18.08.2022
Fajną książkę niedawno czytałem…, są w niej prawie same momenty! Powieść pod znamiennym tytułem: Nicuś, głośna od kilku miesięcy ukazała się w grudniu 2021 roku (Wydawnictwo OD DO).

Nicuś to ponad pięćset stron gęstej prozy, którą wypełnia nieustanny monolog tytułowego bohatera. Niekończąca się wypowiedź (jak pochód pierwszomajowy albo procesja na Boże Ciało), narratora, filozofa po pięćdziesiątce, naukowca, który został zwolniony z pracy, a właściwie nie przedłużono mu umowy; sprzedał mieszkanie, które odziedziczył po ojcu i wybrał się w podróż życia, a właściwie śmierci – w wyniku samobójczego skoku do wnętrza krateru czynnego wulkanu na wyspie Stromboli – jak sugerują końcowe zdania – wciąga jak narkotyk, uzależniający od pierwszej dawki. Czyta się ją wybornie, połyka kolejne zdania jak świeżą, gorącą pizzę, mimo tasiemcowych sformułowań, które każda polonistka w szkole średniej, podkreśliłaby na czerwono i kazała rozbić na kilka krótszych zdań.
Ten duży akapit to próba oddania sposobu budowania narracji przez autora, który ukrył się pod pseudonimem Maks Wolski. Wszystkie skojarzenia z imieniem i nazwiskiem są nieprzypadkowe. Nawet słynna trawestacja hymnu, w wykonaniu prezesa-naczelnika „Z ziemi włoskiej do Wolski”, która od razu stała się memem. Wolski każe swemu „alter ego” jechać do Włoch i tam zostać na wieki.
Książka jest spowiedzią dziecięcia wieku — epoki Internetu, globalizacji, ideologizacji, katastrofy ekologicznej, triumfu sił prawicowych, patriotycznych i nacjonalistycznych. Upraszczając, można ją wpisać w nurt rozpraw z Polską i polskością, z upiorami naszej tradycji, z mitami matki boskiej – matki polki, miłości rodzinnej, katolickiego małżeństwa itd. Autor wykrzykuje to wszystko na każdej stronie, od pierwszego do ostatniego akapitu, a my czytając, wysłuchujemy frenetycznej, gorączkowej, maniakalnej, kompulsywnej mowy, przemowy, słowotoku…
Nasuwają się skojarzenia ze stylem albo manierą Bernharda. Pokazał ją Krystian Lupa w spektaklu Kalkwerk. Kto widział przedstawienie, nie zapomni szalonych, absurdalnych, budzących śmiech kwestii o słuchaniu, wypowiadanych do sparaliżowanej żony (Małgorzata Hajewska – Krzysztofik) – przez głównego bohatera, obłąkanego Konrada (Andrzej Hudziak). Kiedy zaczniemy czytać Nicusia, musimy go wysłuchać; chcemy – bo komiczny, nie chcemy – bo mroczny i trudny, aż bolesny, toksyczny jak wody toczone przez zatrutą Odrę.
Sparaliżowani (jak żona Konrada), słuchamy tego wściekłego wrzasku, czasem poruszającej historii kolejnej, wyidealizowanej miłości, która szybko okazuje się fałszem, iluzją i oszustwem… Wtedy monolog bezrobotnego filozofa jest pełen jadu, nienawiści, staje się lawiną żalu i poczucia krzywdy, szybko prowadzącym narratora do matki, z którą walczy, od której nie może się uwolnić, o której mówi z czułością, a za chwilę z wrogością i świadomym okrucieństwem; jednocześnie boi się jej jak mały chłopczyk. Z jednej strony ostro widzi jej matczyną bezradność, rozumie skomplikowane relacje rodzinne i trudny związek z ojcem; z drugiej strony nie przeszkadza to mu miotać w pod jej adresem nienawistne komentarze. Prowadząc swój ekshibicjonistyczny (wiwisekcyjny) monolog, szczegółowo opisuje przebieg – miłosnych i erotycznych relacji z trzema kobietami, z których każda, przez kilka miesięcy, dostarczała bohaterowi ekstatycznych przeżyć: jedności, całkowitego zrozumienia i idealnej bliskości. A koniec zawsze był taki sam, co przyznaje z brutalną szczerością. Pierwsze frustracje i rozczarowania, prowadziły go do gwałtownych ataków niszczących wartość i autentyczność tworzonych związków. Za każdym razem Nicuś czuł się boleśnie oszukany, zdradzony, opuszczony, osamotniony, pogrążający się masochistycznie się w spazmatycznej samo dewaluacji, co staje się punktem wyjścia do – jedynych w swoim rodzaju – hymnów o poczuciu nicości.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że autor wykorzystał i literacko przetworzył swoje doświadczenia miłosne, tudzież psychologiczne interpretacje z rozmów prowadzonych z psychoterapeutą czy psychoanalitykiem. I choć brak jest śladu czy sugestii takich rozmów, Nicuś diagnozuje swoje myśli, impulsy, uczucia i tendencje jako narcystyczne.
Znacząca w powieści jest obecność i dominacja kobiet; mężczyźni – oprócz ojca – przedstawieni są skrótowo, szkicowo, są wręcz anonimowi. Pojawiają się, jako byli partnerzy lub aktualni kochankowie kobiet, z którymi Nicuś był związany. Jedyne bliskie spotkanie z mężczyzną to homoseksualny stosunek, właściwie gwałt analny z kompletnie nieznanym osobnikiem, do którego dochodzi podczas pobytu „naćpanego” Nicusia w nocnym sex-clubie w Berlinie. Ten fragment powieści ociera się o pornografię, nawiązując – być może – do książki Jonathana Littela: STARA HISTORIA. Nowa wersja.
