Jan Rojewski: Polityka tkwi za kulisami…

09.02.2020

Nie możemy pokładać wszelkich nadziei w porażce Dudy, potrzebna jest nam praca u podstaw. Rozmowa z Marcinem Celińskim, publicystą, szefem wydawnictwa Arbitor.

Andrzej Duda wygra wybory?

Ma największe szanse. Abstrahuję od bieżących sondaży, bo jak uczy doświadczenie, przez kilka miesięcy, jakie nam pozostały do wyborów wiele może się zdarzyć, ale na dziś – jest samotnym liderem, dosyć daleko od pozostałych kandydatów. Przeciw obecnemu prezydentowi startują politycy bez dużego „kapitału początkowego”, muszą sobie popularność i co za tym idzie wybieralność wypracować, im dłużej organizują swoje zaplecze i sztaby, tym gorzej, opóźnia to moment, w którym skonstruują przekaz przekonujący nas, że fotel w pałacu przy Krakowskim Przedmieściu powinien zmienić właściciela. Na razie nie widać emocji, która przeważyłaby szalę na korzyść kandydatki KO czy któregoś z pozostałych kandydatów. Wszyscy wydają się grać role, w jakich są od lat, a nieskuteczność tej gry mamy potwierdzoną wieloma wynikami wyborczymi od 2015 roku.

Ostatnio można było zaobserwować tąpnięcie poparcia dla PiS-u, ale trudno mówić, żeby partia znalazła się w kryzysie. Czy rozliczne afery i kryzysy wizerunkowe przełożą się na wynik wyborów prezydenckich.

Winny niezachwianemu poparciu dla PiS jest między innymi tworzony przez tę partię system kliencki. Lewicowi publicyści – choć nie zgadzam się z nimi w pełni – od lat stawiają tezę, że są w Polsce grupy, które słusznie lub niesłusznie czują się wykluczone z sukcesu, jaki Polska odniosła w ostatnim trzydziestoleciu.

Do tej pory żyliśmy w modelu aspiracyjnym. Uznawaliśmy, że rozwój i często wiążące się z nim wyrzeczenia są konieczne dla naszego dobra. Widać to było doskonale choćby po boomie edukacyjnym. W Polsce panował konsens co do tego, że wyższe wykształcenie jest potrzebne i w tej dziedzinie – niezależnie od jakości tego wykształcenia – skok był potężny. W model aspiracyjny wpisana też była mobilność. Mam na myśli sytuację, w której ktoś się przebranżawiał nie dlatego, że stracił pracę, ale dlatego, że widział dla siebie inne możliwości gdzieś indziej. To wszystko w Polsce w jakimś stopniu, do pewnego czasu działało. Trend odwrotny i pojawienie się tęsknoty za opieką ze strony państwa pojawił się jakiś czas temu.

Platforma zdawała sobie z tego sprawę, ale trzymała się modelu pomocy adresowanej, czyli takiej, w której aparat państwa miał za zadanie wyszukać potrzebujących wsparcia i pomagać im do czasu, kiedy nie poprawią swojej sytuacji na tyle, by funkcjonować samodzielnie. Obecnie obowiązujący system kliencki polega na tym, że wszyscy coś dostają. Mamy i wyprawkę szkolną i 500 plus i trzynastą emeryturę. Poza radością obdarowanych ma to określone skutki w skali społecznej. Choćby dezaktywizację dużych grup społecznych. Z jednej strony mamy więc państwo, które wycofuje się z organizowania różnych usług publicznych – wystarczy spojrzeć na wszystkie oddziały szpitalne zamykane w ostatnich miesiącach i sytuację w edukacji – z drugiej dające pieniądze do ręki. Likwidacja państwa jako organizatora usług to zwycięstwo korwinizmu.

PiS jest partią liberalną?

