Ernest Skalski: Tu chodzi o życie

10.04.2020

Jeśli nie zależy ci na życiu i zdrowiu twoim i twoich bliskich, to:



weź udział w korespondencyjnych wyborach w maju,

pakuj koperty i noś je tam i z powrotem,

otwieraj koperty i licz głosy!

PO i cała opozycyjna część sceny politycznej o wyborach pisze i mówi dużo i dobrze. Różnorakie materiały, podejście z różnych stron. Utwierdzają w wierze, dostarczają argumentów.

Jest jednak wielka część wyborców, do których nie docierają kwestie prawne, polityczne etc., bo to dla nich abstrakcja. A zagrożenie życia i zdrowia już nie. Nawet jeśli ich mało wśród „naszych”, to chyba warto mieć wszędzie; na bilbordach, ulotkach, we wszystkich sprzyjających mediach, sieci, reklamach wyborczych, stałą prostą, rzucającą się w oczy tabelę o tym, czym grożą majowe wybory.

I chyba to powinno dominować w tym czasie.

Stąd powyższe hasło – wezwanie.

Niepoważne? Możliwe. Ale to może wywrzeć większe wrażenie niż – z całym szacunkiem – argumenty profesorów, Zolla, Safjana, Strzembosza.

1 – Mój szkolny kolega – matura 1952 – emerytowany profesor fizyki na wschodnim wybrzeżu USA przysyła mi, co następuje: „…szczegóły w sprawie zarażania listów i innych przedmiotów. To są te pytania najczęściej zadawane w związku z wirusem. Odpowiedzi na podstawie informacji z Fed. Agencji Leków FDA i Centrum Kontroli Chorób USA CDC (nie chce mi się tłumaczyć i myślę, że nie potrzeba – es):

 It’s one of the most frequently asked questions we’re getting — how long can #covid19 live on different surfaces? Based on data from the CDC and FDA, here are the answers:

cid:1715d2ceca14cff313

 Na papierze wirus „żyje”, czyli trwa, 4-5 dni!

cid:1715d2cec9f8a49d6c21

Gazety, czasopisma: do 5 dni. Listy więc też. Jest wielka niepewność tych danych, ale wobec tego FDA i CDC podają górne granice czasu szkodliwości przedmiotów.

 2Zgodnie ze sztuką sięgam po drugie źródło. Ekonomista, publicysta, z długą praktyką biznesową na poważnych stanowiskach w USA. Aktualnie Kalifornia :

In an experiment that might better mimic the effect of sneezing on a letter, researchers from Hong Kong University pipetted droplets of SARS-CoV-2 onto various surfaces. Their results, which have not yet been peer reviewed and do not include details on temperature and humidity conditions, found no infectious virus left on paper after three hours — although, alarmingly, a significant level could be detected on the outer layer of a surgical mask after seven days.

The bottom line is that there is some hypothetical risk of viable viruses surviving on mail,” Dr. Lloyd-Smith said. “But given the time periods involved, this seems like a pretty minimal risk to the general public.”

How long can the coronavirus that causes COVID-19 survive on surfaces?

A recent study found that the COVID-19 coronavirus can survive up to four hours on copper, up to 24 hours on cardboard, and up to two to three days on plastic and stainless steel. 

The researchers also found that this virus can hang out as droplets in the air for up to three hours before they fall. But most often they will fall more quickly.

There’s a lot we still don’t know, such as how different conditions, such as exposure to sunlight, heat, or cold, can affect these survival times.

As we learn more, continue to follow the CDC’s recommendations for cleaning frequently touched surfaces and objects every day. These include counters, tabletops, doorknobs, bathroom fixtures, toilets, phones, keyboards, tablets, and bedside tables.
If surfaces are dirty, first clean them using a detergent and water, then disinfect them.

Source: health.harvard.edu, April 8, 2020

Gdy szukałem coś o papierze, na stronie WebMD znalazłem następujące zdanie:

Paper. The length of time varies. Some strains of coronavirus live for only a few minutes on paper, while others live for up to 5 days.

