Telewizja pokazała (583)

23.03.2020

Prezydent Duda prowadzi nachalną i infantylną kampanię wyborczą. Tworzy się wrażenie, że wszystkim w kraju dowodzi. Opowiada, co uzgodnił z przywódcami innych państw, ale takie uzgodnienia należą do prerogatyw premiera, a nie prezydenta. Pokazuje się w zakładzie produkującym środki odkażające i zapewnia, że tych środków nie zabraknie. Zwołuje radę gabinetową, ale decyzje przecież i tak nie należą do niego. Załatwia narodowi odpowiednie środki, żeby naród nie zginął itd. I ględzi, ględzi, ględzi. Jeżeli taka działalność okaże się skuteczna i znowu zostanie wybrany to widać, że Polacy na więcej nie zasługują. Może dowiedzą się z czasem, co należy do zadań prezydenta?

Obraz może zawierać: 1 osoba, tekst „POLSKA KRONIKA FILMOWA Umiłowany Przywódca Andrzej Duda, który z gospodarską wizytą odwiedził PKN Orlen, udzielił kierownictwu rad rad na temat optymalizacji instalacji systemów rektyfikujących destylat oraz ustawienia większej wydajności stacji mieszalników Narodowego Płynu do Dezynfekcji!”
Wybawco...

Szkło Kontaktowe po kolejnym orędziu prezydenta:

Prezydent zapomniał przypomnieć o myciu rąk.

Kiedyś w PRL wynoszono na piedestał klasę robotniczą – miała zdrowy kręgosłup i niezawodny proletariacki charakter oraz inne pozytywne cechy. Teraz mamy nowego idola – suwerena. I tak się składa, że do tego suwerena politycy mówią jak do prymitywnego dziecka, wciskają mu kłamstwa i boją się mówić prawdę.

* * *

Epidemia koronawirusa wprowadza zmiany. Okazuje się, że w wielu przypadkach nie trzeba przychodzić do pracy czy do szkoły – jeżeli jeszcze poprawi się sprzęt techniczny, to wiele osób nie będzie musiało wychodzić w takich celach z domu a nauczyciele czy przełożeni będą mieli wgląd w ich działalność.

To zagrożenie świetnie wyczuł Kościół i przeciwstawia mu się. Jeżeli wierni uświadomią sobie, że mogą zwracać się do Boga bezpośrednio i że rytuały nie są tak ważne, jak stan ducha, to kasta kapłańska stanie się zbędna w takiej postaci, jak to ma miejsce obecnie.

C:\Users\Piotr\Pictures\Saved Pictures\Kościół - Tischner.jpg

* * *

Arkadiusz Modzelewski mieszka w Bonn, studiuje, pracuje w Kolonii. Uznał, że polski rząd lepiej postąpił niż niemiecki w sprawie koronawirusa, bo wprowadził lepsze środki ostrożności, więc postanowił wrócić do Polski, żeby być razem z rodziną w Łomży.

W samolocie ktoś obok niego kaszlał, a on sam poczuł się niedobrze, bolała go głowa i był osłabiony. Na wszelki wypadek zadzwonił do szpitala w Chorzowie, a tam poradzili mu, żeby odbył kwarantannę. Pan Modzelewski nie miał gdzie odbyć kwarantanny w Katowicach; poradzono mu, żeby sam sobie radził z dojazdem do Łomży.

Zadzwonił do Sanepidu w Warszawie, ale usłyszał, że na linii oczekuje ponad 50 osób i że ktoś do niego oddzwoni. Nikt nie oddzwonił.

Była sobota wieczór, więc przenocował w hotelu. Objawy się nasiliły, pojawiła się gorączka. Rano pojechał pociągiem, na szczęście pustym, więc nikogo nie zaraził. Zadzwonił do szpitala w Łomży, a tam mu poradzono, żeby na wszelki wypadek udał się do szpitala.

W szpitalu pobrano próbkę do badań, był bardzo dobrze traktowany, ale na wynik czekał trzy dni – podobno dlatego, że zamknięto laboratorium PZH w Warszawie, bo laboranci mogli zarazić się wirusem. W końcu okazało się, że ma tylko grypę, więc udał się do domu.

Ciekawe, czy są jakieś środki ostrożności w przypadku ludzi chorych na grypę? Czy odkaża się pokoje w hotelach, pociągi? Ostatecznie na grypę umiera sporo osób.

* * *

Taka kraina ...