A co Korwin ma z liberalizmem wspólnego? On o sobie mówi, że jest liberałem. Ja mógłbym o sobie teraz powiedzieć, że jestem Chińczykiem i może po 20 latach konsekwentnego powtarzania jakaś część odbiorców w to uwierzy. Ale nadal nie będę Chińczykiem. Korwin–Mikke od zawsze promował skrajną formę indywidualizmu i stosunek do państwa bliższy dobrze osadzonemu w naszej mentalności „sobiepaństwu” i XVIII wiecznej anarchii, rozbijaniu wspólnoty, z liberalizmem (w różnych jego odmianach) niewiele ma to wspólnego, nawet jeśli jest podpierane przemyśleniami amerykańskich libertarian czy anarchokapitalistów. Ja jednak sukcesu tego myślenia w Polsce nie wiążę z tym niszowym także w USA trendem myślowym – to chwyta, bo tli się w nas spadek po czasach rozkładu I Rzeczpospolitej i mimo milionów stron napisanych przez mądrych ludzi o przyczynach rozbiorów jakimś ideałem Polaków wydają się być czasy, w których państwo było fikcyjne, a sobiepaństwo kwitło. Na tym podglebiu, kiedy Kaczyński do pomysłu Korwina dorzuca sakiewkę monet od łaskawego pana, jakim staje się to, co z państwa pozostaje, prawie wszyscy są zadowoleni.

Skądinąd ta sakiewka jest wzięta z pomysłów Andrzeja Leppera.

Też. Kluczowe jest to, że do tego korwinowskiego egocentryzmu, oni dodali transfery. W klasycznej myśli konserwatywnej mężczyzna miał zarobić na dom i na dzieci. W rodzinie w myśli PiS podstawowym obowiązkiem mężczyzny jest spłodzenie tych dzieci. O ich utrzymanie zadba już państwo.

Nikt nie utrzyma rodziny za 500 złotych.

Proszę to 500 przemnożyć. Zresztą to czy to 500 to dużo, czy mało, to jest rzecz szalenie subiektywna. Dla ludzi mieszkających w biedniejszych rejonach Polski to są naprawdę dobre pieniądze. Proszę spojrzeć na to, co wydarzyło się pod koniec września ubiegłego roku. Mam na myśli wyrównanie na pierwsze dziecko i wyprawkę, czyli wypłatę 3300 złotych – to jest naprawdę dużo pieniędzy. Nie chcę wyjść na ultraliberalnego przeciwnika transferów, bo nim nie jestem. Krytykuję wyłącznie ich formę – wypłata, o której mówię wyżej, nieprzypadkowo na miesiąc przed wyborami to gest maharadży, który rozrzuca monety garściami, by tłum go kochał. To najprymitywniejsza forma zdobywania poparcia, z poważną polityką niewiele ma to wspólnego. Obecny system zarówno rozbija rodziny, jak i zdejmuje odpowiedzialność z ludzi za ich utrzymanie.

W jaki sposób 500 plus rozbija rodziny?

Osłabia wspólną troskę o byt. Przez ten transfer mężczyznom może być psychicznie łatwiej zostawić kobiety. Mogą sobie tłumaczyć, że nie zostawiają ich samych, a z opieką państwową. Druga sprawa jest taka: jeśli dzieci w domu jest więcej, to 500 plus przyczynia się do dezaktywizacji zawodowej kobiet. Powiedzmy, że matka kilkorga dzieci będzie poza rynkiem pracy przez dwadzieścia lat. Kiedy jej najmłodsze dzieci dorosną, to ona jeszcze nie będzie w wieku emerytalnym i wejdzie na rynek pracy jako osoba, która pierwszą połowę swojego życia spędziła nie doskonaląc się, i nie wypracowując sobie żadnej pozycji. Nawet jeśli mówimy o wykształconej osobie, to należy wziąć pod uwagę, że przez te 20 lat struktura rynku pracy zmieni się wielokrotnie. Trend pokazuje, że należy się profesjonalizować i wchodzić w wąskie specjalizacje. Jeśli do tego dodamy nadchodzącą robotyzację, to pracy dla osób niewykwalifikowanych będzie bardzo mało.

Moment, opieka nad dziećmi nie jest pracą?

Oczywiście, że jest, opieka nad dziećmi, zajmowanie się domem jest ciężką i odpowiedzialną pracą. Ale dotykamy tu dwóch istotnych zagadnień.

Pierwsze – to czy państwo opartą na zasiłkach różnego rodzaju inżynierią społeczną powinno przywracać i betonować model „Kinder, Küche, Kirche” – gdzie kobieta skazana jest systemowo na częściowe lub całkowite wyłączenie z aktywności zawodowej i publicznej? To zupełne odwrócenie logiki zmian, jakie zaszły w przeciągu ostatnich 200 lat, zmian związanych z emancypacją kobiet, ich równouprawnieniem. Za te same środki, jakie są przeznaczane na 500+ można by utrzymywać i budować żłobki, przedszkola, inwestować w edukację i opiekę zdrowotną np. w szkołach. Zlikwidować barierę powrotu do aktywności zawodowej wielu kobiet, jaką jest brak miejsca w przedszkolu, bo większość młodych ludzi nie wynajmie prywatnie opiekunki do dzieci.

