęć. To co dobre to u niego złe, to co złe to dla niego dobre. Ponadto istotną cechą jego wystąpień jest bardzo mało atrakcyjny spoób argumentacji – człowiek jest nudny jak flaki z olejem. Dość powiedzieć, że filmiki z poważnych wystąpień publicznych tego pana mają następujące poziomy oglądalności w jednostkach (nie w tysiacach) – podaje przykładowych 10 audycji w ilościach widzów: 885, 663, 84, 809, 228, 230, 162, 561, 658 – przy czym warto pamiętać, że są to wystapienia z różnych okresów od 4 miesięcy do 9 lat temu, a więc zdazyły byc obejrzane przez większośc zainteresowanych. Jak na szanowany autorytet oraz przeszłą funkcje głównego ideologa prezydenta L. Kaczyńskiego to rezultaty żałośnie mizerne. W żadnym z tych wystąpień nie znalazłem niczego interesującego – przeciwnie dość miałki i bardzo niezdyscyplinowany wywód myślowy. Na tym tle niejaki Zybertowicz jawi się niemalże jak nie przymierzając Eistein nauk społecznych na tle słabego ucznia. Jak bardzo „pasjonujący” jest wywód tego pana dowodzi wpisu komentatora na youtube pod najnowszą z tych audycji prezentująca książkę tego pana:
„Na tym kanale coś jeszcze oprócz dziadków z Ronina ciekawego macie.”
Wszystkie moje uwagi o intelektualistach, we wcześniejszym wpisie, nabieraja na takim tle szczególnego znaczenia. To chyba najłagodniejsza recenzja wybitności tego pana jaki wyłania sie z analizy jego publicznych wystąpień.
UMK zawiesiło w prawach wykładowcy swojego profesora, Aleksandra Nalaskowskiego. O tyle to ciekawy przypadek, że w latach 90 prowadził m.in. eksperymentalne liceum „Szkoła Laboratorium”, które cieszyło się wielkim uznaniem. Znam kilku absolwentów i muszę przyznać, że zarówno ich wspomnienia jak i osiągnięta pozycja przynoszą zaszczyt szkole.
Tymczasem sam Nalaskowski ni z tego ni z owego dołączył do „drużyny prezesa” i to w dość obrzydliwy sposób.
Jego wychowankowie są zaszokowani.
Czy to możliwe, że to COŚ siedziało w nim zawsze i nagle wychynęło na świat czy po prostu zwykły (raczej dość niezwykły) oportunizm jak chce to traktować p. Sławek.
Inna rzecz, że jakoś nie słyszę o innych uczelniach tak stanowczo sprzeciwiających się wyczynom swoich pracowników. Niejaki Du*a nadal jest pracownikiem UJ choć urlopowanym.
I jeszcze jeden przykład.
https://wiadomosci.onet.pl/kraj/jaroslaw-dudzicz-antysemickie-wpisy/c0vtpph
Zmiana, która szokuje nawet kolegów.