28.10.2019

To było do przewidzenia, że Veenatouzca w marszu do światowej hegemonii nie będą stosowali reguł gry innych niż te, które sami nakreślą. Przestrzegali o tym co światlejsi myśliciele, rozpisywali się nieskrępowani politycznymi układami lub paraliżem umysłowym żurnaliści. Modelowym wręcz przykładem była tu owa wdzięcznie, choć i niebezpiecznie na powierzchni globu położona kraina, miejsce zdefiniowania światowej epidemii i jej gwałtownej erupcji.
Właśnie niedawno w Pisuarii odbyły się powszechne wybory. Według jak najbardziej demokratycznych zasad! Fakt ten odnotowały wytłuszczonymi nagłówkami wszystkie światowe agencje. Jak również i to, że Sun-Papa potwierdził markotnym głosem parlamentarny stan posiadania w Wysokiej Izbie. Jedynie potwierdził, bez euforii. A że z potknięciem w Izbie Wyższej i utratą oszołomionych najwierniejszych tuzów, co było dużo, dużo poniżej trawiącej go oskomy, starał się chwilowo bagatelizować, już kombinując jak ten elekcyjny błąd naprawić. W kalkulacjach przedwyborczych liczył bowiem na zatwierdzoną wolą przekabaconego ludu kosmiczną przewagę nad rozpląsanymi ugrupowaniami opozycyjnymi. Co przecież przy takim zaangażowaniu funduszy, środków masowego przekazu i zeszmaconych autorytetów bluzgających w kampanii chamskimi inwektywami i bezczelnymi kłamstwami, którymi władczo dysponował, było więcej niż pewne. A tu zawód…
*
Tak, Sławoraj Czykański nie miał łatwego zadania. Tworząc po latach rozpasanej demokracji Wielkie Chciejstwo Pisuarii nie miał możliwości rozjechania jej czołgami i rozniesienia na bagnetach, musiał wystartować w otoczce pewnych pozorów, a i później od czasu do czasu takie stwarzać w celu zamglenia właściwych intencji. Tak mu podpowiadała intuicja politycznego oportunisty – drapieżnika z krwi i kości w opinii nim omotanych koniunkturalistów lub, jak chcieli niezauroczeni kontestatorzy, padlinożercy – kim w istocie był. A chcąc nie tylko utrzymać w ryzach ogrom władzy większy niż ta jego niepozorna i wydelikacona wieloletnim niepracowaniem garść zdołała pomieścić, ale i stale go powiększać, będąc w dodatku nikczemnej postury i takiegoż charakteru, musiał uciekać się do metod niemniej nikczemnych, nawet ze wskazaniem na bardziej.
Te akurat, na własne szczęście, „wypracował” latami i na różnych frontach, balansując z bez mała cyrkową zręcznością na krawędziach śliskich i zalatujących spraw, głównie politycznych i finansowych. Czasami wślizgując się i wyślizgując, wedle własnego uznania, lecz w każdym przypadku były to ślizgi kontrolowane, przynajmniej w rozumieniu ówcześnie obowiązującego prawa bądź jego mniej lub bardziej stronniczej bezradności. Posiadł olbrzymią wiedzę i umiejętności praktyczne, które pod postacią kwalifikowanego ziarna z utajoną potężną siłą kiełkowania czekało niecierpliwie na siew. I gdy ślepym i chromym losem kierowane koleje jego życia odpowiedni grunt wreszcie wywąchały, nic dziwnego, że eksplodowało ono dając w krótkim czasie obfite i – zda się – niekończące plonowanie.
A grunt faktycznie dobrze był uprawiony.
Pomimo zakorzenionych religijnych i ugruntowanych już demokratycznych zasad, a może właśnie dlatego, z biegiem lat w tej bogobojnej krainie powstały, albo, jak do dziś uważa wielu, tylko gwałtownie rozwinęły się, rakowaciejąc, już istniejące struktury mafijne w coraz większym stopniu ingerujące w codzienne życie mieszkańców. Okrzepły mianowicie dwie główne organizacje, dwie patologicznie ukształtowane i funkcjonujące rodziny bezkonfliktowo w zasadzie dzielące między siebie obszary sacrum i profanum. Skupiające w swoich szeregach zinstytucjonalizowane gromady otumanionych wyznawców, o zróżnicowanym zakresie kompetencji i autonomii.