Druga, istotniejsza sprawa – to możliwość wyboru modelu życia. Nie mam nic przeciwko temu, żeby rodziny wybierały ten konserwatywny, ale konsekwentnie, jak dawniej, na własny rachunek. Rolą państwa jest strzeżenie tego, żeby każdy miał możliwość życia i samorealizacji w sposób, jaki daje mu największą satysfakcję. Jeśli kobieta chce się realizować zawodowo (co jest dodatkowo korzystne dla państwa, bo w miejsce beneficjenta świadczeń otrzymuje płatnika podatków i składek), to należy jej to ułatwić, stworzyć możliwości. Jeśli tego nie chce, nie skorzysta, ale ważne jest, by miała wybór.

Kwestia wyboru jest szerszym problemem, w ostatnich latach z czegoś w rodzaju inercji aksjologicznej państwa (doktryna – „nic nie zmieniajmy”) przeszliśmy do budowy bardzo jednoznacznego i opresyjnego modelu, w którym sposób życia mają uregulować nam kolejne ustawy pisane przez „Ordo Iuris”.

Powiedział pan wcześniej, że rozwojowi uposażeń socjalnych towarzyszy zwijanie państwa w strategicznych dla niego sektorach. W październiku nie zrobiło to większego wrażenia na wyborcach. Nikt nie płacze po zamykanych oddziałach szpitali?

Mnóstwo ludzi płacze, ale ten temat jest propagandowo skutecznie spychany na margines. Żyjemy w sytuacji, w której celowo podrzuca nam się pewne zastępcze tematy, żebyśmy nie zajmowali się tym, co jest poważne.

Próbowałem na swój użytek zinterpretować badanie, według którego dla większości młodych ludzi najważniejszym problemem współczesności jest „ideologia LGBT”, a wcześniej byli to uchodźcy. Młodzi nie boją się, że nie będą mieć gdzie pójść do szpitala, albo, że za chwilę nie będą mieć wody, bo Polska nie jest zupełnie przygotowana na ocieplenie klimatu.

Żeby nie być gołosłownym, to proszę sobie wyobrazić, że magazynujemy 6 proc. wody, spływającej naszymi rzekami, Hiszpanie magazynują 50. Przygotowanie się na stepowienie i zupełnie nowe potrzeby gospodarki wodnej to wyzwanie cywilizacyjne, któremu sprostać może jedynie państwo, a środki konieczne na ten cel będą porównywalne z tymi na autostrady. Ba, młodzi nie boją się nawet, że ich wykształcenie będzie za słabe, żeby rywalizować na rynku pracy – oni boją się jakiegoś konstruktu propagandowego, który został wymyślony i jest sztucznie pompowany. Jeśli media bez wyjątku podejmują tę grę i gdy pojawiają się jedne taśmy, od razu są przykrywane drugimi, to żyjemy ciągłą sensacją, nie zastanawiając się nad stanem państwa, realnymi problemami i zagrożeniami.

Banalizacja mediów to efekt zmiany cywilizacyjnej. MTV nadała swój pierwszy program w 1980 roku, na długo przed uzyskaniem powszechnego dostępu do internetu. I nie mówię tego dlatego, że mam coś przeciwko tej stacji, tylko po to, żeby podkreślić, że są to zmiany zachodzące w długim trwaniu. Trudno obwinić za nie kogoś osobiście.

Trend, o którym pan mówi, można wyznaczyć nawet na początek XX wieku, kiedy robotnicy stali się konsumentami, analfabetyzm w państwach rozwiniętych stawał się zjawiskiem marginalnym, a dostęp do rozrywek przestawał być luksusem najbogatszych. Nie ma w tym nic złego, że szukamy rozrywki, a w konsekwencji tego dochodzi do jej mariażu z informacją. Problem jest gdzie indziej. W jakiś sposób mogłaby go wytłumaczyć globalizacja i nowe technologie komunikacyjne, a mówiąc konkretniej, zdominowanie świata przez media społecznościowe. 20 lat temu krążąc po internecie, mogłem szukać swoich ścieżek, w tym momencie wyznacza mi je algorytm. A nie jest to maszyna, której nie da się oszukać i wykorzystać do manipulacji. Oglądał pan na Netflixie film „Hakowanie świata”?

Nie miałem okazji.

