Krzysztof Łoziński: O potrzebie niepotrzebnych

27.12.2019

Grafika: Marian Bogusz, „Falowanie drgań”.

Zacznę od wspomnienia. W czasach późnoszkolnych lub wczesnostudenckich trochę głośnio zachowywaliśmy się z dwoma kolegami po godzinie 23.00. Zawsze czujna Milicja Obywatelska przybyła na „miejsce zdarzenia” i wpakowała nas na dołek komisariatu na Wilczej. Przybył Wyższy Funkcjonariusz i orzekł, że właściwie to nic złego nie zrobiliśmy i trzeba nas wypuścić. Kłopot w tym, że kolega Paweł nie miał jeszcze 18 lat. Nazwisko zmilczę, bo to dziś profesor szanowany i bardzo znany, po co wszyscy mają wiedzieć. Pawła z dołka musieli odebrać rodzice. Stawił się jego ojciec i milicjant przystąpił do spisania protokołu. Po pytaniach o nazwisko itd. zapytał o zawód. Ojciec Pawła mówi: — Poeta. A milicjant jak nie wrzaśnie: — Ja się pytam, gdzie pan pracuje!

No i słusznie. Wszak wedle poglądów właściwych i słusznych wówczas, a dziś bliskich ministrowi Glińskiemu, poeta nie pracuje. Poeta jest niepotrzebny. Takich wówczas i dziś niepotrzebnych jest więcej. Są to wszelcy artyści, naukowcy, pisarze, a nawet sportowcy uprawiający nie takie sporty, jak trzeba lub nie tak, jak trzeba.

Z jednym jednak zastrzeżeniem: stają się potrzebni, jeśli realizują potrzeby reżimu. Sztuka ma być przewidywalna, użyteczna i „po linii”. Nauka i wszystko inne też.

Rządząca skretyniała prawica nienawidzi niemal wszystkich polskich noblistów, bo Szymborska i Miłosz to „komuniści”, Curie Skłodowska „feministka”, Wałęsa „Bolek”, Reymont też podejrzany (choć nie wiadomo, o co, może o konszachty z Wajdą?). Tylko Sienkiewicz dobry…

Filmy, sztuki teatralne, książki mają być „patriotyczne” i „dla ludu”. Nieważne czy jest to „lud pracujący miast i wsi” jak wtedy, czy lud bumelujący na 500+, jak teraz. Ale co to znaczy „patriotyczne”? To znaczy bałwochwalcze wobec reżimu i promujące fałszywą (lecz słuszną) wersję historii. Filmowiec ma realizować „Historię Roja”, rzeźbiarz wykonywać pomniki Lecha Kaczyńskiego (lub właściwego papieża), a naukowiec udowadniać zamach smoleński, albo kierowanie Solidarnością przez braci K. (jeśli jest historykiem).

W mózgu każdego reżimu nie mieści się „jakaś tam” Olga Tokarczuk, „jakaś tam” Agnieszka Holland, ale nie tylko. Nie mieści się też malarstwo abstrakcyjne, muzyka symfoniczna, fizyka teoretyczna i inne takie. W mózgu reżimu sztuka, nauka i sport mają być użytkowe. Matematykę rozumie się tylko jako rachunek, a nauki przyrodnicze jako inżynierię. Sport też ma być olimpijski i zorganizowany. Sport ma służyć demonstrowaniu prężności reżimu i słuszności systemu na olimpiadach i paradach. Ma dostarczać medali ku chwale. Czy wiecie państwo, że w odziedziczonych po komunie zapisach ustawy o kulturze fizycznej mamy do dziś właściwie zakaz indywidualnego uprawiania sportu? Na szczęście są to zapisy martwe, ale uwaga: w każdej chwili mogą ożyć.