* * *

Powiem więc, że w roku od narodzenia Pana naszego, Jezusa Chrystusa, tysiąc trzysta czterdziestym ósmym, w sławnym mieście Florencji, klejnot miast włoskich stanowiącym, wybuchła zaraza morowa, sprowadzona wpływem ciał niebieskich albo też słusznie przez Boga zesłana dla ukarania grzechów naszych. Mór zaczął się na kilka lat przedtem na Wschodzie i spowodował tam wielkie spustoszenia. Powoli, z miejsca na miejsce się przenosząc, zaraza do krajów zachodnich dotarła. Zapobieżenia ludzkie na nic się wobec niej zdały. Nie pomogło oczyszczanie miast przez ludzi do tego najętych, zakaz wprowadzania chorych do grodu, różne przestrzeżenia, co czynić należy, aby zdrowie zachować, ani też pokorne modlitwy, procesje i wszelkie pobożne dzieła.

Tak zaczyna się tekst „Dekamerona” Boccaccia.

Towarzystwo siedmiu dam i trzech panów wyniosło się z miasta do ładnego miejsca, a tam przez dziesięć dni zabawiało się opowieściami.

Dziś, zamknięci często w domach, ale kontaktując się ze sobą przez internet, jakie to mądrości chcielibyśmy przekazać innym? Jaką opowieścią się podzielić i kto chciałby jej wysłuchać?

Podzielę się opowieścią z czasów wojny. Opowiedziała mi ją mama.

Działo się to w Kazachstanie, gdzie trafili moi rodzice, ewakuując się ze Lwowa po wybuchu wojny między Niemcami i Związkiem Radzieckim. Kto zna choć trochę historię, ten wie, jakich cierpień doznali mieszkańcy Kraju Rad, jaka panowała tam bieda, zaostrzona jeszcze przez wojnę.

Któregoś dnia jedna z młodych kobiet, znajoma rodziców, Tania Pogoriełowa, była w mieście i zobaczyła, jak prowadzono kolumnę niemieckich jeńców. Wszyscy stali w milczeniu i przyglądali się Niemcom. Jeńcy byli wynędzniali. I wtedy Tani zrobiło się ich żal, podeszła do kolumny i jednemu z jeńców dała swój przydziałowy chleb. Ten, kto wie, czym był wtedy chleb w tym kraju i jakich okrucieństw dopuszczali się niemieccy żołnierze, doceni ten niesłychany przejaw człowieczeństwa.

Kiedy czytam lub słucham mów nienawiści, wygłaszanych przez naszych ciemnych polityków pod adresem Rosjan, przedstawiających ich jako potwory, które od pokoleń myślą tylko jak zrobić krzywdę innym, a przede wszystkim Polakom, przypominam sobie Tanię Pogoriełową. I wiele innych opowieści o wspaniałych zwykłych ludziach, dzięki którym moim rodzicom udało się przetrwać w tych strasznych czasach.

* * *

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zaprezentował filmik nagrany przez 59-letnią Wietnamkę mieszkającą w Polsce. Rzecz działa się w Łukowie. Wietnamkę napadły nastolatki, obrzuciły kamieniami i kawałkami drewna. Wołały: „Koronawirus!”, „Trzeba cię wyrzucić, kurwo, z Łukowa!”, „Spierdalaj, Chinko jebana!”. Nikt nie zareagował.

Ciekawe jak będzie w tym roku wyglądał Marsz Niepodległości. Bo przecież wciąż walczymy o niepodległość.

* * *

Zbliża się fala zachorowań spowodowanych koronawirusem. U nas, podobnie jak w innych krajach, działania zapobiegające są spóźnione. Prezydent i premier zapewniali, że od miesięcy szykowaliśmy się na przyjęcie epidemii, ale jeśliby tak było, to mielibyśmy chociaż dostateczną ilość masek, rękawic, fartuchów, kombinezonów, a personel odbyłby szkolenia. Dodatkowo służba zdrowia jest od lat w coraz gorszej sytuacji. Brak lekarzy, pielęgniarek, odpowiednich pomieszczeń szpitalnych, sprzętu.

Obrazy z Włoch są przygnębiające. Tłumy chorych, brak respiratorów, lekceważenie przez ludzi nakazów izolowania się. Chorzy z koronawirusem leżą na korytarzach. Włosi sięgnęli do rezerw – wezwali na pomoc lekarzy emerytów. U nas już nie ma takich rezerw, bo lekarze emeryci pracują. A głupota i lekkomyślność niektórych ludzi może nie jest tak spektakularna, jak we Włoszech, ale chyba tylko dlatego, że u nas wciąż jest mniej zachorowań. Lekarka z koronawirusem, zamiast siedzieć, jak polecono, na kwarantannie, przyjmowała i zarażała pacjentów. Chora pani, oburzona tym, że jej podano w szpitalu mięso (jest wegetarianką), uciekła ze szpitala i pojechała do innego miasta i tam się zgłosiła ze skargą. Wiele osób nie przestrzega kwarantanny. Młodzi ludzie zbierają się w grupach, bo są przekonani, że im nie grozi choroba lub że przebiegnie ona łagodnie, co nie jest prawdą, a w dodatku nie myślą o tym, że chorując, zarażą innych.