Tam jest podany przykład poligonu doświadczalnego dla Cambridge Analytica, firmy doradczej zajmującej się zbieraniem i wykorzystywaniem danych od Facebooka. Tym poligonem były wybory w Trynidadzie i Tobago. Tam są dwie ścierające się partie etniczne: jedna hinduska, druga afrykańska. Zadanie Cambridge nie polegało na tym, żeby zachęcać ludzi do głosowania na partię czy kandydatów. Ta firma stworzyła akcję mającą zniechęcać młodych ludzi do pójścia na wybory. Były piosenki, były memy, było to cool. Ale w dniu wyborów okazało się, że nawet jeśli młody Hindus nosił wcześniej pina z hasłem, że nie chodzi głosować, to poprzez patriarchalny model rodziny nie będzie miał w tej sprawie dużo do gadania, bo do głosowania zmusi go ojciec. Na wybory nie poszli tylko młodzi wyborcy partii „afrykańskiej”. Wynik wyborów był oczywisty.

Sugeruje pan, że kampania przeciwko „ideologii LGBT” a wcześniej przeciwko uchodźcom została stworzona przy pomocy takich narzędzi? Podczas kampanii wyborczej do Prawo i Sprawiedliwość wydało najmniej pieniędzy ze wszystkich komitetów na reklamę w internecie, a tego typu usługi chyba trochę kosztują.

Nie sugerowałbym się oficjalnymi opłatami. Takie kampanie nigdy nie mają oficjalnego finansowania partyjnego. Nie sugeruję też, kto to zrobił, ale po skutkach widzę, że to była zorganizowana robota. Wprawdzie Cambridge Analytica została zamknięta, ale to nie jedyna firma, która oferuje takie usługi. Można by powiedzieć, że w tej sytuacji nie potrwa długo, gdy wszystkie liczące się partie zaczną stosować takie metody, ale to są metody manipulacyjne. Tu nie chodzi o to, żeby przekonywać do głosowania na dobry program wyborczy, albo na kompetentnych kandydatów na listach. Proszę też pamiętać, że nie tylko Polacy mogliby być zainteresowani w wykorzystywaniu danych z mediów społecznościowych do manipulacji. Wiemy, że Rosja ingerowała wcześniej w promocję Brexitu, w wybory w Katalonii, we Francji, we Włoszech. W Polsce tym tematem zajmują się głównie organizacje pozarządowe, a powinno zajmować się państwo. Raport ośrodka kontrwywiadowczego NATO w Rydze mówi o tym, że Rosjanie nie grają na wsparcie jednej strony, a na stworzenie jak największych podziałów w manipulowanych przez siebie społeczeństwach.

Lista powodów, dzięki którym PiS wygrał wybory w październiku i dzięki którym Andrzej Duda może zawalczyć o reelekcję, zaczyna się wydłużać. Mamy na niej już nie tylko transfery socjalne, ale też zorganizowane akcje manipulacyjne. Co jeszcze?

To, co Jarosław Kaczyński nazywa wymianą elit. Do tej pory elity w Polsce tworzyły się na zasadach konkurencji. Silniejszy pokonywał słabszego. To nie zawsze było sprawiedliwe, ale dawało ludziom poczucie jakiejś sprawczości. Znaczenie miała edukacja, języki obce, innowacyjność w myśleniu. Kaczyński chce, żeby pozycja społeczna zależała wyłącznie od „sortu”, do którego będzie się ludzi arbitralnie zaliczać. Proszę spojrzeć na spółki skarbu państwa. One zawsze były zagarniane przez partie, ale jednak nigdy nie w takim stopniu jak teraz. Z całym szacunkiem dla Pcimia, ale wcześniej tak niekompetentnego człowieka, jak Obajtek w Orlenie po prostu nie było. Co by nie powiedzieć o NIK-u to kogoś takiego jak Banaś wcześniej też byśmy tam nie znaleźli.

W Polsce istnieje obiegowa opinia, że w Skandynawii ministrowie zamieszani w jakieś nieprawidłowości szybko składają dymisje, bo tamtejsza polityka jest przejrzysta jak tafla wody. Tymczasem robią to dla dobra swoich partii, po to, żeby media nie mogły zbyt długo żyć kryzysem.

