Marek Jastrząb: Inwazja przeciętniaków

14.11.2019

Wbrew pozorom, nie każda mózgownica służy do wbijania gwoździ; w obecnych latach, gdy byle głupek może za odpowiednią cenę nabyć tytuł dr. Eksperta, mgr. Fachowca, prof. Rehabilitowanego czy Partyjnego Pantoflarza, wyroiły się chmary ludzi mających otwartą głowę tylko podczas trepanacji czaszki.

Do nich zaliczyłbym dzisiejszych kombinatorów i manipulatorów pedagogicznych. Obecni koneserzy literackich prądów, osobnicy poinformowani o tym, co autor napisał i co chciał w swoim utworze powiedzieć, są żarłocznie chętni do wystawiania filologicznych cenzurek; przepadają za porządkowaniem literackich szuflad i układaniem lekturowych list książek. Wedle klucza: to nam się widzi, a z tamtym wynocha.

Wychowani w radosnych czasach naskórkowej wiedzy, umysłowej konkurencji i rywalizacji w kulturze, preferujący kult niewidocznej pracy dla widocznych kołaczy, szerzący -z prędkością zgaszonego światła – zgrubne poglądy, szybkie plany i jeszcze szybsze ich poniechania, przebojem, z tupetem i na chama wdzierają się na stworzone przez siebie salony. Salony zmodyfikowane, gdyż ekskluzywne po nowemu, gdyż obficie inkrustowane słomą; pełne pomrocznych idei i koślawych priorytetów.

Ale co tu gadać! Cmentarny duch obstrukcyjnych czasów znany był dużo wcześniej, gdyż o podobnej inwazji przeciętniaków pisał już Marcel Proust: rozkręcone albo połamane sprężyny mechanizmu odpychającego przestały funkcjonować, przedostawały się tu tysiące ciał obcych, odbierając temu środowisku wszelką homogeniczność, charakter, barwę. Faubourg Saint – Germain, niby stara zramolała matrona, odpowiadało już tylko lękliwymi uśmiechami bezczelnym lokajom, którzy pchali się na salony, pili oranżadę i przedstawiali swoje metresy (Czas Odnaleziony PIW 1979 str.).

Przedstawiciel współcześnie zadekretowanych elit, elit mających zastąpić obecne, wierzy w bociany, kapustę i Królestwo Boże. Jest nauczycielem, a pragnął zrobić karierę w medycynie. Lecz nic z tego nie wyszło: lepsi od niego zaczęli wypływać na powierzchnię, błyszczeć i udzielać się w pracach dyplomowych.

Kiedy się zorientował i poznał na własnej skórze, co to frustracja, kiedy w domu, początkowo po cichu, a później pełnym głosem mówiono mu, że ani chybi skończy na zasiłku i powinien poszukać jakiegoś płatnego zajęcia, począł rozglądać się za pracą, Po wielu poszukiwaniach napatoczyła mu się fucha w szkolnictwie. Robota polegała na uczeniu najmłodszych roczników. Dzieci w wieku zbliżonym do przedszkola.

*

Od razu pojął, w czym rzecz. Skapował, że nie chodzi o nauczenie gówniarzy posługiwania się własną mózgoczaszką i samodzielnego główkowania, tylko o pokazanie im, jak dojść do plebanii. I którędy należy lecieć na manowce.

Z punktu opowiedział się za jak największym wprowadzaniem katechetów do szkół i stygmatyzowaniem niechrześcijan. Gorliwie i z nabożnym zapałem dążył do znacznego ograniczenia (na dobry początek), a zlikwidowania później, szkodliwego wpływu etyki na ucznia.

Jego zdaniem etyka i świeckie dylematy są wytworem szatana; rozterki o podłożu zdroworozsądkowym, a więc lewackim, zatruwają nieopierzone umysły przyszłych maluczkich. Pokornych i cichych kandydatów na jutrzejszych WIERNYCH. Tak samo jak nieistotne, bo naukowe zapatrywania na wątpliwości w kwestiach uświadamiania niewinnej dziatwy. W tym względzie działa w porozumieniu z rodzicami.

Tak samo jak doprowadzanie do skandalicznego otwierania mózgów młodzieży na różnorodność świata bez strachu.

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. Andrzej Goryński 14.11.2019
  2. Andrzej Koraszewski 14.11.2019
  3. PK 17.11.2019