Czyli różne odmiany od kilku minut do aż do 5 dni.

WYBORY DURNIU!

Tzw. ludzie, publicyści, politycy różnej maści oburzają się: ludzie chorują i umierają, gospodarka się wali, a IM chodzi tylko władzę. Każda szanująca się osoba publiczna uważa, że w tej strasznej sytuacji wybory to trzeciorzędna sprawa. Gówno prawda! Wybory są pierwszorzędną sprawą, nie tylko dla nich. Bezpośrednio mogą zadecydować o życiu bądź śmierci, jakiejś ilości osób i o życiu nas wszystkich w dosyć długim czasie. Piszę o tym do mojej Gazety Wyborczej, lecz PT. Współautorom Czytelnikom naszego Studia chcę to przedstawić nieco wcześniej. Główne przesłanie; rządy PiS, wydawałoby się, są wystarczającym nieszczęściem, lecz okazało się, że może być jeszcze gorzej. Synergia: Kaczyński plus wirus to już jest do zniesienia.

To zło, jak każde wielkie zło jest zróżnicowane jakościowo i stopniowalne, co to trzeba uwzględniać, gdy się z nim walczy. Jeśli zło nas uderza, to nic nie daje próba zachowania splendid isolation, aby się nie paskudzić dotykiem, widokiem, zapachem zła i jego eksponentów. Chowasz głowę, dostajesz w dupę. Musisz wiedzieć, z jakim rodzajem zła i z jakimi jego ludźmi masz do czynienia. Czy to ktoś, kto cię może oszukać, czy ktoś, kto cię może zabić, jeśli mu to się będzie kalkulować? Ale i to daje większe szanse przeżycia niż interakcja z uczciwym do bólu ideowcem, który cię musi zabić ad maiorem gloriam Dei, czy dla dobra całej ludzkości. Tę nadrzędne cele, idee, mogą być różne. Dla Kaczyńskiego jest to jego władza, w miarę możności absolutna.

Po długim ciężkim życiu, paśmie upokorzeń i rozczarowań, przekroczył pięć lat temu Rubikon, budował wreszcie swoje imperium, znalazł się już blisko szczytu i teraz czuje, że się zeń zsuwa. Wie, że kolejny raz już się nie podniesie. Jest jak stary tygrys-samotnik niebezpieczny dla wszystkich. Również dla swych najważniejszych współbojowników

Ci sprytni, którym trzeba patrzeć na ręce, pierwsi wiedzą, że wokół szefa robi się nieciekawie. Ci brutalni dochodzą do tego nieraz za późno. I bywają zbyt umoczeni w mokrej robocie. To jak Gowin i Ziobro. A inteligentny przeciwnik wie, że gwałtowny upadek dyktatury bywa niebezpieczny dla wszystkich. Pamięta wypowiedź Buthulezi, plemiennego szefa Zulusów w RPA: Wszyscy chcemy upadku Apartheidu, nikt nie chce zginąć pod jego gruzami. I dlatego woli krok po kroku osłabiać reżim, odciągając i przyciągając z jego obozu, w kolejności: wpierw chytrych, potem brutalnych.

Prostolinijny i mniej inteligentny przeciwnik reżimu nie różnicuje i nie stopniuje zła. Potępia wszystkich jak leci, z nikim skażonym nie ma kontaktów, nikomu z nich niczego dobrego nie proponuje, a wszystkim grozi. Skłania więc wszystkich w rozpadającym się obozie do trzymania się razem, co tylko umacnia zło.

Powyższa opcja przeważa w demokratycznej opozycji. A mając przeciwnika, czy to w szachach, czy w totalnej wojnie na wyniszczenie, trzeba go nie tylko osądzać, lecz umieć się zobaczyć w jego położeniu. Wiedzieć, jakie są jego warunki brzegowe, poza które on na pewno nie wyjdzie, dopóki nie zostanie zdruzgotany. A na to się teraz nie zanosi. Otóż ta władza, nieprzymuszona, nie odda prezydentury. Jeśli jej nie obroni w maju, kiedy ma decydują przewagę, to nie można naiwnie liczyć, że dopuści do wyborów jesienią, kiedy nieuchronnie zapanuje atmosfera rozliczeń. A boi się również tego samego wiosną przyszłego roku. Opozycja naiwnie liczy, że PiS zaakceptuje perspektywę swojej przegranej za pół roku albo za rok.

