Jerzy Łukaszewski: Elity z nocnika

09.11.2019

Rozprzestrzenia się ostatnio po kraju niezwykła wiara w moc słowa. Wystarczy, że ktoś zadeklaruje „jestę patriotom”, a już znajduje się spora grupa słuchaczy, którzy uważają go za patriotę nieomal genetycznego. Tak oto, na naszych oczach słowo staje się ciałem.

Przyznam, że to sytuacja kusząca. Proszę sobie wyobrazić możliwe deklaracje, które staną się rzeczywistością! Marzy mi się np., że prezes di tutti prezesi deklaruje „Jestem Calineczką!”.

Prezes kilkakrotnie już zadeklarował obdarzenie Ojczyzny „nowymi elitami”, które miałyby zastąpić stare (czytaj: antypolskie, antynarodowe), nie definiując wszakże z wrodzonej ostrożności czym te elity miałyby się wyróżniać, poza oczywistą w tym przypadku bezwzględną wiernością wobec prezesa. W ramach wsparcia tej idei oferuję projekt graficzny certyfikatu na „bycie elitą”, bo może przyjść czas, że bez takiego papierka nikt delikwentowi nie uwierzy. A to może boleć.

Wbrew pozorom, nie jest to sytuacja nowa. Po wojnie władza ludowa radzieckim wzorem przystąpiła do budowy nowego społeczeństwa, ponieważ jednak składało się ono głównie z materiału przedwojennego, postanowiono ten budulec tu i ówdzie poprawić, to i owo wyeliminować, to i owo wskazać jako element decydujący itd. Dotyczyło to także, a może nawet przede wszystkim, właśnie elit społecznych, postrzeganych w historycznej perspektywie jako warstwę wzorcową dla narodu, mającą wpływ na sposób postrzegania świata przez „zwykłych” zjadaczy chleba, kształtującą opinię społeczną, co nie jest bez znaczenia w żadnym procesie politycznym.

Niszczenie resztek przedwojennych elit to jeden z nie do końca opracowanych tematów. Spotyka się publikowane materiały dotyczące jednej czy drugiej postaci, całość tematu wciąż czeka na syntetyczne opracowanie.

Sięgając dalej w mroki dziejów zobaczymy wiele sytuacji mówiących o znaczeniu, jakie przypisywano tzw. elitom, co przekładało się m.in. na ich niszczenie przez wroga, a niekiedy i rodzimego demiurga tworzącego nowy świat.

Jakoś jednak dotąd nie widziałem sytuacji, by elita stała się rzeczywistą elitą ot tak – na podstawie nominacji. Komuniści wyjątkowo konsekwentnie tworząc nowy model społeczeństwa mimo wszystko twardo chodzili po ziemi i nie wciskali, że nieudacznik niepotrafiący się poprawnie wysłowić w rodzimym języku (że o innych nie wspomnę) jest wzorcem intelektualisty. Na szczytach władzy potrafili postawić każdego, to prawda, ale jeśli kogoś traktowano jako „nową elitę intelektualną”, musiał naprawdę coś sobą reprezentować.

Nawet przekabacony na swoją stronę teoretyczny przeciwnik nie mógł być byle kim.

Jako młody człowiek miałem okazję słuchać wykładów Bolesława Piaseckiego w warszawskiej siedzibie PAX-u i do dziś będę się upierał, że niezależnie od wszystkiego, co o nim wiemy (i nawet wtedy nie robiono z tego tajemnicy), KGB zrobiła świetny interes „kupując” go dla swoich celów. Gość potrafił mówić 4-5 godzin bez przerwy, odpalając jednego papierosa (Phillip Morris) od drugiego, a słuchacze nawet nie orientowali się, że już tyle czasu upłynęło. Wykładowcą był niezwykłym.

Komuniści szukali ludzi naprawdę coś potrafiących, a przy tym skłonnych pójść za świetlaną ideą powszechnej wolności, równości i braterstwa, rzecz jasna rozumianej w sposób sobie właściwy. Obraz tego mamy czytając życiorysy wielu osób, które po wojnie wróciły do kraju zachęcone deklaracjami nowej władzy o budowie nowego, lepszego społeczeństwa. Mam na myśli choćby wielu znanych już przed wojną ludzi pióra.

Co w tym wszystkim najdziwniejsze, wypominają im ten krok, czasem nawet tylko chwilowy, najgorętsi zwolennicy dzisiejszej „wymiany elit”. Historia to czasem niebezpieczny kabaret, potrafi ośmieszyć na długie lata, a nawet dłużej.

Zacząłem się nad tym zastanawiać kilka dni temu omawiając ze słuchaczami temat tzw. Wielkiej Emigracji po powstaniu listopadowym.

To powstanie będące wzorcem narodowego nieudacznictwa, błędów, mrzonkomyślenia, a chyba przede wszystkim myślenia kategoriami dawnej Rzeczpospolitej, bez krzty wyobraźni i trzeźwej oceny rzeczywistości spowodowało odpływ z kraju niemal całej przedpowstaniowej elity intelektualnej. Tak się przynajmniej wydaje, kiedy czyta się nazwiska polistopadowych emigrantów w rodzaju Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, Chopina, Czartoryskiego, Bema, Mochnackiego i setek, jeśli nie tysięcy innych.

Książę A. Czartoryski

Patrząc na nie człowiek ma wrażenie, że cała przedpowstaniowa Polska nagle wyemigrowała do Francji, bo wszystkie te nazwiska coś znaczyły w dotychczasowej historii. Kraj ewidentnie został pozbawiony swych elit.