Trzeci, najmłodszy filar – niejako interwencyjno-egzekucyjny, podległy mentalnie obu, nadto posiadający ich błogosławieństwo i ochronę – zrodził się samoczynnie z potrzeby istnienia nieewidencjonowanej armii szturmowców bez skrupułów, na co dzień symbolicznie uśpionych, a gotowych na każde gwizdnięcie do zaznaczania swej obecności i manifestowania poglądów, oraz bezpardonowego przelewania krwi po obu stronach barykady. Funkcjonujące w łonie rodzin grupy-bandy zakamuflowane jako legalne, czy to państwowe, czy religijne organa miały swoich szefów, podporządkowania były hierarchiczne, obowiązywała dyscyplina poglądów i postępowania. Niedopuszczalne i karane były jakiekolwiek odstępstwa. Szarą eminencją tego megaukładu był sam Sun-Papa jako rodziciel machiny działającej na kłamstwie, szkalowaniu i podjudzaniu, ojciec chrzestny koncepcji równi pochyłej dla dotychczasowego ładu, oficjalnie pretendujący do bezwzględnej pozycji capo di tutti capi.
*
Zgniewib Robzio jak nikt nadawał się do szefowania jednej z mafijnych band. Tej głównej, najgroźniejszej, bo manipulującej prawem i kontrolującej pozostałe. Bo wtykającej nos w nie swoje sprawy, inwigilującej i zastraszającej zwykłych obywateli, jeśli tylko padł na nich niewłaściwy cień, bądź wskazanie chciążęcym palcem. Bezwzględnie represjonującej lub szantażem wymuszającej posłuszeństwo.
Zawistni złośliwcy, a takich nigdy nie brakuje nawet wśród totumfackich, rozpuszczali pokątnie plotki, jakoby Robzio od dawna gotów był do przeprowadzenia mafijnego zamachu stanu i tylko czekał stosownego momentu. On sam grymasem przekarmionego oseska lekceważąco traktował krążące wieści, cichaczem próbując dotrzeć do ich źródeł.
Płynęła więc na wszelki wypadek strumieniami wartkimi aż dudniło będąca narodowym dobrem wazelina, gięły się pokornie a fałszywie kręgosłupy, zeszmacały życiorysy w trosce o… no właśnie, o co? O przyszłość, przecież. O miejsce na fali. O pozostanie przy korycie. Czasem wręcz uratowanie głowy. W myśl starej balwierskiej zasady: Strzyżonego Pan Bóg strzyże.
Plotka plotką, ale coś było na rzeczy, co pierwsza wyczuła mistyczna spowiedniczka Chcięcia, Fiona, domagając się zwiększonych porcji kocich przysmaków, jakby chciała zbudować rezerwę na nadchodzące chude czasy. Ale potwierdzała to również zdziecinniała, acz zatroskana mina jej pana uchwycona w nieczęstych chwilach emocjonalnego odprężenia, wzbogacona już w powyborczych realiach usadowionym w głębokim tle lękiem.
*
Tymczasem imperium krzepło.
Pranie mózgów odbywało się systematycznie w obu głównych mafijnych filarach, pranie po facjatach przy każdej sposobności w plenerze, po uprzednim podjudzeniu lub wezwaniu przez różnego autoramentu zdegenerowane autorytety pisuariańskiego świecznika i pomniejszych lokalnych kaganków. Bo i tak to miało działać według szelmowskich planów Sun-Papy.
Pamiętał przecież piąte przez dziesiąte ze szkolnych lat jakieś noce kryształowe czy św. Bartłomieja, jakieś pogromy tu i gdzieś w świecie, rzezie i eksterminacje. Doskonale znany mu był mechanizm kłamstwa prowokującego przed i kłamstwa tuszującego po. I zamierzony efekt osiągnięty nie swoimi rękami. Z wiedzy tej w sposób wybiórczy korzystał tworząc kolejne scenariusze prywatnego podboju ziemi i ludu. Beneficjentami mózgoprania byli prości obywatele, których należało uplastycznić, by tworzyć pożądane kształty i zachowania, natomiast mordobicia wyłącznie ci mądrzejsi, niepokorni, buntujący się przeciwko tak dalece posuniętej indoktrynacji.
Skala tej specyficznej resocjalizacji nie miałaby takiego zasięgu i mocy, gdyby nie ścisła jak nigdy dotąd współpraca na tym polu korporacji świeckiej z religijną. Obowiązywały w tym sojuszu dwie zasady: szczekanie jedną gębą i ręka rękę myje. I zadziałał ten układ jak doskonały partnerski biznes realizujący w jednym pakiecie trzy cele: wizerunkowy, marketingowy i finansowy.