Osobnym wątkiem wplecionym w monolog bohatera-narratora jest historia ojca, byłego więźnia Dachau. W tych momentach klimat opowieści zmienia się, Nicuś poważnieje, rezygnuje na chwilę z ironii, sarkazmu, szyderstwa, które krytycy wiadomej strony sceny politycznej już nazwali szarganiem świętości i propagowaniem pedagogiki wstydu.
Jedna z recenzentek na określenie formy, przypominającej dosłowny zapis mowy potocznej, użyła słowa „paplanina”. Trudno się zgodzić na taką kwalifikację. Wielogodzinna wypowiedź autora, dokładna rekonstrukcja zdarzeń, swoisty dziennik szczególnie dotyczący ilości wypijanego espresso, czy kilkudniowej peregrynacji przez Europę (Czechy, Austrię, Niemcy, Szwajcarię – Nicuś – nie dociera do mitycznego celu, krainy dzieciństwa – Jugosławii, w której regularnie spędzał wakacje z ojcem, kończy podróż we Włoszech – Italii – ogarniętej apokaliptyczną sytuacją stanu wyjątkowego) nie sprawia wrażenia niezbornej, chaotycznej gadaniny dwóch przyjaciółek przy kawie.
Nicuś, jako utwór literacki ma wiele warstw: językową, kulturową, polityczną, filozoficzną, socjologiczną, psychologiczną… Nie wszystkie są widoczne od razu, wszak autor w dowcipny sposób bawi się słowem, nawiązuje do kanonicznych dzieł literackich oraz innych ważnych tekstów z dziedziny humanistyki. Część z nich ujawnia wprost, przywołując nazwiska i nazwy na przykład: Verne, Crusoe, Empedokles, Foucault, Tarantino, Mozart, Pink Floyd czy Petrarca. W innych tworzy zagadki dla czytelnika-nie-idioty, parafrazując znane cytaty – przede wszystkim inwokację z Pana Tadeusza, czy zawołania litanii loretańskiej. Albo ukrywa je w skojarzeniach, sytuacjach, czy słowach-kluczach. Można więc znaleźć odniesienia do: Andrzejewskiego, Bernharda, Gombrowicza, Kochanowskiego, Kafki, Schulza, Sienkiewicza, czy Sałtykowa–Szczedrina. Ponowna lektura z pewnością pozwoli wydobyć jeszcze inne tropy, zręcznie poukrywane przez autora.
Wszystko wskazuje na to, że – paradoksalnie – już powieść już stała się znaczącą intelektualnie pozycją w rankingu gorąco komentowanych debiutów.
*
Książka Nicuś wydaje się również autoterapeutycznym odreagowaniem współczesnego Polaka, który znalazł się w sytuacji granicznej, jaką stworzyła polska polityka kumulująca narodowe przywary, cierpiętnictwo, mesjanizm, sobiepaństwo, ciemnogród i megalomanię. Nicuś stawia je wszystkie w krzywym zwierciadle, bezlitośnie obnażając ich miałkość, nicość, a przede wszystkim destrukcyjną siłę. To rodzaj psychodramy, terapeutyczny monodram polskiego inteligenta, który zrozumiał, że swoją polskość musi sprowadzić do nicości, zniweczyć, unicestwić. Jest nihilistą, który schodzi do „strefy śmierci” we wnętrzu wulkanu. Ale czy po to, by się tam zanurzyć? Przecież wie, że wulkan wybuchnie, a on razem z nim – oczyszczony, życiodajny – może włoski, nie polski, z innym DNA, genomem (i co tam jeszcze?)…
Wydaje się autor zna odpowiedź na pytanie, czy można przestać być synem swojej matki i ojca, Polakiem, myślącym człowiekiem…
JonaSz

Przeczytałem w Magazynie Literackim wywiad z ur. w 1976 r. autorem. Wolałbym poznać autore a nie pseudonim. Za dużo książek do czytania autorów, których znam by zgłębiać dumania tych, którzy się ukrywają nie wiadomo z jakich powodów. Nie mam zaufania do pseudonimów i zawsze pisze pod własnym imieniem i nazwiskiem.
Historia literatury, filozofii i szeroko pojętej sztuki zna wybitne dzieła pisane – z różnych powodów – pod pseudonimem.
Znakomita recenzja w której autor zawarł swoje przemyślenia jako czytelnik, odniósł je zarówno do treści książki jak i jej warstwy językowej, poitycznej i filozoficznej..Wydobył to, z czym bohater powieści , tenże Nicuś walczy, przed czym ucieka, co krytykuje.A są to same priorytetowe sprawy, bóg, patrotyzm, rodzice,historia i miłość.Ucieka, ponieważ nie potrafi się z nimi zmierzyć, bo przytłoczyły go swoją wielowiekową pozytywną tradycją? Warto przeczytać.
Wydawało się, że Jonasz na stałe zadomowił się w brzuchu ryby, a tu niespodzianka! Uwolnił się po roku, a może dwóch… Rychło w czas; wszak dzieją się rzeczy, „o których nie śniło się fizjologom”. Ja też czytam 'Nicusia’, dialektuję się (nie mylić z delektowaniem) i uważam go za ważną książkę. Nie sądzę jednak, by Mickiewiczowskie „plwanie na tę skorupę” i schodzenie „do głębi” wulkanu mogło coś zmienić w Polakach. W momentach przełomowych, kiedy się wydaje, że będziemy normalnymi ludźmi, górę bierze szaleństwo, które pochłania mnóstwo ofiar, które potem czcimy, stawiamy im pomniki i traktujemy jako polski wkład w dzieje cywilizacji europejskiej, a nawet światowej. „Nicuś’ na chwilę pozwala uwolnić się od tych myśli-niemyśli.