Patrzeć i myśleć

Obok braku namysłu nad ruchami przeciwnika występuje w opozycji brak prawdziwego zainteresowania nim samym. Na taki luksus można sobie pozwolić, mając nad nim druzgocącą przewagę. Mimo braku tej przewagi demokratyczna opozycja — i to głównie chyba PO — pozwala sobie na zawężanie oceny obozu władzy do aspektów moralnych, godnościowych, historycznych itp. Towarzyszy temu doprowadzany do wariactwa w warunkach walki politycznej, krytycyzm wobec siebie i publiczne oskarżanie się nawzajem przez części opozycji.

Potępianie złego pozwala na poczucie dobrze spełnianego obowiązku, ale jest to droga donikąd, bo postrzega władzę jako zwarty monolit zła, choć jest to zbiór bardzo zróżnicowany wewnętrznie. Dostrzeżenie tego i próba spożytkowania tych różnic jest sposobem osiągnięcia czegoś w polityce.

Władza to ludzie. Ci, którzy bezpośrednio rządzą i ci, którzy obsiedli synekury w spółkach skarbu państwa, w rozgałęzionej biurokracji, w mediach czy nawet na skromnych posadach, które są rarytasem na prowincji. To już duża warstwa społeczna, która je z ręki władzy.

Ta władza się boi. W demokracji sprawujący władzę politycy mogą się bać przejścia do opozycji, ale to nie jest strach egzystencjalny. Natomiast państwo autorytarne, jakim staje się Polska we władzy PiS, dba, aby mieli się naprawdę czego bać ci, którzy czują się od niej zależni. Kaczyński, podobnie jak Orban, Erdogan, Putin i Łukaszenko jest w tym skuteczny, kiedy już nie obiecuje złotych gór, lecz straszy tym, co się straci wraz z jego odejściem. Cóż więc może osiągnąć słaba opozycja, strasząc całą tę klasę?

Powinna mieć rozeznanie w obozie władzy, wiedzieć kto w nim jest słabym ogniwem i pokazać mu możliwość funkcjonowania poza byciem w lojalnej służbie PiS. Jedni w niej, w obliczu ataków, dorabiają sobie moralne uzasadnienie swego trwania, inni zaczynają się wstydzić. A wstyd – zauważył Marks – to rewolucyjne uczucie.

By się odwołać do strachu pozostawania przy władzy jednych i do poczucia przyzwoitości innych, trzeba koniecznie zmienić język. I to powinno być zadaniem opozycyjnych liderów oraz opinion makers. A oni sami podkręcają się nawzajem, w ostrych, wulgarnych obelgach i oskarżeniach, w zapowiedziach straszliwych kar. Jest to przekaz bezsilnych, pozwalający odreagować poniżenie i … pozostać bezsilnym, nawet mając istotne atuty w ręku.

Opozycja powinna dostrzec, że rok 2020 jest trudny i niebezpieczny również dla władzy. Funkcjonowanie z coraz groźniejszą pandemią przerasta jej możliwości. Forsowanie wyborów w maju wywołuje opór trzech czwartych społeczeństwa. Praktycznie taki sam jest ten wskaźnik wśród potencjalnych wyborców Dudy, którzy chcieliby go wybierać, ale w innym terminie. Lecz opozycja, napędzana samozadowoleniem ze swojej moralnej postawy, nie jest w stanie dostrzec i wykorzystać możliwości poprawy swojej pozycji kosztem władzy. Nie zawsze przy tym daje się, czy nawet trzeba, przeciągnąć kogoś od przeciwnika na swoją stronę. Neutralizacja to też jest korzyść. Może być wskazane nawiązanie z kimś kontaktu i porozumienie na jakimś odcinku.