W Skandynawii opinia publiczna ma duże znaczenie, więc politycy nie podejmują takiego ryzyka. Wiem, że w Polsce metafory historyczne są nadmiarowo eksploatowane, ale to, co się obecnie dzieje naprawdę wygląda jak koniec XVIII wieku. Przestaliśmy być wspólnotą – ona nigdy nie była mocna – ale jakaś była. Potrafiliśmy definiować problemy i wyznaczać sobie wspólne cele. Dziś jesteśmy tylko skonfliktowanymi plemionami, co zaostrzają bańki w social mediach. Mamy debatę publiczną, na którą może wpływać, kto chce – a to przypomina czasy, w których taki czy inny europejski monarcha mógł sobie mianować prymasa, czy króla. Jakiś czas temu czytałem wspomnienia konfederatów targowickich – ale nie Branickich czy Rzewuskich – tylko tych szeregowych. Proszę mi wierzyć, oni naprawdę myśleli, że w ten sposób ratują Polskę.

Wizja, w której żyjemy w czasach saskich lub nawet późniejszych jest dość pesymistyczna. Jest od niej jakaś ucieczka?

Po pierwsze, trzeba sobie jasno powiedzieć, że poza nami nikt nie jest w stanie tego państwa odbudować. Oczywiście, można przyjąć ten stan rzeczy, patrzeć jak on się pogłębia i spróbować jakoś się prywatnie urządzić. My w wydawnictwie przyjęliśmy za cel zdiagnozować i pokazać gdzie państwo niedomaga. Taka działalność ma mnóstwo wad. Żaden duży biznes nie będzie taką działalnością zainteresowany. Zwycięża logika korporacji. Nikt kto ma reprezentować interesy akcjonariuszy, nie będzie szedł na otwarty konflikt z władzą, nawet jeśli sprzedaż takich treści byłaby dochodowa.

Ostatnio portal OKO.Press ujawnił, że dotychczasowy wydawca Wirtualnej Polski, Tomasz Machała poważnie wspierał polityków Solidarnej Polski. Robił to mądrze, bo nie chwalił rządu za każde posunięcie, a raczej zamawiał teksty, które pochlebnie wypowiadały się o spółkach skarbu państwa. Taka działalność była trudniejsza do wykrycia. Czy uważasz, że nie da się robić dużych mediów bez pewnej dozy lizusostwa wobec władzy?

Historia Tomasza Machały jest bardzo pouczająca, wiele mówi o naszej rzeczywistości w sferze mediów. Opis praktyk w Wirtualnej Polsce był porażający, to był opis złamania wszelkich reguł i zasad dotyczących dziennikarstwa. I co dalej? Tomasz Machała „za karę” zostaje prezesem jednej ze spółek grupy WP, obejmuje program w Polsat News, nikt z mainstreamu nie wzdraga się nad przyjmowaniem zaproszeń do jego programu. WP wydaje oświadczenie, że nie wszystkie zarzuty się potwierdziły – i domaga się przeprosin od OKO.PRESS. Akcje grupy kapitałowej, do której należy wp.pl, idą w górę, a klikalność portalu nie spada. To się po prostu opłaca – zarobili na manipulacji i tekstach nieistniejących autorów, po ujawnieniu procederu nic złego im się nie dzieje. Biznes się kręci.

Biznes, szczególnie ten większy zawsze chce mieć co najmniej neutralne relacje z władzą. Nie musi być to pełne oddanie, wystarczą drobniejsze gesty, niemające jednoznacznie politycznego wydźwięku. Ot, po prostu unika się „niebezpiecznych” partnerów w biznesie, nie publikuje zbyt niewygodnych tekstów czy wypowiedzi w swoich mediach.

Proszę sobie wyobrazić, że koncern Lagardere – właściciel m.in. Inmedio, a więc sieci kiosków dzięki, której można z książkami dotrzeć na dworce i lotniska — zamówił u nas książkę „Morawiecki i jego tajemnice” Tomasza Piątka. To był początek sprzedaży, miałem więcej zamówień niż gotowych książek, wygospodarowałem dla nich pulę – bo zależy nam na wielości kanałów dystrybucji. Kilka dni po dostawie przychodzi wiadomość, że obecnie mają za dużo nowości na półkach, to na razie naszych książek nie będą wykładać. Poprosiłem o szybki zwrot, czekali inni chętni. Dostałem odpowiedź, że to potrwa co najmniej tydzień, bo firma już wysłała egzemplarze do kiosków. No to albo nie ma miejsca, albo je rozwozi do dystrybucji. Napisałem o tym na Facebooku i po ostrej reakcji naszych czytelników miejsce na półkach się znalazło – oczywiście na krótko, na pokaz, potem książka spadła z oferty. Po tej sytuacji kolejnych książek już u nas nie zamawiali. Gdzieś po drodze mniej spektakularnie ze współpracy z nami zrezygnowało kilku mniejszych dystrybutorów.

