Słowo na Wielkanoc 2020

13.04.2020

Słowo. Podobno było na początku, tak przynajmniej mówią autorzy Biblii. Lingwiści, badający początki mowy, lokalizują ją w gwizdach, chrząkaniach i pohukiwaniach naszych prapraprzodków. Zygmunt Freud mówił o podwójnej, pierwotnej naturze każdego rzeczownika, podobno każdy z nich zawierał w sobie swoje własne zaprzeczenie.

Dziecko, gdy zaczyna mówić, jest jak nimfa Echo, powtarza słowa za opiekunem. Na przykład mama. Matka pochyla się nad niemowlęciem i bardzo wyraźnie, wiele razy powtarza te dwie sylaby. Dziecko zaczyna wiercić się niespokojnie, bo zdaje sobie sprawę, że ta wielka, znajoma twarz, pachnąca tak błogo, nagle chyba czegoś od niego oczekuje. Zmienił się głos, który do tej pory śpiewnym, pełnym czułości tonem pozwalał mu odnaleźć się w chaosie bodźców, doznań i zmieniającego się co chwila kosmosu percepcji. Pojawiła się w nim jakaś nieznana nuta nacisku, chociaż delikatnego i pełnego nadziei. Bobas jeszcze nie wie, ale przeczuwa, że właśnie zaczyna się nowa epoka. Era słowa. Wymiany międzyludzkiej, która nie ustanie, nawet gdy ono wyda z siebie ostatnie tchnienie, za (w najlepszym/najgorszym razie) 80-90 lat. I zaczyna pojmować, że chodzi o ułożenie warg, języka, zębów i krtani w taki sam sposób. W końcu, starą jak ewolucja metodą prób i błędów, udaje mu się powtórzyć te upragnione dwie sylaby. I rodzice nie posiadają się z radości, gdy ich latorośl wreszcie zaprzęgnie cały aparat artykulacyjny do wysiłku, przynoszącego finalny efekt. Pojawia się To. Pierwsze słowo. Czasem się kłócą, czy tym pierwszym było mama czy tata. Często wygrywa babcia. Podobno ba-ba wymówić jest najłatwiej.

W poruszającym filmie Uśmiech etruska wykorzystano ten wątek, by pokazać symboliczne znaczenie słów. Śmiertelnie chory na nowotwór Szkot umiera, gdy jego wnuk po raz pierwszy wypowiada słowo dziadek, w jego rodowym, starogaelickim języku. Dopiero później, stopniowo, dwu i trzylatek wchodzi w nieskończenie skomplikowany świat symboli, znaków i znaczeń. Eksperci nazywają to enkulturacją i od pozytywnego przebiegu tego wieloletniego procesu, uzależniają zdrowie psychiczne. Skutkiem tego, dziecko łączy słowa ze znaczeniem, w nierozerwalny związek. Nieszczęsne, nie wie jeszcze, że właśnie wkroczyło w matnię bez wyjścia. Nie może już przestać myśleć słowami i mówić, chyba że ciężki uraz mózgu dotknie ośrodki mowy.

*

Wszyscy jesteśmy zanurzeni w oceanie słów i, podobnie jak nie można się utopić w powietrzu, nie zawsze czujemy, że topimy się w ulewie, kaskadzie, Niagarach słów.

Tonący w wodzie łapczywie usiłuje zaczerpnąć oddechu. Czy istnieje jakiś odruch w sytuacji immersji w morzu słów? Czy cisza jest tym wypadku odpowiednikiem powietrza? Cisza to też słowo. Nie ma przed nimi ucieczki? Do tego potrzebny jest sen, muzyka, obrazy. Zakochani nie mówią, patrzą na siebie z zachwytem. I nie tylko zgryźliwcy twierdzą, że w oblubieńcu widzą samych siebie. Bez słów nie stworzylibyśmy niczego. Ale za pomocą słów i ich znaczenia możemy zniszczyć i zabić. Jednym słowem można uczynić kogoś szczęśliwym. Charyzmatycznym przemówieniem, zmobilizować armię do walki z przeważającymi siłami wroga. I czasem wygrać.

Podobno neandertalczycy wyginęli, bo ich mózgi rozwinięte w kierunku bezsłownej empatii i intuicji sprawiały, że byli skazani na współodczuwanie. W związku z tym byli delikatni, wrażliwi, bo bez słów rozumieli pobratymców. Z tego powodu zostali bezlitośnie wytępieni przez Homo sapiens, który miał inaczej zbudowany mózg. Dzielił na swoich i obcych, na ludzi i zwierzęta; zabijał lub zniewalał tych drugich dla własnych potrzeb.

Słowa to chyba jedyne ze wszystkich dostępnych narzędzi, których można użyć w każdym celu dającym się wyobrazić i to w sposób przekraczający granicę imaginacji najbardziej otwartych umysłów. Gdyby nie wynaleziono słów, same upomniałyby się o swoje miejsce.