Jasne, że teraz chodzi tu o Gowina i jego Porozumienie. Po ocenie tego, jak mu poszło, mogą się tam pojawić się – lub nie – dysydenci układu.

Odważny i bojący

W Zjednoczonej Prawicy nie tylko Gowin ma powody do strachu, ale to on, okazał się pierwszym odważnym z liderów obozu, który publicznie postawił się Kaczyńskiemu. Zalicytował ostro, nie mając pokrycia w trzymanych przed sobą kartach. Traktowany był jako ten, kto ze swoją osiemnastką posłów w koalicji może pozbawić Kaczyńskiego nikłej większości sejmowej, czyli odebrać mu decydujące ogniwo władzy! Oczywiście za bardzo duże profity.

W świecie realnej polityki trudno znaleźć cenę, której nie warto by było zapłacić za taką zmianę. Zrozumiał to Bogdan Borusewicz i wystąpił z pomysłem, by zaproponować Gowinowi stanowisko premiera większościowej koalicji, która z opozycyjnej stałaby się rządzącą, mając i Sejm i Senat. Był to jednak pomysł zbyt dobry jak na polityczne kwalifikacje opozycji. I niebezpieczny dla Gowina, który nie mógł być pewny wierności swych osiemnastu szabel.

Lider Porozumienia, ongiś minister w rządzie Donalda Tuska, już dawno był udowodnił, że nikt nie można liczyć na jego stałość, że potrafi radykalnie zmienić opcję polityczną, jeśli się to mu kalkuluje. A kalkuluje ostrożnie. Głosuje, lecz w scenicznej pozie, jakby Rejtana, pokazuje, że „się nie cieszy”. W proteście przeciw wyborom w maju opuszcza rząd, rezygnując ze stanowiska wicepremiera i ministra, lecz zostawia w nim i w koalicji rządzącej swych ludzi. Pewno wie – jak król z „Małego Księcia” – że „jego” są ci ludzie, dopóki nie każe im robić czegoś wbrew nim. To wyznacza jego możliwości na przyszłość. Jest zręcznym gabinetowym politykiem i tak też jest postrzegany. W dramatycznych okolicznościach, a w takich znajduje się Polska, rośnie zapotrzebowanie na wodzów, a za takich uchodzą bądź są nimi naprawdę, odważni, którzy potrafią zaryzykować. Spalić za sobą mosty jak Cezar. Czy jak młody generał Bonaparte, pod Arcole we Włoszech, w listopadzie 1796, ruszyć ze sztandarem do ataku na czele swych żołnierzy, nie oglądając się na nich. Opłaciło mu się. We wszystkich kampaniach żołnierze wiedzieli, że posyła ich w bój wódz, który też gotów był zginąć.

A gdyby tak Gowin zaryzykował w ciemno i ogłosił przejście „na jasną stronę mocy”? Ilu by za nim poszło jego ludzi z Porozumienia? Czy poszedłby jego śladem ktoś inny z obozu prawicy? A jakby go na tej „jasnej stronie” przyjęli? Czy aby nie tylko w worku pokutnym, boso i z głową posypaną popiołem? Do tego sprowadzała się zachęta za strony panów Budki i Sikorskiego. Ten drugi pozwolił sobie na wręcz ordynarny apel.

Na całość Jarosław Gowin iść nie zamierzał. Jarosław Kaczyński, krzywiąc się chyba teatralnie, ustąpił, godząc się na poprawkę w Konstytucji, pozwalającej Dudzie być prezydentem jeszcze dwa lata, bez prawa ponownego wyboru. Mając to, Gowin zaczął się starać, by dobrać w opozycji głosy potrzebne dla stworzenia większości konstytucyjnej. Dogadany był, na początek, z Kosiniakiem-Kamyszem.