Efekt nacisków?

Nie chcę spekulować czy nacisków, czy biznesowej kalkulacji, która podpowiada, że z władzą nie należy zadzierać. Natomiast bez współpracy z takimi sieciami nie jesteśmy w stanie osiągnąć dużego nakładu. To z kolei przekłada się na to, że nie będę w stanie oferować swoim autorom godnej płacy, bo takie książki wymagają wielomiesięcznego nakładu pracy i nikt nie napisze ich za „miskę ryżu”.

Ale chyba nie sądzi pan, że prowadząc wydawnictwo, nawet wysokonakładowe zmieni krajobraz polskiej sceny politycznej? W zeszłym roku śledziłem wybory w Austrii, wygrała je prawicowa Austriacka Partia Ludowa, osiągając najlepszy wynik w swojej historii i to pomimo tego, że wybory poprzedziła nie lada afera z udziałem członka rządu. Wyborców dziś nie szokuje ani zwijanie państwa, ani nagłaśnianie przez dziennikarzy dużych przekrętów.

Pytanie o to, co zszokuje wyborców, jest niewłaściwe. Dziennikarze, którzy publikują w Arbitorze, mają różne poglądy polityczne; nawet nie wiem, jak głosowali i zgaduję, że nie byli jednomyślni. To, co nas łączy to propaństwowość. Spory światopoglądowe mogą zaistnieć wyłącznie, kiedy mamy państwo i naszym zadaniem jest pokazywanie mechanizmu systemowego psucia państwa. W książce Grzegorza Rzeczkowskiego „Obcym alfabetem” nie chodzi tylko o to, kto dokładnie organizował podsłuchy w Sowie i Przyjaciołach, a o to jak państwo nie zdało egzaminu na odcinku kontrwywiadowczym, że tak naprawdę nikt nie sprawdził, czy nie było przypadkiem tak, że obce mocarstwo wpłynęło na wynik wyborów.

Z kolei w książce Tomasza Piątka nie chodzi wyłącznie o Antoniego Macierewicza, ale np. o to, że tłumaczka raportu o likwidacji WSI mogła wchodzić do budynku tej służby jak do siebie do domu pomimo tego, że nie posiadała stosownych uprawnień i zapewne by ich w normalnej procedurze nigdy nie uzyskała.

Piotr Maciążek daje nam w swojej książce obraz kompletnej nieporadności Polski w szeroko pojętej energetyce – będącej w XXI w. najważniejszym z kluczowych obszarów bezpieczeństwa.

Te treści oczywiście uderzają w rządzących, obnażają ich, ale chodzi tu przede wszystkim o państwo, a nie partię X czy Y. Często słyszymy od polityków, czy dziennikarzy mainstreamu, że przekaz płynący z naszych książek jest zbyt skomplikowany dla wyborców, ale to nieprawda. Te pozycje niezależnie od swojego skomplikowania spotykają się z bardzo żywym odbiorem w całej Polsce, także w mniejszych miejscowościach. Ten odbiór nie zawsze jest pozytywny, czasem ktoś przychodzi, żeby wyrazić swoje wątpliwości, ale nigdy nie spotkaliśmy się z agresją. Wniosek, który dla mnie z tego płynie jest taki, że jeśli traktuje się ludzi poważnie, a nie myśli tylko o tym, co mogłoby ich zaszokować, to oni także traktują nas i to, co komunikujemy poważnie.

Klasa polityczna jest gotowa na poważne traktowanie wyborców?

Dziś klasa polityczna reaguje wyłącznie, jeśli jest naciskana przez opinię publiczną. I o wytwarzanie tego nacisku – przez pracę u podstaw – właśnie nam chodzi. Politycy muszą usłyszeć od swoich wyborców, że ci chcą bezpiecznego państwa, odpornego na ingerencję wrogich sił zewnętrznych, że chcą policji służącej wspólnocie, a nie partii rządzącej, że chcą sprawnego, profesjonalnego wojska, bezpieczeństwa zaopatrzenia w wodę, energetyki wytwarzającej prąd bez trucia nas spalinami węgla. Nasi autorzy zwracają się do Polaków, opisują problemy, diagnozują, czasem próbują podsunąć receptę. Reszta w rękach czytelników-wyborców i naciskanej przez nich klasy politycznej.

Jan Rojewski

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com