Ale wróćmy jeszcze do wspomnień. Osobiście przeżyłem scenę, którą przywołano ostatnio w filmie o Strzemińskim. Jako młody człowiek zaczynałem trochę malować, ale nie mogłem kupić dobrych farb czy blejtramu, bo te były tylko w sklepie dla plastyków, a ja nie należałem do żadnego związku, a studiowałem też nie to, co trzeba, bo fizykę i matematykę, a nie ASP. Byłem więc skazany na akwarele i tempery ze sklepów papierniczych, dla dzieci. Należałem do kategorii niepotrzebnych. Później wziąłem się za fotografię, ale też niektóre materiały były dla mnie niedostępne. Na przykład filmy graficzne mogły kupować tylko zarejestrowane zakłady poligraficzne. A do celów artystycznych? Nie, nie, nie! Znów byłem niepotrzebny. Jak byłem studentem, to miałem studiować, a nie jakieś tam fanaberie. Mentalność bliską dziś ministrowi Glińskiemu najlepiej oddaje hasło reżimu z 1968 roku: „Literaci do pióra, studenci do nauki” (nawiasem mówiąc, dopisywaliśmy do tego: „ustrój do d…”).

Takich wspomnień miałbym więcej. Uprawiałem sporty nieolimpijskie (kung-fu), nawet w górach wspinałem się nie tam, gdzie trzeba, i nie tak jak trzeba (solo). Próbowano mnie nawet oskarżyć o „odciąganie młodzieży od dyscyplin olimpijskich” i „podważanie mecenatu państwa w sporcie”. Na szczęście nawet komunistyczny prokurator zrozumiał, że przesadził.

Ale zostawmy wspomnienia, wielu ludzi ma podobne. Teraz serio.

Swego czasu paru ludzi niepotrzebnych coś tam dłubało w teoriach. Norbert Wiener wymyślił cybernetykę, Georgie Boole wymyślił algebrę Boole’a, Stefan Banach przestrzenie Banacha, Julius Edgar Lilienfeld grzebał w półprzewodnikach i zmajstrował tranzystor. No i na co to wszystko? W tamtym czasie zapewne wielu ludzi powiedziałoby: — na nic! Bo tych wielu ludzi nie mogło wiedzieć, że skutkiem tego teoretycznego dłubania był stworzony później komputer. Bo ci niepotrzebni, tak naprawdę są potrzebni. Problem jednak w tym, że często, za ich życia, nie wiadomo, do czego. To okazuje się później albo nigdy.

Bo tak już jest, że nieodłączną częścią tego dłubania niepotrzebnych jest testowanie wielu ślepych uliczek, zanim trafi się na tę jedną właściwą. Czy to testowanie jest niepotrzebne? Jest potrzebne, bo bez niego nie wiemy, że te uliczki są ślepe. W dodatku, gdy trafimy na tę właściwą, to większość ludzi tego nie rozumie. Gdy niedawno wspomniałem o odkryciu bozonu Higgsa, jeden ze znajomych powiedział: — mnie to nie dotyczy. Pomyślałem: –dotyczy cię bardziej, niż jesteś w stanie zrozumieć.

No dobrze, ale to nauka, w końcu do czegoś się przyda, ale sztuka, ale sport? Sztuka i sport (nie ten od parad) odgrywają bardzo ważną rolę, której minister Gliński nie rozumie (i nie tylko on). Człowiek potrzebuje nie tylko jeść, spać i… no wiecie, co. Człowiekowi do życia niezbędne są emocje, zwłaszcza emocje pozytywne. Sztuka właśnie dostarcza emocji, przeżyć i to nie tylko estetycznych. Film, sztuka teatralna, książka poruszają, zmuszają do przemyśleń. To jest to, co jest w sztuce najważniejsze, nie tylko sama treść. Od samej treści wystarczy gazeta.

Te pozornie niepotrzebne dzieła wywołują też emocje negatywne u ludzi głupich lub prymitywnych. Stąd taka nienawiść do Olgi Tokarczuk u tych, którzy żadnej jej książki nie czytali. Zauważmy, że rządząca skretyniała prawica nienawidzi niemal wszystkich polskich noblistów, bo Szymborska i Miłosz to „komuniści”, Curie Skłodowska „feministka”, Wałęsa „Bolek”, Reymont też podejrzany (choć nie wiadomo, o co, może o konszachty z Wajdą?). Tylko Sienkiewicz dobry, bo na podstawie jego książki głosi się fałszywą historię chrześcijaństwa (co nie było jego zamiarem). Po prostu ćwok i matoł nienawidzą twórczych ludzi.