O tym, że przestrzeganie prawa obowiązywało wyłącznie jedną stronę, nie warto wspominać, bowiem była to dotychczasowa praktyka, jedynie potęgowana i aktualizowana dla bieżących strategicznych celów. Miejsca pod dywanem już dawno zabrakło, no ale od czegóż są zagospodarowane urzędy i służby? Wyszperane więc i wywleczone na światło dzienne cuchnące sprawy dostawały przewlekłej kuracji obliczonej na zmęczenie albo amnezję opinii publicznej lub też nadprzyrodzone samowyleczenie. Dbali już o to pozbawieni zdolności merytorycznych i honorowych urzędnicy z sun-papiego nadania oraz uzurpatorzy boskiej nieomylności. Ci ostatni daremnie liczący na boskie wstawiennictwo.
Zgniewib Robzio zgodnie z duchem swojego resortu Niesprawiedliwości i Sprokurowań Generalnych przytulił w nim utajnioną komórkę bezprawników mających za zadanie oczernianie i opluwanie niezłamanych i niepokornych osobników z własnego grona. Nad bezpieczeństwem wszelkich bezprawnych operacji czuwać miał skazany w przeszłości prawomocnym wyrokiem za podobne osiągnięcia nowy szef połączonych swoją wasalską osobowością służb specjalnych i siłowych, Szuriam Ikmański. Całość miał otaczać prorządową propagandą guru obłudy i kłamstwa, nadakwizytor medialny Kajec Krusik. Z tym wszechstronnie represyjnym wobec obywateli cywilnym triumwiratem łeb w łeb parli świątobliwi hierarchowie wespół z szeregowymi karnymi zaganiaczami ludzkiego stada.
Siła manipulacji była tak wielka, że szare owieczki postradały zdolność samodzielnego myślenia, w tym rozróżniania zła i dobra, a jak grzyby po deszczu zaczęli pojawiać się zapiekli dotruwacze nadwątlonych rozumków, nieznane do tej pory nauce zmutowane robactwo o dziwnych, zgoła nienaukowych nazwach, różne piebiuki, ryboki, międlury, drążące pozbawione należytej ochrony psychicznej organizmy pospólstwa i zatruwające je swoimi umysłowymi odchodami. Oficjalnie nie było na to antidotum.
Nieoficjalnie zaś… wygodna była działającym w białych rękawiczkach inżynierom dusz ta sytuacja wyczerpująca znamiona ni to epidemii o lokalnym zasięgu, ni z zewnątrz prowadzonej wojny biologicznej. Nie gasząc pożaru można było wygaszać wykryte przypadkowo ogniska, neutralizować lokalnych dyżurnych chłopców do bicia. Głowy bossów nie spadały. Podobnie tych arcyszefów w piuskach. A ci również mieli niebywałe osiągnięcia na polu sączenia jadu i jątrzenia.
Dzięki coniedzielnym praktykom dzielenia słowem – podobno bożym – zgromadzonych w świątyniach wiernych. Posiadali też własne media, w tym o sporym zasięgu radiowo-telewizyjne imperium zarządzane przez niejasnej proweniencji i niestosownej konduity mnicha. To stamtąd sączyła się w uszy ludzi ubogich, niewykształconych i starszych jedynie słuszna… trucizna. Jak również ciągłe napominania o przekazywanie darowizn, jakby mało było wpływających z zaprzyjaźnionej państwowej kasy subwencji. Wszystko to z powoływaniem się na wolę Boga Najwyższego. I przy prawie całkowitym karygodnym wyłączeniu spod jurysdykcji prawa cywilnego!
Postronnym obserwatorom sceny obyczajowo-politycznej Wielkiego Chciejstwa Pisuarii ten mariaż korporacji świeckiej z religijną, sfery materialnej z duchową, w tym konkretnym przypadku, wydawał się wyjątkowo korupcjogenny i patogeniczny.
Z drugiej strony niezmiernie przez to ciekawy, ale wyłącznie w aspektach fałszywej pobożności oraz występowania stanu chorobowego na kanwie religijności fanatycznej. Wydawały się oba te zjawiska bardzo silnie występujące, również po stronie klerykalnej. Rodziło się zarazem retoryczne w tej chwili pytanie: czy nie jest to przypadkiem nieprzystająca do współczesności, prymitywna w swym myśleniu i działaniu, jakaś forma neopogaństwa?
WaszeR Londyński