Co będzie ze „zwykłymi” chorymi, wymagającymi zabiegów lekarskich, opieki i sprzętu?

Władza ciągle postępuje jak dotychczas – żadnych ustępstw opozycji. Kiedy w senacie miano dyskutować o poprawie specustawy dotyczącej koronawirusa, opozycja zgłosiła punkt dotyczący cotygodniowego badania pracowników służby zdrowia, żeby można było w porę wychwycić zakażenie. Senatorowie PiS opuścili wtedy obrady, uniemożliwiając uchwalenie takiej poprawki. Prezydent Duda prowadzi uporczywie kampanię, a władza udaje, że wszystko na razie jest w porządku, więc nie ma potrzeby przekładać terminu wyborów. Mają gdzieś to, że opozycja nie może prowadzić kampanii, żeby nie narażać ludzi na niebezpieczeństwo. Zamknięte są zakłady pracy, szkoły, zaleca się ludziom pozostawanie w domach. Najprawdopodobniej będą musieli przełożyć termin wyborów, bo skąd weźmie się tysiące chętnych do siedzenia w komisjach i jak mieliby obywatele głosować tak, aby się nie gromadzić. Ale najważniejsze, żeby Duda mógł dalej odwalać propagandę, zachwalając siebie i PiS.

* * *

Władze pochwaliły się akcją „Powrót” – organizacją powrotu Polaków zza granicy do kraju. Zorganizowano loty czarterowe z różnych części świata.

Dziennikarka utknęła w Australii. Przez kilka dni nie udało jej się ustalić ani w LOT, ani w konsulacie czy będzie jakiś czarter, czy też powinna lecieć np. do Dubaju, czy Bangkoku i stamtąd starać się o lot do Polski.

Inna Polka leci ze Sri Lanki – płaci tyle za przelot, co za bilet powrotny. W samolocie tłok. Obok kaszląca dziewczyna, która była niedawno we Włoszech.

Lot z Teneryfy. Tłok w autobusie wiozącym pasażerów do terminalu. W hali już kilkuset pasażerów z poprzedniego rejsu. Po kilku godzinach czekania pasażerowie rozjeżdżają się do domów w różnych częściach Polski. Jeżeli był tam ktoś zarażony wirusem, to miał szansę przekazać go wielu osobom.

Wszędzie tłok, procedura epidemiologiczna to ściema — nikt nie sprawdza, co wypisano w kartach.

To tylko wyjątki z relacji świadczących o bałaganie i lekceważeniu procedur. Rząd sprowadził dotychczas w ten sposób 18 tys. Polaków. Kilkaset tysięcy wróciło na własną rękę różnymi środkami komunikacji. Czekamy na relacje o zachorowaniach. Albo na krzepiące zapewnienia premiera i prezydenta.

* * *

Wszystko robi się z marszu, a przecież chodzi o działania wymagające wielkiej wiedzy i precyzji w stosowaniu procedur. Pielęgniarka opowiada, jak z marszu przeznaczono ich oddział na zakaźny dla pacjentów z koronawirusem. Fragmenty wywiadu:

Przeszkolenie to bardzo duże słowo. Odwiedziła nas osoba, która na co dzień nie pracuje z nami, lecz w innym szpitalu zakaźnym. Poprowadziła spotkanie informacyjne na temat wirusa — czym jest, jak się szerzy… Pokazano nam, jak wygląda kombinezon, ale bez żadnej instrukcji obsługi. Zabrakło odpowiedzi na najważniejsze pytania: o śluzy i specyfikę wejść do pacjenta, środki dezynfekujące, ale głównie o kombinezony — o sposób ich zakładania i zdejmowania.

I to wszystko?!

Początkowo tak. Zaczęłyśmy wówczas działać na własną rękę: dzwoniłyśmy do znajomych ze szpitali zakaźnych i starałyśmy się dowiedzieć, jak to wszystko wygląda. Wtedy okazało się, że inne szpitale przekształcone w zakaźne miały takie „szkolenia” i również szukały odpowiedzi na podobne pytania.

Ile to szkolenie trwało?

Łącznie z przekrzykiwaniem się, dezorganizacją i chaosem, to może trzydzieści czy czterdzieści pięć minut, a przekazywanie stricte merytorycznej wiedzy na pewno nie więcej niż piętnaście.