Po ogłoszeniu w Sejmie tego pomysłu poważna opozycja mogłaby była, bez ujmy dla siebie, poprosić o czas do namysłu. Wiedziałaby, że jej udział w większości konstytucyjnej jest władzy do czegoś potrzebny. A więc ma swoją cenę i warto lub nie, się o coś targować.

Nic nie składa się z samych zalet ni z samych wad. Również i ten pomysł. Lecz zaczęło się pandemonium moralnego pryncypializmu. Była to reakcja natychmiastowa i tak spontaniczna, że pozwala myśleć, iż była zawczasu przemyślana i czekano na moment, w którym okaże się efektowna. Szeroki wachlarz polityków, cenionych publicystów, prawników-konstytucjonalistów, autentyczne autorytety; wszyscy bronią nienaruszalności konstytucji. Również Kosiniak-Kamysz odkrył w sobie niezłomność.

„Mam przeczucie…”, „Dochodzą wieści…”, „Odwracanie kota ogonem”.

To z tekstów skądinąd naprawdę poważnych publicystów, jakby chcieli oni samych siebie przekonać, że Gowin na pewno oszuka, że gra on z Kaczyńskim w dobrego i złego policjanta, że w żadnym wypadku nie należy się z nim, zadawać, bo to obciach, jeśli jeszcze nie gorzej. Jakoś nie padło słowo: sprawdzam.

Być może było nieco wyważonych wypowiedzi. Ja trafiłem tylko na Aleksandra Kwaśniewskiego, który radził, by nie odrzucać z góry ewentualnej szansy na jakieś wyjście z impasu.

A potem było pamiętne głosowanie 228 kontra 228 i taktyczne odrzucenie projektu PiS. Na krótko zresztą. Ale w tej krótkiej chwili, politykiem z prawdziwego zdarzenia okazał się Borys Budka. Wyciągnął wnioski z tego, że to jest nowa jakość, początek zwrotu, po którym Jarosław Kaczyński już nie dysponuje swobodnie ani Sejmem, ani swoim ugrupowaniem. Serdecznie podziękował wszystkim, którzy to sprawili swym głosowaniem lub zaniechaniem. Pokazuje to jakąś ścieżkę ludziom władzy. Większa jest bowiem, radość z jednego, który się choćby zbliża do nawrócenia…

Źle dla wszystkich…

Władza na wszelki wypadek forsuje jakieś szczątkowe głosowanie, jak nie na 10 maja, to może na tydzień później. Nie chcieliście Dudy plus na dwa lata? Macie na pięć! Przez tyle lat Sejm by uchwalał, Duda podpisywał, postępowałaby dalej dobra zmiana. Ludzie poszumią, ale się przyzwyczają. Czasy będą ciężkie, więc będą myśleli, jak przeżyć, a nie o polityce. Ale bardzo być może, że już się nie da spokojnie rządzić. Może się też okazać, że z tak wybranym prezydentem rozmawiać będą jedynie prezydenci Nikaragui i Południowej Osetii.

PiS zachowuje formalną pełnię władzy, ale z wirusem i bardzo dużym oporem, to risky business. Bardziej prawdopodobne, że w trakcie przygotowań do „wyborów Sasina” okaże się, że nie uda się zrealizować nawet namiastki. Ale dopóki nie miną te terminy, nie można być do końca pewnym, że czegoś takiego nie będzie.

Jeśliby absolutna niemożność tego przedsięwzięcia miała się okazać dopiero 10., czy 17 maja, Kaczyński poniósłby wielką klęskę wizerunkową, która mogłaby zachwiać jego pozycją w PiS. Raczej nie dopuści do tego. Okaże się nagle, że warunki dojrzały do wprowadzenia stanu klęski żywiołowej na konstytucyjne 30 dni. Potem 90 bez wyborów. Wypadłyby one na przełom sierpnia i września. Prawdopodobnie szanse PiS będą już słabe, lecz to można będzie przewidzieć zawczasu, a stan klęski można za zgodą Sejmu przedłużać. Art. 232 Konstytucji nie stawia tu ograniczeń.