A sztuka abstrakcyjna? Dostarcza przeżyć estetycznych, ale nie tylko. Pobudza inny sposób patrzenia na świat.

I tu dochodzimy do ważnej rzeczy. Nie ma żadnego postępu bez spojrzenia na sprawy inaczej niż dotąd. Aby dokonać jakiegoś odkrycia, trzeba wyjść poza patrzenie tak, jak wszyscy. Mamy odziedziczony, atawistyczny instynkt stadny. Ten instynkt nakazuje nam „robić tak, jak wszyscy” i „myśleć tak, jak wszyscy”. Tymczasem „robiąc tak, jak wszyscy” nie stworzy się niczego nowego. Twórczy jest odszczepieniec, człowiek niepotrzebny, myślący inaczej, postępujący inaczej.

W trzecim wieku przed naszą erą taoistyczny mistrz Zhuanzi (Chuang Tsy) napisał „Prawdziwą księgę południowego kwiatu (Nan hua zhen jing)”. To bardzo obszerne dzieło, ale w tej chwili ważny jest fragment. Mistrz odwiedził szermierzy. Ćwiczyli oni sztukę walki. Gdy osiągali wysoki poziom umiejętności, wysyłano ich na wojnę, gdzie ginęli. Następnie mistrz spotkał człowieka, który ćwiczył utrzymywanie kulek na kijku. Umiał już utrzymać trzy kulki i pracował nad czwartą. Mistrz wskazał uczniowi tego człowieka jako przykład słusznej postawy. On się doskonali, zaspokaja swój pierwiastek twórczy, ale dla władzy jest on nieprzydatny. Na wojnę go nie wyślą, będzie żył. Następnie mistrz wskazał na dwa drzewa, jedno proste, drugie krzywe. Proste drzewo zetną i zrobią z niego deski, a krzywe będzie żyło, bo jest niepotrzebne. Na pewno niepotrzebne? A może jest piękne?

No dobrze, ale jaki jest pożytek z trzymania kulek na kijku albo z krzywego drzewa? A jaki jest pożytek z algebry opartej na zbiorze dwuelementowym (0,1)? A jaki był pożytek z impresjonistów? Algebra Boole’a hula dziś we wszystkich komputerach. Wymyślone przez impresjonistów zapisywanie obrazu w postaci plamek, a nie linii, pozwoliło na stworzenie fotografii cyfrowej.

No dobrze, ale te kulki na kijku? Jaki z nich pożytek? Taki sam jak z mojego solowego wspinania, z mojego ćwiczenia form starożytnej sztuki walki, z moich fotografii np. lasu, a nie cioci na tle lasu. Twórcze myślenie, ciekawość, doskonalenie się. Nie każde działanie twórcze musi mieć skutek pożyteczny w dosłownym sensie. Ludzie mają instynkt stadny, tworzą plemiona, środowiska podobnych, ale świat do przodu pchają odszczepieńcy, niepotrzebni, inni, malowane ptaki. Ludzie niepotrzebni, wyłamujący się z kanonów.

Reżim, który zwalcza elitę, nigdy nie stworzy „nowej elity”. Bo ta niby „nowa elita” nigdy prawdziwą elitą nie będzie, bo jest stworzona z ludzi wysługujących się władzy, z potrzebnych.

Krzysztof Łoziński

Emeryt

Lat 71, aktywista wydarzeń marca 68., uczestnik strajków sierpnia 80., działacz Solidarności lat 80-81 i Solidarności w podziemiu, były więzień polityczny, inicjator powołania KOD

Autor o sobie

Print Friendly, PDF & Email

6 komentarzy

  1. Kazimierz Wojtaszek 2019-12-28
  2. Obirek 2019-12-28
    • Yac Min 2019-12-28
  3. Pawel077 2020-01-01
  4. slawek 2020-01-01
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com