Dopiero później koledzy z epidemiologii poprowadzili nam wewnętrzne szkolenia z zakładania i zdejmowania kombinezonów oraz sposobów zachowania się przy pacjencie. Przechodzimy je od kilku dni. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że czerpiemy od kolegów bardzo dużo wiedzy. Rekompensuje to w pewien sposób pierwotny chaos. Przyznam, że na początku każdy z nas myślał, że zostaniemy pozostawieni samym sobie. A świadomość, że trzeba się nauczyć zakładać kombinezon w ciągu kilku dyżurów lub do momentu pojawienia się pierwszego pacjenta, jest paraliżująca.

Czego zabrakło jeszcze?

To moje subiektywne wrażenie: zabrakło empatii, zrozumienia i czasu. Tak wiem – w dobie epidemii myślę o empatii… Ale dla osób, które nigdy nie miały do czynienia z bardzo restrykcyjnymi procedurami, obowiązującymi w szpitalach zakaźnych wszystko jest nowe i niewyobrażalne! Podam pani przykład: podczas zwykłego dyżuru lekarskiego zaleca się badania w zależności od potrzeb. Wielokrotnie jest tak, że lekarz po piętnastu minutach przypomina sobie, że od pacjenta trzeba jeszcze pobrać dodatkową próbkę i prosi pielęgniarkę, by to zrobiła. Tam zaś każdy pobyt przy pacjencie ma być bardzo krótki, a każda czynność musi być wykonana z ogromną precyzją. Nie wyobrażam sobie pobierania krwi w kombinezonie i trzech parach rękawic. Mogę ocenić, że szkolenie teoretyczne zostawiło więcej pytań, niż odpowiedzi.

O błąd jest niezwykle łatwo! Kombinezony są sztywne, naprawdę bardzo ciężko się nimi manewruje.

Jestem osobą wykształconą, ale nigdy nie szkoliłam się w zakresie epidemiologicznym. Nigdy nie pracowałam w szpitalu zakaźnym. Podobnie moje koleżanki i koledzy — czy to pielęgniarki, czy lekarze. Do tej pory wykonywaliśmy zupełnie inną pracę. Osoba, która prowadziła przeszkolenie, nie odpowiedziała konkretnie na nasze pytania. Różnice między specyfiką pracy w szpitalu zakaźnym a wielospecjalistycznym są olbrzymie! Zarówno pod względem wyposażenia takiego szpitala, jak i samej jego budowy np. specjalistycznych śluz. Obawiam się, że nie uda mi się uniknąć zarażenia.

Zdolnych do pracy pielęgniarek i lekarzy będzie szybko ubywało, bo jest olbrzymie zagrożenie zarażenia. Paradoksalnie, bardziej obawiam się o znajomych z niezakaźnych szpitali — oni nie będą wiedzieć, że mają do czynienia z pacjentem z koronawirusem. My przynajmniej znamy zagrożenie i mamy odpowiedni sprzęt. Ogólnie kombinezonów jest za mało, ale przynajmniej na razie powinno nam wystarczyć. A jak będzie później? Wszystko zależy od rozwoju sytuacji.

Co jest dla pani osobiście w tym najgorsze, najtrudniejsze?

Życie na bombie. Czekam na telefon, aż zostanę wezwana na dyżur do pacjenta z koronawirusem. Bo nie wiem, nikt nie wie, kiedy to nastąpi. Nasz oddział zmienił profil, tak jak większość oddziałów, więc nie chodzę do pracy codziennie. Moje koleżanki niestety masowo biorą zwolnienia, bo tak się boją. To są kobiety po pięćdziesiątce oraz emerytki, obciążone kardiologicznie, neurologicznie, więc znajdują się w grupie ryzyka. Nie dziwię się — ta niepewność przyszłości jest najgorsza.

Stan na dziś jest taki, że mamy minimalną wiedzę praktyczną i czekamy.

Na pewno nie grozi państwu zamknięcie zakładów pracy.

Ale będzie kiepsko również, jeśli chodzi o finanse. Mówi się coraz głośniej o zakazie migracji personelu medycznego celem uniknięcia zakażeń. To znaczy, że jeśli pracujemy w szpitalu dedykowanym, nie powinniśmy pracować nigdzie indziej. Ale jakim cudem, jeśli często połowa naszych dochodów pochodzi z innych szpitali? Właśnie teraz zostanie obnażona cała niewydolność w kadrach pielęgniarskich. Przecież od lat mówimy o tym, że ciągniemy na kilku kontraktach po dwieście czy trzysta godzin.

Widzę teraz ogromne błędy systemu ochrony zdrowia. My się nie przygotowywaliśmy na takie sytuacje. Na studiach były wzmianki o epidemiach, ale zero praktyki. Chcemy w trzy dni tworzyć działające prężnie szpitale zakaźne, które powinny być tworzone latami. Żeby być gotowym na bardzo ostrą i skuteczną walkę z przeciwnikiem, jakim jest koronawirus, powinniśmy pomyśleć o tym wiele lat wcześniej.

PIRS

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com