Tu warto wyjaśnić sprawę odszkodowań za nagłaśniany zwrot za straty. Art.228. pkt. 4, Konstytucji. „Ustawa może określić podstawy, zakres i tryb wyrównywania strat…” Może, nie musi. Krajowcom, na mocy kolejnej ustawy, można będzie płacić obligacjami skarbu państwa, a z obcymi inwestorami trzeba się będzie jakoś układać. Nie tylko w Polsce ponoszą straty, więc nie bylibyśmy w tym sami. A poza tym, odszkodowań od państwa można dochodzić i bez któregokolwiek z trzech stanów nadzwyczajnych.

Gorsze by było ewentualne przeciąganie tego stanu przez nie wiadomo jak długi czas. Upodobniłoby Polskę do dyktatur w Afryce czy Ameryce Łacińskiej i utrudniłoby wszystko, co tylko można, powodując skutki, jakie by w krótszym czasie wywołały majowe „wybory Sasina”.

Naprawdę dobre wyjście? Zapomnij

Opozycja bardzo słusznie domaga się szybkiego usankcjonowania stanu klęski żywiołowej, czyli bardzo niedobrej perspektywy. Ale o wiele gorsze jest to co się teraz dzieje. Wściekła walka polityczna o termin wyborów to jeszcze większe zło. A Kaczyński nie zamierza zrezygnować nawet z najmniejszej szansy na najmarniejszy sposób utwierdzenia swej władzy, byle by to było szybko. Jak zawsze prowadzi politykę przy pomocy konfliktu, opisaną w XX wieku przez niemieckiego politologa Carla Schmitta.

W tygodniach, które teraz mijają, każdy dzień kosztuje przez tę walkę więcej zakażeń i zgonów i niepomiernie zwiększa klęskę społeczną i gospodarczą. Można, a więc i trzeba zmniejszać te szkody, nie czekając na ostateczny wynik walki o termin wyborów.

Dzień w dzień, od rana do nocy: polityka. Wśród propozycji, kontrpropozycji, głosów poparcia i sprzeciwu, jakoś nie zwróciła na siebie uwagi, ogłoszona w Onecie propozycja dwóch polityków Platformy Obywatelskiej. Poseł Paweł Zalewski i senator Michał Ujazdowski odnieśli się do pomysłu Jarosława Gowina, aby odroczyć wybory prezydenckie, odpowiednio zmieniając Konstytucję.

Ten pomysł szybko przestał być aktualny, lecz propozycja obu parlamentarzystów wychodzi poza sprawy czysto polityczne. Proponują oni by partie polityczne, różne, najlepiej wszystkie, porozumiały się w sprawie utworzenia wspólnego ciała – komitetu, komisji, zespołu, kolegium – tylko do planowania i koordynowanie spraw związanych z wirusem. Polityka antywirusowa powinna być dla wszystkich polityków najważniejszym, najlepiej wspólnym, zadaniem, a nie obszarem konkurencyjnych pomysłów, sporów, wzajemnych oskarżeń. Pomysł polityków Platformy mógłby się stać propozycją – nie do odrzucenia? – opozycji, od której 60 procent badanych oczekuje większej współpracy z rządem w walce z zarazą.

Rób co możesz, a będzie…?

Obecnie sytuacja nie wskazuje na żadną możliwość porozumienia w jakiejkolwiek sprawie, ale polityka zmienna jest.

Może mogłaby już teraz ukonstytuować się i działać międzypartyjna instytucja ds. walki z pandemią, proponowana przez pp. Ujazdowskiego i Zalewskiego. Tworzący ją posłowie mogliby zgłaszać opracowane przez nią projekty ustaw, związanych z obszarem kompetencji tego ciała. Na przykład:

– Dopasowanie, na podstawie PIT-ów, pomocy socjalnej – 500+, 13. i 14. emerytury – do sytuacji materialnej zainteresowanych. Monitorowanie bieżącej sytuacji w związku z pandemią, w poszczególnych miejscach, działach gospodarki, grupach społecznych i zawodowych, by wiedzieć, dokąd kierować środki pomocowe i doradzać podjęcie odpowiednich decyzji władzom.