Słowo i mowa mają wiele różnych funkcji. Bardziej jawnych i oczywistych, ale również ukrytych. Na przykład, ludzie używają słów, żeby zakryć, zatuszować rzeczywistość. Żeby rzucić zasłonę z tkaniny słów na to, co widać, słychać i czuć. I bardzo szybko, w sposób często dla siebie niedostrzegalny, ludzie zaczęli utożsamiać słowa z tym, co mieli nie całkiem udolnie nazywać. Stali się nominalistami. Stwierdzili: istnieje tylko to, co jest nazwane.

*

Od pewnego czasu, nazywanego globalizacją jako społeczeństwo coraz bardziej zbliżamy się do tej, dawno utraconej, niemowlęcej pozycji. Nie wiemy, co się z nami dzieje. Nie mamy dostępu do informacji. Internet nie tylko nie zaradził tej nieznośnej sytuacji, ale ją zmaksymalizował i zwielokrotnił. Wrócił chaos, kakofonia fake news, tysiące sprzecznych ze sobą doniesień, autorytety, które tylko za takie się przedstawiają, kosmos niepewności… Wrócił lęk. Smok z bajek przeprowadził się do realności.

Od trzech miesięcy żyjemy w czasie szczególnym. Napisano o nim tysiące słów, mądrych, głupich, śmiesznych, poważnych, napuszonych i wzruszających. Jeżeli znajdują czytelników, oznaczać to musi, że paląca jest potrzeba nazwania, wyrażenia tego, co pomieszkuje i gnieździ się w obszarach przedsłowia, w przedpokojach i sieniach expressis verbisKoronawirus i wszystko, co się z nim wiąże, zdobył wszelki możliwy czas antenowy. Gwałtownie wzrosła potrzeba panicznego zaufania, pragnienie nazwania sytuacji po imieniu. Nawet jeżeli prawda jest trudna i przerażająca.

Premier, ministrowie, ich zastępcy, marszałkowie i marszałkini, a czasem osobiście Ten–Którego–Nazwisko–Pojawia–Się–Najczęściej – mówią, jak jest. I stwierdzają jak nie jest. Uwierzyli, że prawdą jest to, co powtarza się wystarczająco często.

Od 9 kwietnia, wiemy więcej, czego nam nie wolno. Zostało to powiedziane bez dbałości o precyzję i logikę, choć instrukcja powinna być podana w sposób maksymalnie jasny, nie pozostawiający miejsca na wątpliwości. Wiedzą to wszyscy, którzy pracują z grupami. Wobec braku precyzji, tym co decyduje i ma władzę faktyczną, jest widzimisię policjantów i straży miejskiej. Od funkcjonariusza można dostać mandat opiewający na 30 tysięcy zł – równowartość piętnastu minimalnych pensji brutto. Czy można to nazwać mandatem?

10 kwietnia, łamiąc przepisy, władza grupowo wyszła na plac, żeby uczcić 10 rocznicę tragicznej śmierci 96 pasażerów samolotu, który, łamiąc większość procedur, usiłował wylądować w Smoleńsku. Wszyscy mieli poważne miny. Nie wiadomo, czy na ich twarzach malował się smutek i powaga chwili, czy napięcie? A może arogancja i buta? Czy zdawali sobie sprawę, że patrzy na nich cała Polska? I oczy całego świata są na nich zwrócone? Czuli, że ściągają na siebie gniew?

Tego samego dnia władca odwiedził symboliczny grób brata i rzeczywisty matki. Limuzyna wjechała przez bramę cmentarną, na której był zakaz wstępu. I żadnej informacji o wyjątkach. Wszyscy pytają: dlaczego? Mówią o pogardzie władcy. O braku przyzwoitości i stawianiu się ponad prawem. Znowu eksplodowało pandemonium jeremiad, tyrad i elukubracji.

A może wszyscy się mylą. Przecież uroczystości odbyły się w ciszy. Nikt nic nie powiedział. Nie zostało ogłoszone, że prezes z premierem i ministrami, kuzynem i kapelanem pojedzie, pojawi się, odbędą się uroczystości… Nie zaproszono oficjalnych przedstawicieli instytucji państwowych ani korpusu dyplomatycznego.

*

Jeżeli to, co nie jest powiedziane, nie istnieje, to czy istnieje to, co zostało pokazane? Może oni myślą, że nic się nie stało. O co ta wrzawa, hałas, histeria i medialny rozgłos? Komunikat policji ograniczył się do sformułowania o „wykonywaniu obowiązków służbowych”. Jakich obowiązków? Na jakiej służbie? Wobec kogo?

Jeżeli taka jest wykładnia, oznacza to, że od 10 kwietnia ukonstytuował się ostateczny podział. Ostry i nieusuwalny. Oni i my.

Jonasz

  1. Język – narzędzie kultury, Daniel . L. Everett. Copernicus Center Press, 2019
  2. The Etruscan Smile, dramat USA, w reżyserii Oded Binnun/Mihail Brezis, 2019
Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. eantipow 2020-04-17
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com