Życie jednak nie znosi próżni. Pod wpływem wydarzeń i polityki państw zaborczych zaczęły się kształtować nowe środowiska przejmując powoli rolę „przewodnika duchowego narodu”. Pojawiło się pojęcie „pracy organicznej”, szczególnie w zaborze pruskim.

Pisząc kiedyś o nauczycielu elementarnym Xawerym Łukaszewskim wspominałem dyskusje w polskojęzycznych tygodnikach na temat gramatyki i ortografii polskiej. Prusy były w tym czasie ogarnięte pierwszą falą germanizacji (wbrew temu, co nas uczono, nie było to skierowane przeciw Polakom, miało zupełnie inne cele). Chcąc uchronić polskie dzieci przed wynarodowieniem, należało najpierw ujednolicić pisownię. Ale do tego potrzebni byli ludzie mający o tym jakie takie pojęcie.

Dyskusje prasowe bywały gorące, czasem na granicy awantur, ale bardzo merytoryczne. Okazało się nagle, że mamy całkiem liczne grono osób będących w stanie taką dyskusję podjąć. Jednym z nich był np. Hipolit Cegielski, eks nauczyciel gimnazjalny, który trochę z przymusu został biznesmenem (i to takim, który bił na głowę pruską konkurencję), ale nigdy nie wyzbył się zainteresowania lingwistyką. Jego prace naukowe zawsze były poważnie traktowane przez dyskutujących.

No i teraz pytanie: dlaczego ludzie tego rodzaju nigdy nie wypłynęli w przedpowstaniowej Polsce?

A było ich całkiem sporo.

Szukając odpowiedzi zaproponowałem zestawienie kilku czy kilkunastu biogramów wybijających się postaci spośród emigracji i takiej samej liczby tych, którzy pojawili się w kraju.

Czy patrząc na ich pochodzenie społeczne, wykształcenie, zainteresowania i osiągnięcia znajdziemy jakiś klucz? Nie wiem, jeszcze nie robiłem, ale myślę, że warto.

Wśród emigrantów przeważała szlachta z całym jej dobytkiem mentalnym jak żywcem przeniesionym z czasów niepodległej Rzeczpospolitej, co widać w ich działaniach i ujawnianych poglądach. Polskie mrzonkomyślenie, sen o potędze i majaczenie o „sojusznikach” nie opuszczały ich ani na chwilę tak jakby nic się na świecie nie zmieniło. „W gwiazdę Francji orzeł biały patrząc lot swój w niebo wzbił” – a przynajmniej wydawało mu się, że wzbił.

Jednak i wśród nich pojawiły się szybko „nowe” nazwiska, których próżno by szukać w dotychczasowej historii Polski. Przykładem choćby niejaki Antoni, dziś duma Szwajcarii, nazwiskiem Patek. Znalazł się w innym kraju, w innym środowisku i nagle okazało się, że „Polak potrafi”. Kazimierz Gzowski – budowniczy dróg w Kanadzie, ale także i mostów, kolei i portów – te same koleje losu.

Jan Baranowski – wynalazca m.in. ręcznego kasownika do biletów, ale i semafora, gazomierza i … maszyny do liczenia głosów w wyborach (który to wynalazek stosowany do dziś w niektórych stanach USA polecam władzy tak zatroskanej prawidłowością wyborów).

Dlaczego ci wszyscy ludzie nie znaleźli miejsca do popisu w przedpowstaniowej Polsce?

Mało tego – widać jak na dłoni, że z czasem ci wszyscy utalentowani Polacy mają coraz mniej wspólnego z ośrodkami emigracyjnymi, odsuwają się od nich.

A jednak to o tych ośrodkach uczy się dzieci w szkole, a nie o Patku, Gzowskim czy Baranowskim.

Emigranci, szczególnie we Francji zrobili coś bardzo symptomatycznego – przepięknie się podzielili. W pewnych okresach wydawali tam aż 70 gazet polskojęzycznych. Każda wydawana była przez jakąś zorientowaną politycznie grupkę, a więc mamy tu obraz i skalę tych podziałów.

Co jeszcze ciekawe – te ośrodki emigracyjne ze swymi fantasmagoriami miały też coraz mniejszy wpływ na pozostających w kraju rodaków, aż około powstania styczniowego ich wpływ na polską opinię publiczną zmalał w zasadzie do zera.

Czyli co? Elity przestały być elitami? Tak by trzeba powiedzieć, jeśli przyjąć za definicję elity zdolność do kierowania myślą i opinią narodu, kierunkiem jego intelektualnego (choć nie tylko) rozwoju.

Pojawiły się nowe, zdolne przejąc tę rolę zgodnie z wymaganiami nowej rzeczywistości.

Wymiana elit jest więc normalna i naturalna. Jednak historia nie zna przypadku, by kiedykolwiek stało się to w drodze deklaracji politycznej i na zasadzie nominacji.

Po co więc te deklaracje prezesa di tutti prezesi? Czy ktokolwiek z przedstawicieli wyznania jarosławnego naprawdę uwierzy, że poseł żywotnie zaciekawiony Katarzyną Wielką jest tytanem intelektu tylko dlatego, że tak nakazał prezes, a ja mu sporządziłem gustowny certyfikat?

Nie żartuję, naprawdę mnie to ciekawi.

W Hoffmanowym „Ogniem i mieczem” jest scena kiedy Kozacy piją wódkę ze złotego nocnika księcia Jeremiego. Uważają, że teraz to oni są „panami”.

Zawsze mi ona staje przed oczami, kiedy widzę zachwyt w oczach wiernych prezesa i Niagarę zachwytów nad nominatami ze strony oczekujących.

Historia bywa kabaretem, owszem, ale jest bezlitosna. Warto o tym czasem pamiętać sięgając po złoty nocnik.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com