– Zajęcie się wzrostem przemocy domowej i nadzorem nad związanymi z tym działaniami policji, straży miejskich, żandarmerii i prokuratury, proponowanie bieżących rozwiązań.

– Przeciwdziałanie rosnącym nierównościom społecznym związanym ze zdalną nauką w szkołach. Wyposażanie najbardziej poszkodowanych w tablety, traktowane na równi z doposażaniem służby zdrowia. Z tym, żeby w dalszej perspektywie wszyscy uczniowie zostali wyposażeni w tablety, mieszczące komplet podręczników, ciężaru noszonego między szkołą i domem.

– Propozycja ustawy o natychmiastowym zaprzestaniu wszelkich prac i rozwiązaniu wszystkich instytucji związanych z centralnym lotniskiem, budową i przebudową dla jego potrzeb sieci komunikacyjnej oraz z przekopywaniem Mierzei Wiślanej. Wszystkie środki na te cele miałyby być przekazane na walkę z pandemią. Dopiero po usunięciu spowodowanych przez nią szkód, można by powrócić do zawieszonych projektów, jeśli zostaną sporządzone rzetelne biznesplany.

Nie wszystkie te inicjatywy byłyby podjęte, zapewne doszłyby inne. W sumie bardzo dużo roboty, lecz posłów mamy 460 na 38 milionów ludności, podczas gdy Stanom Zjednoczonym wystarcza 435 na blisko dziesięć razy większą populację. Sporo naszych to nieprzesadnie aktywne „szable”. Mieliby się teraz czym wykazać.

I jak jesteśmy przy Stanach: Izba Reprezentantów USA powołała tzw. komisję Schiffa dla bieżącego obserwowania, jak rząd walczy z pandemią i oddzielną komisję, którą kieruje speaker Izby Nancy Pelosi dla nadzoru wydawania pieniędzy na tę walkę. Zaś „Washington Post” proponuje już teraz powołać komisję oceny, co i jak było zrobione. Ona by od razu zobowiązała wszystkie urzędy do zachowania całej bieżącej dokumentacji. Do przemyślenia. W Polsce opozycja mogłaby doprowadzić do powstania tego rodzaju komisji w Senacie, ale miałyby one sens tylko z udziałem strony rządowej. Mogłyby też być wyłonione przez tę wspólną instancję przeciwwirusową.

Współdziałanie przeciwników politycznych wynikałoby za zrozumienia, że nawet ostra walka polityczna nie musi być na każdym odcinku grą o sumie zerowej. Jak dotąd jest grą o sumie ujemnej i ten minus szybko się powiększa. Zwłaszcza w warunkach zarazy.

Obie strony tracą i nie ma sensu gra na wyniszczenie: kto straci więcej.

Trzeba sobie zdawać sprawę, że ze złej sytuacji nie ma szybkiego dobrego wyjścia. Takie wyjścia są często gwałtowne; a przewroty, rewolucje, wojny są większym nieszczęściem niż zło, przeciw któremu wystąpiły.

Ernest Kajetan Skalski

(ur. 18 stycznia 1935 w Warszawie) – dziennikarz i publicysta,
z wykształcenia historyk.

Print Friendly, PDF & Email

16 komentarzy

  1. Yac Min 10.04.2020
  2. PIRS 10.04.2020
    • Ernest Skalski 10.04.2020
      • PK 15.04.2020
    • Mr E 11.04.2020
      • PIRS 11.04.2020
  3. slawek 10.04.2020
    • Yac Min 10.04.2020
  4. Mr E 11.04.2020
    • Ernest Skalski 11.04.2020
      • Mr E 11.04.2020
  5. Marek 11.04.2020
  6. Musz 11.04.2020
  7. narciarz2 11.04.2020
    • asc 12.04.2020
  8. narciarz2 11.04.2020
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com